Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Miss Cellophane

Użytkownik
  • Zawartość

    14
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Witam...muszę się wyżalić, bo moi najbliżsi niestety nie są w stanie zrozumieć moich smutków... Nie wiem co się dzieje ze mną od dłuższego czasu...Cały czas jestem zmęczona i ospała, dochodzi do tego permanentny smutek, drażliwość, a nawet płaczliwość...Niby wszystko jest ok, w domu jest raczej dobrze, mam pracę (co prawda nie cierpię jej, ale jest), do tego pojawił się w moim życiu naprawdę fantastyczny facet (nadmienię, że od praktycznie 4 lat jestem sama), który cały czas mnie pozytywnie zaskakuje i który dużo rzeczy zmienił w swoim życiu, żeby móc się ze mną spotykać. Nie ukrywam, że bardzo się ucieszyłam, że los się w końcu do mnie uśmiechnął, że w końcu pojawił się mężczyzna, któremu autentycznie na mnie zależy, ale niestety towarzyszący mi każdego dnia smutek, nie ustąpił...Cały czas wszystko mnie martwi, moja praca też mi przysparza mnóstwo stresu i nerwów, do tego dochodzi zmęczenie i przez to nie potrafie się cieszyć w pełni. Na początku myślałam, że to przez tą szaro-burą pogodę, ale w końcu przyszła wiosna, jest pięknie na dworze, a mój nastrój jest cały czas taki sam, z taką samą intensywnością popadam w tzw. doła. Mam takie dni, szczególnie kiedy wracam z pracy, że zaczynam płakać i nie obchodzą mnie wówczas nawet ludzie, którzy są dookoła, albo myślę sobie, że najlepiej byłoby skoczyć do rzeki, obok której zawsze przechodzę... Właśnie wczoraj miałam jeden z takich dni i czując, że nie mam sił, napisałam do koleżanki żeby móc jej się wyżalić. Oczywiście ona powiedziała, że z jednej strony mnie rozumie, ale z drugiej jednak nie, bo mam milion powodów do szczęścia i odnosi wrażenie, że ja lubię być nieszczęśliwa i że nawet nie próbuję z tego wyjść. Już nie tłumaczyłam jej, że czuję się bez energii, nie mam wewnętrznej siły, że nawet widok staruszka, czy też mężczyzny sprzątającego ulicę momentami sprawia, że mam ochotę się rozpłakać. Nie wiem czym jest to spowodowane, może tym, że od roku żyję w ciągłym stresie? Ja zawsze byłam taka pozytywna, uśmiechnieta i lubiłam sobie pożartować..teraz tego praktycznie nie robię. Myślałam, że jak zapisze sie na swoje ulubione zajęcia, na które do tej pory nie miałam czasu chodzić, to znowu powróci radość, tym czasem, ani miłość, ani moje ulubione zajęcia niczego nie zmieniły...czuję się tak, jakbym była za jakąś szybą i boję się, że przez to mogę zniszczyć to szczęście, które do mnie przyszło...
  2. Czytam powyższe posty i myślę sobie, że dystymia to coś okropnego, a najgorsze jest to, że w wielu wypowiedziach widzę siebie... Co prawda nie byłam jeszcze u psychiatry czy też psychologa, ale mam silne postanowienie, że na dniach zadzwonię i umówię się na wizytę, bo już samej siebie znieść nie mogę. Nie lubię tego uczucia kiedy robię jedną konkretną rzecz, a za chwilę pojawia się to nieznośne napięcie, podczas którego zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że nie robię czegoś innego. To poczucie straty czasu i zmarnowanego dnia (nawet jeśli wg osób postronnych, nie jest zmarnowany), nawet teraz...siedzę na necie zamiast zrobić coś konstruktywnego Dodatkowo przez to nieustające poczucie braku sił nie rozwijam swoich talentów czy też pasji.. to tak jakby ktoś związał mi ręce i zakneblował mi usta. A gdy się już do czegoś zmuszę, to nie opuszcza mnie przekonanie, że i tak nie będę w tym dobra. Dlatego często się "zawieszam" i podczas tych krótkich chwil żyję innym życiem, jestem tym, kim chciałabym być. Po czym następuje powrót do rzeczywistości i znowu się łapię na tym, że jestem tą samą cichą i wycofaną osobą, która nie potrafi o sobie opowiadać i która udaje, że los nie obdarzył jej niczym szczególnym. Przyjaciół jeszcze mam, ale czasami boję się, że to kwestia czasu, szczególnie, że od 1,5 roku unikam większych spotkań towarzyskich. Do pracy chodzę, ale nie odczuwam większej przyjemności z tego powodu. Co może być przyczyną? Myślę, że w pewnym momencie nawarstwiło się wiele przykrych spraw. Nie znalazły rozwiązania ani ujścia więc stopniowo zaczęły mnie odgradzać od świata zewnętrznego. Na początku pojawiło się zmęczenie, którego nie potrafiłam opanować, mogłam spać cały dzień, bym potem mogła powalczyć przez kilka miesięcy z bezsennością. Natomiast teraz toczę walkę ze zobojętnieniem. Zresztą, myślę, że cały czas toczę walkę z sama sobą, ze swoimi zahamowaniami, smutkiem, emocjami, których nie chcę odczuwać, a które cały czas mnie trapią. Jeszcze co do przyczyn, to może jest to wynikiem samodzielnej walki z nerwicą natręctw? Zakończonej sukcesem, ale może teraz to, co czuję jest niestety skutkiem braku fachowej pomocy.
  3. Dziękuję bardzo za odpowiedź!! Wiem, że opisałam swoją sytuację dosyć pobieżnie, ale pewnie gdybym wdała się w szczegóły, to niestety mój post byłby bardzo długi Nie mniej dziękuję za pomoc i linki, które rozjaśniły mi co nie co w głowie. Również mam nadzieję, że konsultacja psychologiczna pomoże mi uporządkować pewne sprawy:) Pozdrawiam!
  4. Witam, Postanowiłam napisać, ponieważ od jakiegoś czasu zastanawiam się nad wizytą u specjalisty tylko niestety nie wiem czy lepiej na początek wybrać się do psychiatry, czy może zgłosić się na terapię. Może zacznę od początku. Od dłuższego czasu nie czuję się najlepiej, jestem permanentnie zmęczona i zniechęcona. Czuję się tak, jakbym tkwiła w jakimś uciążliwym letargu, który skutecznie hamuje odbiór przeróżnych bodźców zewnętrznych. Nie potrafię się już cieszyć tak jak kiedyś, moje przeulubione komedie przestały mnie śmieszyć i tylko wywołują na mojej twarzy lekki uśmiech, a po 30min. zaczynają mnie nużyć. W zasadzie czuję, że wiele rzeczy i spraw mi zobojętniało, a na innych przestało mi zależeć. Wszystko jest takie męczące... Ograniczyłam kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, bo i tak po 1-2h czuję się zmęczona i w zasadzie nie mam ochoty na dalszą rozmowę. Przekładam i odwołuję spotkania. Z jednej strony myślę sobie, że jeśli się obrażą to trudno, ale z drugiej nie chcę by tak było, bo jednak mi na nich zależy. Ale później sobie myślę, że przecież oni nie potrzebują takiej nudziary jak ja, która na dodatek ostatnio mało się odzywa. I te wszystkie symptomy byłyby do wytłumaczenia, gdybym była przemęczona pracą. Sęk w tym, że miałam 1,5 roczną przerwę od pracy i dopiero niedawno znalazłam taką, w której się raczej nie przemęczam. Myślałam, że gdy pójdę do pracy, wyjdę w końcu z domu (który przez ten dosyć długi czas, stał się moim azylem przed męczącym światem), poznam nowych ludzi, będę w ciągłym ruchu, to ten stan minie. Niestety nie mija, a wręcz jest gorzej... Nie potrafię nawiązać kontaktu z ludźmi z pracy. Co prawda zawsze byłam nieśmiała i wstydliwa, ale pomimo tego nie cierpiałam na brak przyjaciół i nowych znajomych. Nowe osoby akceptowały to jaka jestem i zwykle dosyć szybko zyskiwałam ich sympatię. Natomiast teraz jest na odwrót. Pomimo tego, że jestem miła, staram się zagadać, to nie potrafię nawiązać dłuższej rozmowy, bo czuję, że wszystko to, co chcę powiedzieć, zaciska moje gardło od środka (a do tego ta myśl, że w zasadzie nie mam nic ciekawego do powiedzenia) i w rezultacie moi "znajomi" rozmawiają i śmieją się tylko między sobą, a ja zostaję na uboczu. Początkowo też mnie zagadywali, ale już przestali i w zasadzie czuję się przezroczysta. Jest to dosyć frustrujące i już myślę o tym, by się zwolnić. Może nie dołowałabym się tym faktem, ale tak jak wspomniałam na początku, nie czuję się najlepiej i do tego doszła niska samoocena, która przez te problemy w pracy, zaczyna się poglębiać. Jak już wspomniałam, nie potrafię się cieszyć jak dawniej i nawet gdy dostanę jakiś prezent, to mam ochotę zalać się łzami niż zacząć skakać z radości, ale to tylko dlatego, bo nie uważam, że na cokolwiek zasługuję. Jeśli chodzi o wsparcie bliskich, to nikt nie wie co mnie trapi. Co prawda powiedziałam o tym swojej mamie, ale ona zawsze komentuje to jednakowo, że wymyślam i ona nie widzi w czym jest problem. Do tego często dodaje, że to wszystko przez to, że nie mam chłopaka :/ Nie muszę dodawać, że rodzi to we mnie jeszcze większą frustrację i bezsilność. Wiem, że ucieczka od problemu w niczym mi nie pomoże i dlatego chciałabym to jakoś rozwiązać. Może moje pytanie jest naiwne czy lepiej iść do psychiatry czy do psychologa, ale pomimo mojego złego samopoczucia, frustracji, wycofania i smutku nie płaczę każdego dnia w poduszkę, nie mam problemów ze snem. Nie wiem, może to jest wynikiem tego zobojętnienia i przytępionych reakcji. W każdym razie nie chciałabym zawracać głowy psychiatrze jeśli mój problem nie wymaga takiego leczenia. Dlatego byłabym wdzięczna za odpowiedź! -- 15 lut 2012, 20:14 -- Witam, Postanowiłam napisać, ponieważ od jakiegoś czasu zastanawiam się nad wizytą u specjalisty tylko niestety nie wiem czy lepiej na początek wybrać się do psychiatry, czy może zgłosić się na terapię. Może zacznę od początku. Od dłuższego czasu nie czuję się najlepiej, jestem permanentnie zmęczona i zniechęcona. Czuję się tak, jakbym tkwiła w jakimś uciążliwym letargu, który skutecznie hamuje odbiór przeróżnych bodźców zewnętrznych. Nie potrafię się już cieszyć tak jak kiedyś, moje przeulubione komedie przestały mnie śmieszyć i tylko wywołują na mojej twarzy lekki uśmiech, a po 30min. zaczynają mnie nużyć. W zasadzie czuję, że wiele rzeczy i spraw mi zobojętniało, a na innych przestało mi zależeć. Wszystko jest takie męczące... Ograniczyłam kontakty ze znajomymi i przyjaciółmi, bo i tak po 1-2h czuję się zmęczona i w zasadzie nie mam ochoty na dalszą rozmowę. Przekładam i odwołuję spotkania. Z jednej strony myślę sobie, że jeśli się obrażą to trudno, ale z drugiej nie chcę by tak było, bo jednak mi na nich zależy. Ale później sobie myślę, że przecież oni nie potrzebują takiej nudziary jak ja, która na dodatek ostatnio mało się odzywa. I te wszystkie symptomy byłyby do wytłumaczenia, gdybym była przemęczona pracą. Sęk w tym, że miałam 1,5 roczną przerwę od pracy i dopiero niedawno znalazłam taką, w której się raczej nie przemęczam. Myślałam, że gdy pójdę do pracy, wyjdę w końcu z domu (który przez ten dosyć długi czas, stał się moim azylem przed męczącym światem), poznam nowych ludzi, będę w ciągłym ruchu, to ten stan minie. Niestety nie mija, a wręcz jest gorzej... Nie potrafię nawiązać kontaktu z ludźmi z pracy. Co prawda zawsze byłam nieśmiała i wstydliwa, ale pomimo tego nie cierpiałam na brak przyjaciół i nowych znajomych. Nowe osoby akceptowały to jaka jestem i zwykle dosyć szybko zyskiwałam ich sympatię. Natomiast teraz jest na odwrót. Pomimo tego, że jestem miła, staram się zagadać, to nie potrafię nawiązać dłuższej rozmowy, bo czuję, że wszystko to, co chcę powiedzieć, zaciska moje gardło od środka (a do tego ta myśl, że w zasadzie nie mam nic ciekawego do powiedzenia) i w rezultacie moi "znajomi" rozmawiają i śmieją się tylko między sobą, a ja zostaję na uboczu. Początkowo też mnie zagadywali, ale już przestali i w zasadzie czuję się przezroczysta. Jest to dosyć frustrujące i już myślę o tym, by się zwolnić. Może nie dołowałabym się tym faktem, ale tak jak wspomniałam na początku, nie czuję się najlepiej i do tego doszła niska samoocena, która przez te problemy w pracy, zaczyna się poglębiać. Jak już wspomniałam, nie potrafię się cieszyć jak dawniej i nawet gdy dostanę jakiś prezent, to mam ochotę zalać się łzami niż zacząć skakać z radości, ale to tylko dlatego, bo nie uważam, że na cokolwiek zasługuję. Jeśli chodzi o wsparcie bliskich, to nikt nie wie co mnie trapi. Co prawda powiedziałam o tym swojej mamie, ale ona zawsze komentuje to jednakowo, że wymyślam i ona nie widzi w czym jest problem. Do tego często dodaje, że to wszystko przez to, że nie mam chłopaka :/ Nie muszę dodawać, że rodzi to we mnie jeszcze większą frustrację i bezsilność. Wiem, że ucieczka od problemu w niczym mi nie pomoże i dlatego chciałabym to jakoś rozwiązać. Może moje pytanie jest naiwne czy lepiej iść do psychiatry czy do psychologa, ale pomimo mojego złego samopoczucia, frustracji, wycofania i smutku nie płaczę każdego dnia w poduszkę, nie mam problemów ze snem. Nie wiem, może to jest wynikiem tego zobojętnienia i przytępionych reakcji. W każdym razie nie chciałabym zawracać głowy psychiatrze jeśli mój problem nie wymaga takiego leczenia. Dlatego byłabym wdzięczna za odpowiedź!
  5. Myślę, że jak problem zniknie, to zaczną znikać natręctwa.
  6. Wiesz co, głównie uśmiercałam najbliższych, ale też potrafiłam sobie wkręcić banię, że jak zasnę, to już się nie obudzę (przez co praktycznie nie spałam), albo jak przeczytam książkę do końca to umrę, nawet miałam takie myśli, że jak się czegoś nauczę to też umrę, albo coś mi się stanie (nie było to fajne, bo akurat byłam przed pierwszą sesją na studiach). Pojawiały się również bluźniercze myśli dotyczące Boga oraz miałam w głowie różne katastrofy. Na szczęście już od 2-3 lat nie mam takich myśli. Stopniowo zaczęły przechodzić, zaczęły znikać z mojej głowy jedne po drugich. Starałam się te okropne myśli zastępować czymś wesołym, przyjemnym. Oczywiście zdarzają mi się jeszcze natrętne myśli, ale raczej w sytuacjach stresujących, gdy się czegoś boję, albo gdy następują jakieś gwałtowne zmiany, ale głównie wyglądają tak, że przed zaśnięciem (właśnie nie wiem czemu pojawiają się głównie przed snem) wymawiam w myślach dowolne wyrazy np. na literę "k". Myśli katastroficzne też się pojawiają, ale bardzo rzadko i wtedy staram sie naprowadzić swoje myśli na coś innego.
  7. Współczuję i rozumiem. Sama miewam banie, że jestem na coś poważnie chora:/ Zgadzam się z Tahelą, miałabyś jakieś objawy.
  8. Zmiana studiów po pierwszym roku. Wcześniej studiowałam coś, czego do końca nie lubiłam, ale poznałam na tamtej uczelni fantastycznych ludzi. Pokój w akademiku dzieliłam z pokrewnymi duszami. Gdyby nie ten nietrafiony kierunek, to bym została. Nowy kierunek studiowałam już w innym mieście, bliżej rodzinnego domu więc spokojnie dojeżdżałam na uczelnię. W koncu studiowałam, to co lubiłam, ale...kompletnie nie mogłam się odnaleźć w nowym środowisku, wśród nowych ludzi. Nie potrafiłam nawiązać nowych znajomości...tęskniłam za moimi przyjaciółmi z poprzednich studiów, ale dzieliły nas kilometry... i wtedy wystąpiły pierwsze objawy. Do tego doszedł natłok różnych zajęć, w wyniku czego przez kilka miesięcy nie miałam dnia wolnego.
  9. Całkowicie się zgadzam. Właśnie w takim stresującym momencie mojego życia pojawiła się nerwica. A co do słabej psychiki...hmmm, zawsze uważałam, że takową mam, ale poradziłam sobie z nn sama, także chyba nie jest aż taka słaba Potwierdzam...wszystkie osoby, które uśmiercałam, żyją, a myśli minęły
  10. Miss Cellophane

    Witam!

    Niestety wcześniej uzależniałam tę decyzję od nich ponieważ moje pierwsze problemy i w sumie najsilniejszy etap nerwicy natręctw nastąpił z 6 lat temu. Byłam wtedy dosyć młodą osobą, nie mogłam sobie pozwolić na wizytę w przychodni, gdyż pochodzę z małego miasta, w którym moja mama jest niestety powszechnie znaną osobą. Na prywatną wizytę nie miałam pieniędzy. Niestety moja mama zaszczepiła wtedy we mnie poczucie, że jak skorzystam z pomocy psychiatry, to już nigdy nie wyjdę za mąż, nie znajdę pracy, będę postrzegana jako wariatka i do końca życia będę pod opieką psychiatry. Oczywiście nie winię jej za to, bo to wynikało po prostu z niewiedzy. Teraz jestem starsza i wiem, że jest to tylko i wyłącznie moja decyzja :) Natręctwa praktycznie ustąpiły i przez to też jestem silniejsza.
  11. Wiecie co mi pomagało?? Powtarzałam sobie po każdej natrętnej myśli "to nieważne" i również robiłam sobie projekcje, że jestem zdrowa i że wszyscy się cieszą...pomogło :) Może nie na 100%, ale na 99% to tak!!
  12. @dune - wiem o co Ci chodzi z tym uśmierceniem matki...też miałam takie myśli! Koszmar!!! Za każdym razem gdy o tym pomyślałam, to potem ryczałam pół dnia :S na szczęście samo przeszło i dzisiaj już takich myśli nie miewam. -- 01 gru 2011, 23:12 -- @ Rindpvp - ja stawiłam czoła swoim lękom. Już praktycznie ich nie mam... tzn. pojawiają sie czasami gdy jestem bardzo zdenerwowana, albo przed zaśnięciem, ale też w takich momentach staram się myśleć o czymś innym. Czasami się to udaje, a czasami nie
  13. Miss Cellophane

    Witam!

    Witam Was :) Jestem tutaj nowa. Co mnie sprowadza? Głównie natręctwa myślowe, które kiedyś bardzo mi dokuczały, a które już w większej mierze ustąpiły. Co prawda zdarzają się jeszcze takie momenty, kiedy przez moją głowę przetaczają się katastroficzne wizje i przez które czasem nie mogę zasnąć, ale staram się z nimi walczyć. Cieszę się, że odnalazłam to forum, bo wiem, że nie jestem jedna jedyna na tym świecie z tym co mnie trapi. Rodzina nie potrafiła i nie potrafi do końca zrozumieć moich "małych" natręctw, dlatego też nigdy nie trafiłam do psychiatry. Mam nadzieję, że będę mogła choć trochę pomóc okiełznać lęki tym, którym jeszcze nie udało się nad nimi zapanować. Pozdrawiam!
×