Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Miss_Stardust

Użytkownik
  • Zawartość

    17
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Ehhh a ja mam dzisiaj beznadziejny dzień... Zero siły na cokolwiek, zero chęci. Znowu się nie mogłam dobudzić rano (podejrzewam, że to efekt leku), a jak już się ocknęłam to z jakimś takim niejasnym uczuciem przykrości - nie wiem czemu, nie rozumiem :/ Znowu mam natrętne myśli związane z moim związkiem, znowu analizuję wszystko i jeszcze bardziej mnie to dołuje. Wieczorem koncert Comy, gdyby nie to, że wydałam już kasę na bilet i że obiecałam mojemu facetowi, że pójdę to w życiu bym się nie ruszyła... Tak bardzo nie mam na nic ochoty Przepraszam wszystkich, pojęczałam i już sobie idę, mam nadzieję, że nie zaspamowałam tematu za mocno...
  2. inka87 dziękuję za słowa otuchy, ja też wierzę, że będzie dobrze - bo w końcu to wszystko to wina choroby, a ona nie może wiecznie trwać, musi w końcu dać za wygraną. Mój chłopak jest wspaniałym człowiekiem i zanim to wszystko się zaczęło byłam z nim najszczęśliwsza na świecie, dlatego nie zamierzam się poddawać. Ten wątek bardzo pomaga "przypomnieć" sobie, gdzie leży przyczyna, "początek" tych destrukcyjnych pomysłów, a jest nią zwyczajnie choroba. Oby do przodu.
  3. Nie, nie To pół roku z życia projektantki mody - książka jest na faktach :) Pewnie, jest tam sporo plot ale fabuła skupia się po prostu na realiach, które panują w tym biznesie :)
  4. A ja polecam wszystkim "Fashion Babylon" Imogen Edwards-Jones - kulisy świata mody, bardzo ciekawe i zabawne :) Pojawia się dużo znanych i gorących nazwisk w niekoniecznie pozytywnych kontekstach
  5. I znowu cholera, znowu Raz w jedną stronę, raz w drugą... Jak to cholerstwo zwalczać?! Cały zeszły tydzień byłam wściekle zazdrosna o przyjaciółkę mojego faceta, kombinowałam, żeby spędzać z nim jak najwięcej czasu sam na sam a od piątku znowu dopadły mnie te koszmarne myśli Że to może nie to, że po co, że może mi nie zależy... To jest jakaś masakra! Wracam tu i czytam posty, żeby sobie uświadamiać, że nie tylko ja tak mam i że TO MINIE... Ale tak trudno...
  6. To jest właśnie ten problem - nie umiem stwierdzić, co może wynikać: a) z działania leku b) z choroby c) ze mnie samej Dlatego też nie wiem do końca, jak oceniać jego działanie. Na pewno zlikwidował lęki i związane z nimi przykrości typu wymiotowanie ale ciężej już poradzić sobie z tymi wszystkimi myślami.
  7. Biorę Mozarin drugi miesiąc, w dawce 10 mg. Na początku było dużo lepiej, ale być może też mi się tak zdawało na zasadzie porównania ze stanem poprzednim; w sensie że wyolbrzymiałam to polepszenie. Teraz jest na zasadzie "szału nie ma" - czuję się niby dość normalnie, nie mam lęków ani napadów paniki ale... Mam wrażenie, że na siłę szukam dziury w całym. Tak jakby dręczył mnie jakiś niepokój, a ja szukałabym na siłę jego źródła. Bezwiednie nawet analizuję różne rzeczy: a może na studiach coś nie tak, a może mój związek jest nie taki, a może to ja w ogóle jestem nie taka i powinnam się całkiem zmienić :/ Mam też problem z emocjami - raz pojawiają się, raz zanikają. Przykładowo, przez ostatnie kilka dni wkurzałam się o wszystko, o totalne bzdury. Od wczoraj mam znowu "wylane" na wszystko i znowu mi się zdaje, że nie czuję nic do nikogo. Lekarz zalecił mi pozostanie przy tej samej dawce i branie leku "aż będzie zupełnie dobrze". Tylko czy to tak zadziała... Zauważyłam też, że dużo więcej śpię, mam mniej energii.
  8. Mi to niestety mija na zasadzie tydzień dobrze, dwa źle... Emocje powracają, są przejaskrawione a potem znowu znikają na jakiś czas:/ Też tak mam. Najpierw byłam przerażona, teraz już nie zwracam na to większej uwagi. A o swoje zdrowie psychiczne martwi się chyba każdy doświadczający tych i masy innych objawów... Ja miałam moment, że wręcz już widziałam siebie na oddziale i tym samym napędzałam ataki paniki u siebie :/ Że mnie zamkną, stracę przyjaciół, chłopaka i w ogóle będę jak Russell w "Pięknym umyśle" Trzeba chyba po prostu sobie za wszelką cenę uświadamiać, że te straszne pomysły to wizytówka choroby i że da się wyleczyć, że będzie dobrze.
  9. I ja też jestem kolejną osobą, którą dręczą nieuzasadnione myśli i wątpliwości... Nie rozumiem jak to jest... Jednego dnia jestem wściekle zazdrosna o jakąś głupotę, drugiego zastanawiam się czy chcę go widzieć... To jest takie straszne! Byłam najszczęśliwsza na świecie zanim zaczęła się ta okropna nerwica, mój związek był taki cudowny i to wszystko tak nagle zaczęło się chwiać :( Nie wiem już, co robić. Mój chłopak jest taki kochany, a ja zamiast zwyczajnie się cieszyć, że jest przy mnie to analizuję swoje odczucia i myślę raz tak, raz siak... Nie chcę zniszczyć sobie życia z powodu choroby... Bo tak sobie ciągle powtarzam: "Jesteś chora, to wszystko minie". Ale ciężko, a im dłużej to trwa, tym coraz ciężej... :(
  10. Odkąd zaczęła się moja choroba przestałam czuć się sobą W ciągu dnia mam bardzo często myśli typu "Co ja tu robię", "Co to w ogóle jest", "Kim ja właściwie jestem", "Kim są ludzie", "Czym jest życie" itd itp, generalnie takie rozkminy... Towarzyszy temu poczucie wyobcowania i jakiejś takiej jakby dezorientacji... Mam wrażenie, że już nigdy nie będzie tak, jak przed chorobą i że zostanie mi już tak na zawsze... Leki niby wyeliminowały lęk ale nie przywróciły mi radości i spokoju...
  11. Nie wiem, czy to właściwe miejsce i przepraszam, że tak się trochę wtryniam ale nie chcę zakładać osobnego wątku. Mam potrzebę opowiedzieć o swoich problemach, być może znajdzie się ktoś, kto będzie mógł doradzić, wesprzeć. A może ja będę mogła komuś pomóc, choćby zrozumieniem zagadnienia. Mam 22 lata, do początku sierpnia tego roku wydawało mi się, że mam wszystko: fantastyczną rodzinę, całkiem przyjemne studia, dużo znajomych i przyjaciół no i przede wszystkim cudownego chłopaka. Z dnia na dzień mój świat zachwiał się w posadach. Zaczęło się, gdy wracałam z wakacji z rodziną zza granicy. Przez 3 tygodnie tragicznie tęskniłam za chłopakiem, wyczekiwałam każdego smsa i ciągle marzyłam o powrocie. Powinnam być najszczęśliwsza, wracając w końcu, czyż nie? Wieczorem, ostatniego dnia przed znalezieniem się w domu poczułam niepokój. Ni stąd, ni zowąd, zupełnie niesprecyzowany. Nie mogłam jeść, zrobiło mi się niedobrze. Myślałam, że coś mi zaszkodziło i położyłam się. W nocy nie mogłam spać, miałam mdłości i poczucie, że coś jest nie tak. Rano wstałam zmęczona, ale myślałam że już jest ok. Tymczasem jedząc hotelowe śniadanie nagle blokada: mdłości, nie mogłam jeść. Zaczęłam się nagle bać, jak dojadę do domu, jak zniosę cały dzień w samochodzie. Chciałam być tylko w pobliżu łazienki, czułam niezdolność do ruszenia się z hotelu. Jakoś dojechałam. Pierwszy poważny atak lękowy dopadł mnie dwa dni później, już w domu. Bałam się każdej myśli, jaka pojawiła się w mojej głowie, dosłownie każdej. Miałam skurcze żołądka, biegunkę, chciało mi się wymiotować ale nie mogłam. I non stop parcie na pęcherz. Miałam drgawki, dosłownie mnie telepało. Pół nocy się tak męczyłam zanim w końcu usnęłam. Kolejne dwa dni później wyjechałam do innego miasta, z moim chłopakiem na dwa tygodnie, tak jak było już dawno zaplanowane. Nie ucieszyło mnie spotkanie z nim tak, jak powinno po takiej rozłące, cały czas moje myśli krążyły wokół tego, co mi się ostatnio działo i czy to się powtórzy. I powtórzyło się tego samego wieczoru. Znowu te same objawy, lęk nieuzasadniony, telepanie,mdłości. Tak mi zeszły dwa tygodnie... Nie codziennie było źle, ale ataki lękowe powracały średnio co drugi, co trzeci dzień, w różnym nasileniu. Cieszyć przestało mnie cokolwiek. Zaczęłam się bać wychodzić z domu. Do tego doszedł straszliwy smutek, miałam ochotę zniknąć z powierzchni Ziemi. Powrót do domu był straszny - bałam się w pociągu czy dojadę. Mój chłopak musiał wysiąść wcześniej, płakałam, gdy zostałam sama w przedziale, chciałam żeby został. Paranoja totalna. W domu nie było nic lepiej. Ataki lękowe pojawiały się nadal, zaczęły atakować mnie za dnia. Przez około tydzień czułam się jak w koszmarze, przerażało mnie wszystko. Zaczęłam sobie wkręcać, że nie kocham mojego chłopaka, że powinnam być sama. Cyrk na kółkach, jak się nie trzęsłam to płakałam. Nie mogłam czytać, nic nie mogłam robić, na niczym skupić uwagi. Poszłam do internisty, zlecił badania krwi, między innymi TSH - wszystko w normie. Zapisał mi doxepin ale po dwóch tabletkach zrezygnowałam - czułam się tragicznie pusta po tym leku. Doszły kolejne objawy - zanik uczuć. Przestałam odczuwać cokolwiek, zniknęły wszystkie pozytywne uczucia. Pozostał tylko strach, ewentualnie złość albo smutek. A mój umysł przez cały czas szukał przyczyny, nieustający myślotok i przetrząsanie internetu. W końcu przełamałam się i poszłam do psychiatry. Zdiagnozował u mnie stany nerwicowe z początkowymi objawami depresji. Zapisał mi escitalopram plus jeszcze jakiś lek uspokajający doraźnie (nawet go nie wykupiłam, żeby mnie nie kusiło - facet powiedział mi, że on uzależnia i że powinno się go brać tylko w b. złych stanach lękowych) i kazał zapisywać swoje samopoczucie w jakimś kalendarzu. Pierwszy tydzień brania leku był straszny, miałam takie schizy, że myślałam już o zgłoszeniu się na oddział psychiatryczny, byle coś ze mną zrobili i żebym tak nie cierpiała. Tabletki biorę teraz już drugi tydzień i odpukać, póki co jest lepiej. Wyciszyłam się ale nadal nie odczuwam żadnych uczuć. Martwi mnie to i dręczą mnie natrętne myśli, dlaczego może tak być Cały czas dręczę się, czy odzyskam moje emocje. Aktualnie zastanawiam się nad psychoterpią, zapytam o nią mojego psychiatrę. Kolejną wizytę będę miała za jakieś dwa tygodnie. Tak to wygląda... Zdaję sobie sprawę, że nie jestem tu ani pierwsza, ani ostatnia. Jednak człowiek w takiej sytuacji zaczyna szukać ludzi o podobnych problemach, szuka potwierdzenia, że nie jest odosobniony i że można z tego wyjść...
  12. Nie, psychiatra na moje pytanie, skąd to się wzięło i jak się tego pozbyć odpowiedział mi: "Wie Pani, przyszło to i pójdzie". Generalnie powiedział mi, że moje zawirowania typu wytłumienie/wyłączenie uczuć i te wszystkie schizy mają źródło w nieuzasadnionym lęku, który pojawił się na początku choroby (dodam, że totalnie nagle i przy braku jakichkolwiek przyczyn zewnętrznych... Byłam sobie najszczęśliwsza na świecie i nagle bum:/). Zaczęłam sama interesować się tematem i aktualnie szukam psychoterapii w ramach NFZ w moim mieście (nie jest to takie proste). Martwi mnie tylko okropnie skąd mi się takie chore myśli biorą... Czy to jakieś przeniesienie lęku... Nie chcę być pół życia na lekach i nie chcę zniszczyć sobie życia z powodu choroby
  13. Witam, jestem tu nowa. Mam zdiagnozowaną nerwicę, psychiatra zapisał mi escitalopramum, który biorę 2-gi tydzień i czekam na efekty. Moim problemem są uporczywe myśli, że nie kocham mojego chłopaka Czuję się z tym okropnie, staram się walczyć ale jest jak na jakiejś równoważni - raz w jedną stronę, raz w drugą. Mój facet jest cudowny, wspiera mnie ze wszystkich sił, poza tym zanim zaczęły się moje problemy nerwicowe byłam z nim najszczęśliwsza na świecie... Te wstrętne myśli najintensywniej uderzają rano, po przebudzeniu - wtedy zaczyna mnie boleć brzuch i cała wariuję. Czy już zawsze tak będzie? Jak walczyć z czymś takim?
×