adika
Użytkownik-
Postów
14 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez adika
-
Witam wszystkich serdecznie. Tytuł nie bez podstawny.....już nie wytrzymuję (!) Mojej sytuacji nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach ponieważ proces trwa od lat ale spróbuję w miarę możliwości naświetlić najistotniejsze fakty. Jestem 40 letnią kobietą samotnie wychowującą jedenastoletniego syna. Mieszkam w małym miasteczku. Do wakacji wynajmowałam małe mieszkanko. Niestety koszty utrzymania narastały i nie dałam dłużej rady utrzymać się tam z synem. Wyjechaliśmy na wakacje do mojego ojca który od lat przebywa za granicą. Prawdę mówiąc nosiłam się z zamiarem pozostania tam na dłużej ale syn...szkoła... Wróciliśmy zatem do polski, żeby zamieszkać w tym samym miasteczku w cztero-pokojowym mieszkaniu matki. I tu początek horroru. Matka od kilku lat mieszka sama. Wszyscy (ja, ojciec, siostra) wieją od niej jak najdalej bo nikt nie jest w stanie dłużej z nią wytrzymać. Jest syllogomanką z chamskimi napadami agresji. Nazwijcie to depresją lub jakkolwiek. Wylądowałam u niej bo na prawdę nie mam się gdzie podziać. Proszę więc nie sugerować mi wyprowadzki. Mieszkanie jest najlepiej ujmując zasyfione go granic. Zadłużone na kilka miesięcy. Wcześniej opłacał je ojciec ale stwierdził w końcu że tak być nie może, że córki wynajmują pokoje za kokosy a tu 4 pokoje tracą metraż zawalone czym się da. Pomyślałam, że wobec tego spróbuję to jakoś ogarnąć. Zamieszkać, opłacać w jakimś stopniu, powoli odremontować. Walka toczy się o każdy centymetr. Udało mi się "odzyskać" dwa pokoje dla mnie i dla syna. Wszystko z nich wylądowało u niej w salonie (do balkonu wytyczona jest wąska ścieżka). Wyrzucić nie wolno niczego (!) Do tego wszystkiego codzienne napady.... Wyzywa mnie przy synu od szmat i kurew mszcząc się za porządki. Zachowuje się jak opętana. Wczoraj spałam zabarykadowana szafą (!) podstawioną pod drzwiami pokoju, bo do prawie północy wpadała do mnie co chwilę wyzywając, plując na mnie.... Leżałam spokojnie (sama nie wiem jakim cudem). W końcu zaczęłam nagrywać ją na telefon, który w końcu wytrąciła mi z rąk kiedy postraszyłam ją że zaraz zadzwonię na policję.... Nie wiem co robić. W końcu nie wytrzymam i ją uderzę. A ona tylko na to czeka. Granice mojej cierpliwości i upokorzenia już dawno zostały przekroczone. Brzydzę się nią (jakkolwiek to brzmi) a muszę jakoś tu żyć. O leczeniu u psychologa (psychiatry?) nie ma mowy. Dla niej problem nie istnieje. Kiedy wydawało by się że jest normalna - każda rozmowa jest zapalnikiem do eksplozji. Czy jest jakiś humanitarny sposób na uspokojenie takiej osoby? Dodam, że reszta rodziny ma to wszystko gdzieś - szczęśliwa że jest z dala od niej. Nie mam zamiaru wnikać już nawet w te pozostałe dwa pokoje. Niech sobie w tym śmietniku mieszka jak tylko chce. Ale jest jeszcze wspólna kuchnia, łazienka.... Mieszkanie nie jest moją współwłasnością. Jestem tu z synem zameldowana. Wstyd robić afery z policją, pomocą społeczną....ale jestem zdesperowana do takiego stopnia że udźwignę wszystko. Nie żeby ratować matkę. Żeby ratować siebie i syna. I to mieszkanie, które w końcu zabierze komornik jeśli stąd ucieknę. Co robić? Czy interwencja w MGOPS-ie ma jakiś sens?
-
Tak Was czytam i czytam i - paradoksalnie zazdroszczę. Czegoż to? Ale może po kolei. Moja przygoda z alkoholem zaczęła się jakieś 25 lat temu (w latach nastoletnich). Trawka doszła zaraz potem. "Dziewiętnastka" w Holandii. Praca, kasa, dostępne w tym kraju wszystko czego młoda dusza wtedy pragnęła, bo z domu się wyrwała. Kilkunastokrotnie na przestrzeni tej kilku dziesięcio letniej (można już powiedzieć) przygody pojawiło się i LSD i amfa. Ot tak, dla zabawy na imprezie. Było bosko i naprawdę jest co wspominać. Niestety wspomnień tych nie-na-wi-dzę. A bo już się tak nie da. Bo potrzebna do tego wolność (macierzyństwo ją wykluczyło) i towarzystwo (w domu przed lustrem to nie ta frajda) Czasy kiedy używki wiązały się z przyjemnością - minęły bezpowrotnie. Czterdziestka na karku, bagaż zmartwień przygniata..... Pozostał alkohol. Najbardziej dostępny. Rano nie mogę uwierzyć jak można pić. Wieczorem w pale mi się nie mieści, że można nie pić. Piję co wieczór. Zabijam tym demony. Mam od lat ciągłą zła passę. Jak zapomnę o synu w szpitalu z rurami w brzuchu to mi sąsiad kota zabije pałą, potem tracę zatrudnienie itd itd Próbowałam alko zastąpić antydepresantami. Próbowałam wrócić do trawki. W życiu nie uwierzyła bym gdyby mi ktoś powiedział kiedyś że trawki nie zechcę bo mi nie będzie dawać fajnych efektów. A jednak. Tylko już przygnębia. Próbowałam rozmawiać z panią psycholog która (takie odniosłam wrażenie) była znudzona moja historią. Przestałam uczęszczać na te nudne spotkania. Frustrowały mnie jeszcze bardziej. Zazdroszczę Wam jeśli trawka pomaga Wam wyjść z alko (zastąpić alko). Jeśli macie przed sobą szansę dzięki psychologom i lekom. Jeśli cokolwiek przynosi Wam jeszcze radość i ulgę. Mnie już wszystko męczy. Nie mam już w co uciec. Nie bezpodstawnie się poddałam. Próbowałam czego mogłam nawet jeśli było to zastąpienie używki-używką. Wiele dałabym za antidotum. Ale takie nie istnieje. Idę ulicą, spotykam znajomych, słyszę "Hej super dziś wyglądasz", uśmiecham się jakoś na siłę, odpowiadam z usmiechem a w duchu rozpaczliwie krzyczę "Stary - ratuj bo ledwie oddycham" Dotarłam do świadomości, że żeby nie wiem co - wszystko jest w naszej głowie. I tylko tam możemy znaleźć siłę. Nie wiem czy zdążę ją uruchomić. Po każdej próbie jestem coraz słabsza. Przegrywam coraz częściej. Kiedy myślę, że oto wreszcie jestem na dnie to okazuje się że może być jeszcze gorzej. I nic nie przynosi ukojenia. Wolałabym już tego skręta, procha.... niż kolejne wino na sen. Ale to kompletnie nie załatwia sprawy.... Bo tego wykiwać się nie da. Bo ....cug może zmniejszyć jedynie - cug większy.
-
Dzięki za odzew. Tak - to picie to nie za bardzo... ale od lat jestem "za pan brat" z alkoholem i skłamałabym mówiąc, że to przez kota. Teraz się wzmogło. Właśnie do psychologa się udałam pół roku temu w celu "wyprostowania" nieco nawyków. Byłam na 3 wizytach. Zrezygnowałam bo odniosłam wrażenie, że pani jest znudzona moją historią. Niczego ale to niczego nie wzniosła w moją walkę. Widocznie nie każdy nadaje się do wykonywania tego zawodu. Toteż doszłam do wniosku że muszę sama. Skutki są różne. Dodam że innego psychologa w okolicy nie znalazłam a na prywatne mnie nie stać. Nowy kotek? Przerabiałam. W rozpaczy nie raz szukałam w schroniskach, żeby zadośćuczynić... Raz nawet już miałam jechać po kolejny "egzemplarz". Ale nie. Jakiś rozsądek (nie wiem czy zdrowy) nakazuje sobie odpuścić. I tak się szarpię z myślami miedzy bogiem a prawdą. Mam mało stabilną sytuację materialną i mieszkaniową (o emocjonalnej nie wspomnę). Nie wiem co ze mną będzie a już co by było ze mną i kotem. To jednak odpowiedzialność. Ja już nie mam siły na odpowiedzialność. Kompletna niemożność dokonywania wyborów. Każdy jawi się jako niesłuszny. Może to wcale nie o kota tak do końca chodzi. Może po prostu coś we mnie pękło przy tej okazji. Pękło ....za te wszystkie ostatnie lata kiedy trzymałam się usilnie wszystkiego żeby przetrwać. A teraz się puściłam z tym całym moim ukrywanym żalem i smutkiem.
-
Od dziesięciu lat samotnie wychowuję syna. Małżeństwo trwało krótko. Zanim wyszłam za mąż nigdy nie czułam się samotna na dłużej niż sobie na to pozwalałam. Byli przyjaciele, romanse, imprezy. zainteresowania... Potem ślub, dziecko, rozwód... Oczywiście że było mi źle ale samotności specjalnie nie odczuwałam. Było mnóstwo zajęć przy dziecku, zmieniłam otoczenie (miejsce zamieszkania) więc siła z ciekawości nowego. Jakiś czas temu dopadło mnie wrażenie, że moja samotność trwa jednak dłużej niż bym tego chciała. Przyjaciele są daleko gdzieś, na romanse (związek) nie potrafię się za nic otworzyć, zainteresowań zero a imprezy to tylko powód żeby nie zapijać w domu przed lustrem. Zła jest ta świadomość. Kiedy nie chciałam jej przepędzać - odchodziła sama po krótkim czasie. Pomagało wyjście do ludzi. Teraz nie reaguje na nic. Czuję wewnątrz ogromną potrzebę bliskości drugiego człowieka a nie mam gdzie i do kogo. Wszystko mnie nudzi. Wszystko jest beznadziejne. Mieszkam w małym miasteczku. Nie jestem zamożna. Nie jestem też brzydka ani głupia. Czuje się jak uwięziona w ciele jakiegoś ociężałego mutanta. Rozmarzona żaba co żyje w opuszczonym stawie gdzie żaden królewicz się nie przybłąka. A taka ta moja samotność była kiedyś zdrowa. ech....
-
...to i ja pojęczę. Niecały miesiąc temu zwiał mi kot. Nie, nie tylko taki kot co pomruczy na kolanach i przyjdzie się połasić kiedy to ON ma na to ochotę. Nie czułam nigdy takiej więzi ze zwierzęciem jak z nim... No i znalazł się. Leżał na skarpie przy rzece, z dala od ulic....z przetrąconym kręgosłupem. Prawie wiem który sąsiad mu to zrobił. Nie wiem tylko dlaczego. Cóż, pochowałam, przepłakałam przez pierwsze dni każdą naszą kocią porę (wspólne codzienne rytuały o stałych godzinach) i - myślałam ze kilka dni wystarczy. Niestety. Od więc prawie miesiąca chodzę jak w transie. Kocich por już niby mniej ale jak mnie dopadną to chodzę po ścianach wyjąc jak bóbr. Nie potrafię pracować, zarabiać...od rana do wieczora jak bym młotkiem w łeb dostała. Empatia mnie skrajna wykańcza. Widzę jak gdzieś pełznie w stronę domu, jak cierpi, jak dopełznąć nie może. Jak się boi i pewnie żałuje że uciekł. Paranoja. Dodam że mam prawie 40 lat. Może nie byłam nigdy do końca normalna ale teraz do to już świr na bank. Wstyd mi, bo wiem ze ludzie tracą ludzi w gorszych okolicznościach a ja za kotem.... Piję codziennie wieczorem bo innym sposobem nie potrafię zabić tej empatii. Jestem zmęczona jak dawno i nie umiem z siebie takiej wyjść, stanąć obok i spojrzeć na wszystko z dystansem. Przytulcie bo zwariowałam ((((