Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Sebsun

Użytkownik
  • Zawartość

    20
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. KrzysztofT: dużo masz racji w tym, co piszesz, lecz nie do końca się zgadzam z 2-gim punktem. Za każdym razem byłem w szpitalu z 'S'-ką i ... jakoś mogłem się wypisać na własne żądanie. Lekarz ocenia REALNOŚĆ gróźb/zamiarów/myśli samobójczych i na tej podstawie podejmuje decyzję. A do głowy pacjenta i tak nie wejdzie, a 'aktorów' niemało w szpitalach. C©złowiek: z tego co opisujesz, to rzeczywiście trafiłeś na nudny i lekki oddział. Łagodnie Cię potraktowali i powinieneś się z tego cieszyć, bo chyba byś nie chciał trafić na 30 chłopa na sali, uwierz nie nudziłbyś się w iście kryminalnych warunkach, dodatkowo od ciężkiego upośledzenia poprzez katatonię i schizofrenię paranoidalną, zboczenia, psychopatie, symulacje i na depresji kończąc. Tak w ogóle to czego oczekujesz od pobytu w szpitalu? Trafnej diagnozy? A może, że wyjdziesz zdrowy? Możesz się rozczarować, bo szpital to ostatnia deska ratunku dla ciężko chorych psychicznie, a - nie gniewaj się - Ty sprawiasz wrażenie trochę zagubionego (coś o tym wiem, bo sam taki byłem i jeszcze w pewnym stopniu jestem). Nie neguję, że masz problemy, ale szpital ... no Twój wybór. KrzysztofT świetnie napisał, że jak wyjdziesz, to znowu będziesz się musiał dostosowywać do życia 'za murami'. Taki proces przechodził chyba każdy, choć znam i takich, co szpitale po prostu lubią, ale to już pozostawiam bez komentarza.
  2. Sebsun

    Całkowity odjazd

    Polecam psychiatrę i ...nie bać się diagnozy (oby była trafna, rzecz jasna).
  3. Sebsun

    Całkowity odjazd

    Wiesz co, z opisu nie wskazuje to ani na depresję, ani na panikę. Na zupełnie co innego, ale nie ma czegoś takiego jak diagnoza przez internet. Polecam wizytę u specjalisty psychiatry i szczere odpowiedzi na jego pytania.
  4. Pytałaś o ile zwiększana, a nie do ilu. Istotnie, dawka zwiększana jest do bodajże max 60 mg/dobę w zależności od reakcji organizmu. Zawsze zaczyna się od najmniejszych dawek i obserwuje się - oby - poprawę.
  5. Może ja się trochę wyłamię od wcześniejszych wypowiedzi. W moim przypadku szpital psychiatryczny to była ostateczność. Za każdym razem trafiałem tam na żądanie/prośbę moich rodziców, po moich próbach i ostrych myślach samobójczych. Raz byłem na oddziale dla internowanych sądownie (30 chłopa na sali). No cóż ... przerwa w życiorysie. Szpitale mi nie pomagały, ale dostałem tam taki wycisk, że nie życzę takich katorg psychicznych i fizycznych nikomu. By nikogo nie zrażać i się jednocześnie ie narażać celowo nie podaję nazwy i adresu, gdzie byłem. Było to jednak trochę lat temu, a o tym szpitalu było niejednokrotnie głośno w lokalnych mediach (od tej złej strony). Swoją drogą zawsze chciałem trafić na typowy oddział chorób afektywnych i/lub zaburzeń osobowości - nigdy nie było mi to dane. Tak, jak pisałem. Szpital to ostateczność, schron przed samobójstwem/zabójstwem/trwałym uszkodzeniem ciała,mienia etc. Jest to moje subiektywne zdanie i proszę nie sugerować się moją opinią.
  6. Zazwyczaj do 20 mg (zaczynasz od 10-tki). Nie jestem przedstawicielem farmaceutycznym, ale też właśnie akurat Seroxat już po raz wtóry ratuje mnie z fobii społecznej i depresji. Żadne jego zamienniki na mnie nie działały, gdyż pomimo tej samej substancji czynnej i dawki, na wchłanianie leku w organizmie wpływają różne czynniki. 20 mg przyjętego leku (zamiennika) nie gwarantuje 20 mg wchłaniania leku. To tak najprościej. W końcu coś z toksykologii ze studiów mi pozostało. Pozdrawiam
  7. rober6666 'Daje mi to dużo satysfakcji i pewności siebie - akceptacja swojego wyglądu i formy fizycznej działa jak swoista terapia' Mnie swego czasu siłownia wyciągnęła z popijania alkoholu. Popijanie alkoholu było u mnie oczywiście też żenującą metodą na terapię z lękiem i fobią społeczną. 'W ciągu ostatnich lat bardzo ubolewalem nad tym ,że ze zdrowego, wysportowanego faceta zrobiła sie patykowata , przerażona lękami i swoim stanem fleja.' No właśnie. Od śmierci mamy, a nawet już przed śmiercią dokładnie tak wyglądałem i jeszcze wyglądam, choć już trochę lepiej. Wychudzony, podkrążone oczy, sznyty na przedramionach i udach, szczerbaty. Wielu zarzucało mi, że ćpam, a mało kto wiedział, że po prostu tak mnie zniszczyła depresja. Dla porównania zrobiłem sobie zdjęcie w najgorszym stanie i zestawiłem ze zdjęciem, jak ćwiczyłem. Mało kto mnie poznaje. Jak nauczę się, jak się wkleja, to chętnie je wstawię na forum. Z opisu Twej historii i metod terapii nie wynika, że cierpisz na niedostatek. Ja niestety klepię biedę, ale myślę sobie, że z naszych historii powstałaby fajna dwutomowa księga, choćby i pod roboczymi tytułami: 'Bogaty stan mieszany' i 'Biedny stan mieszany'.
  8. Sebsun

    [Warszawa] Nasza Stolica

    Wstępnie się piszę, o ile można.
  9. Shadowmere: nic dodać, nic ująć w tym, co piszesz. Rozumiem, że habilitacja z psychiatrii ukończona?
  10. Sebsun

    Czy tylko ja mam tak że

    Nie ukrywam, że poruszył mnie Twój temat. Myślę, że pewne sprawy ukrywasz (może i dobrze), gdyż nie piszesz DLACZEGO tak jest (choćby i zachowania rodziców), tylko po prostu zdajesz relacje JAK jest. Ja przeżyłem 3. rodzaje przemocy: fizyczną, psychiczną i duchową. Jeśli mógłbym Ci jakoś pomóc, to bardzo chętnie (zapraszam na priv). Pamiętaj, że nawet rozmowa może dać więcej niż się nam wydaje (również kiedyś takiej potrzebowałem i nierzadko potrzebuję).
  11. Sebsun

    Czy tylko ja mam tak że

    Witaj Przez internet nikt poważny Ci diagnozy nie postawi. Nie gniewaj się, ale z opisu wynika syndrom dużego dziecka, który też zaobserwowałem na sobie, dlatego od 7 lat nie mieszkam z rodzicami (a raczej z ojcem, gdyż Mama nie żyje). A co do opisanych przez Ciebie objawów - psycholog i psychiatra. W dalszej kolejności - wyprowadzka od rodziców (w miarę możliwości). Zapraszam Cię również do mojego tematu (30-letnia tułaczka).
  12. betty_boo: zapraszam do przeczytania mojej historii. Pytasz o rady, ale decyzję i tak podejmiesz TY. Zresztą pytanie zbyt ogólne.
  13. rober6666: Witam. Tak, czytałem Twoją historię i metody radzenia sobie w tym 'piekle', bo tak można nazwać właśnie stany mieszane. Tak, jak już pisałem. Klasycznej manii nie mam i nie miałem. Bardziej to chyba można nazwać hipomanią dysforyczną - gniewliwość, złość, autoagresja pod różnymi postaciami. A w moich zaburzeniach osobowości (chwiejna emocjonalnie: niektórzy twierdzą, że typ impulsywny, niektórzy, że borderline) szuka się niemal desperacko oparcia w drugiej osobie i bliskości (niekoniecznie zbliżeń o podłożu seksualnym), dlatego też tak bardzo czuję się samotny i osamotniony. W wariackim zabieganym świecie mało kto ma czas, nie mówiąc o zrozumieniu innych sfer (chorobowych), dlatego najczęściej szuka się tego oparcia wśród ludzi zepchniętych na margines (bezdomni, kryminaliści, alkoholicy). Niejedne święta spędzałem na dworcu, więc coś o tym wiem. Pisałem też już o pustce. Kiedyś - jak to się mówi - korzystałem z życia. Gdy byłem w miarę zdrowy zmieniałem dość często dziewczyny, chodziłem z fotomodelką (nota bene wyższą ode mnie), wdawałem się w awantury po knajpach (też kiedyś ćwiczyłem), zadawałem się z różnymi ludźmi, ale też i śpiewałem w chórze kościelnym, mam kilka zawodów i ... no i ta pustka. Niektórzy nazywają to malkontenctwem, ale tak naprawdę nie jest. To wieczne niezadowolenie to po prostu PUSTKA. Można też naciągnąć i nazwać to niezdecydowaniem. Masz miliony - źle, masz piękną dziewczynę - źle, jesteś zdrowy na ciele i umyśle - źle. No i w drugą stronę: klepiesz biedę - źle, nie masz kobiety - źle, gnije ciało, a psychika nie halo - źle. Rzadko kiedy cieszyły mnie rzeczy materialne (choć oczywiście pieniądze są niezbędne do życia i wszyscy chcielibyśmy żyć w dostatku). Mnie cieszy gest i ludzkie serce. Jak macie kogoś bliskiego przy sobie, to doceńcie to. Bo samotność, osamotnienie i pustka to klamka do wieczności, choć w pewnym sensie samotność uszlachetnia. Mam nadzieję, że niektórzy zrozumieli o czym piszę. Pozdrawiam
  14. Shadowmere: Istotnie, nigdy nie miałem manii, wydawałoby się klasycznej dla CHAD. Jest jeszcze taka odmiana CHAD-u, jak stany mieszane, czyli tak jakby i mania (u mnie dysforyczna) i depresja naraz, mieszanka wybuchowa bardzo, ale to bardzo wyniszczająca. Najgorsza u mnie jest ta pustka (nie mylić z depresją) charakterystyczna dla BPD (borderline) i uciążliwe poszukiwanie kogoś w kim miałoby się poparcie, nawet bezdomnych ludzi z ulicy. ewaryst7: tylko trafić na dobrego terapeutę to ... problem. WojuBoju: Miłe słowa, dzięki! W ogóle mam wrażenie, że nie pasuję do tego świata. Niektórzy zaraz może napiszą, że mam postawę roszczeniową, ale tak nie jest. Raczej sobie ujmuję i często idę na ustępstwa, choć jestem niezwykle pamiętliwy. Nie jestem tu, by licytować się problemami, ale sobie, a może też innym pomóc. A przede wszystkim znaleźć człowieka przez wielkie 'C' i to nie po to - jak to kiedyś określiła pewna psycholog - by go wprowadzić w bagno - ale by z tego bagna wyjść. Tutaj na myśl mi przyszła zielona tabliczka z napisem EXIT. Pozdrawiam wszystkich
  15. Tak, jak obiecałem, mimo oporów i zniechęcenia (reakcja z innego forum oraz nieporozumienie na czacie) postanowiłem jeszcze raz podzielić się moją historią, tym razem na tym forum. Moją historię przedstawię w kilku etapach. 1.etap: 0-17 lat Urodziłem się w religijnie rozbitej rodzinie. Ojciec – katolik, Mama – odstępowała od Kościoła Katolickiego, najpierw do protestantów, później do Świadków Jehowy. Zdecydowanie nie podobało się to mojemu ojcu, który dosłownie na siłę chciał zatrzymać Mamę w kościele. Częste awantury, kłótnie i rękoczyny napawały mnie coraz większą niechęcią do ojca, a większą miłością do Mamy. Gdy ojciec bił Mamę, zawsze stawałem w jej obronie, mimo że nie miałem jako kilkuletnie dziecko żadnych szans i też obrywałem. Jako, że miałem i mam talent muzyczny, chodziłem do dwóch szkół naraz: szkoły podstawowej i szkoły muzycznej. Miałem więc nawał obowiązków dodatkowo bardzo często okraszany niepewnością, czy Mama znowu nie przechodzi psychicznych i fizycznych cierpień przez mojego ojca. Dodam, że ojciec nigdy nie był i nie jest alkoholikiem. Moja osobowość kształtowała się nieprawidłowo. Zaczęło się od lęków po prostu o zdrowie Mamy. Pragnąłem, aby miała spokój i aby mój ojciec przestał ją w końcu prześladować. Bywało też, że presja, którą wywierali na mnie rodzice (presja najlepszego ucznia w szkole podstawowej i muzycznej) przeradzała się w takie lęki, że choćbym i nie miał światła do nauki nocami, to musiałem bardzo dobrze napisać klasówki. A niestety zdarzało się, że ojciec we wściekłości, że się po nocach uczę, wykręcał bezpieczniki i musiałem uczyć się w konspiracji pod kołdrą przy latarce. Pierwsze niepokojące objawy zauważyłem już w wieku 10, 11 lat. Zacząłem stronić od ludzi, unikać ich. I to w wieku 11. lat miałem pierwszy zamiar samobójczy. Pod wpływem impulsu nagle rzuciłem skrzypce, podbiegłem do okna i zacząłem się wdrapywać na parapet (mieszkaliśmy na 10 piętrze). Moja siostra mnie jednak siłą z niego ściągnęła. Objawy lękowe przybierały na sile: spocone dłonie, sztywnienie karku, czerwienienie się, dolegliwości żołądkowe. A ja dalej musiałem wysłuchiwać, że to mi samo przejdzie itp. Jednak zawsze mało kto się liczył z moim zdaniem, a ja doskonale wiedziałem, że po prostu coś ze mną jest nie tak. 2. etap: 18 – 22 lata Mimo że sygnalizowałem rodzicom moje objawy, oni to bagatelizowali. Pierwsze objawy depresyjne objawiały się u mnie brakiem jakiejkolwiek chęci wstawania z łóżka. Na to jednak ojciec miał sposób: zdzielić mokrą szmatą lub pasem. Nie leczyło to jednak moich psychicznych męczarni, więc zacząłem szukać doraźnych sposobów: marihuana i alkohol. Zdecydowanie lepszym w redukcji lęku okazał się alkohol, toteż dość często popijałem. To chyba cud, że nie zostałem ani alkoholikiem, ani narkomanem. Alkohol jednak nie rozwiązywał moich problemów, a pomagał doraźnie. Bywało, że byłem agresywny, bywało, że byłem maksymalnie depresyjny. Fobia społeczna cały czas dawała o sobie znać, do tego stopnia, że musiałem porzucić naukę w szkole muzycznej, gdyż na gryfie skrzypiec i na klawiaturze pianina/organów była sama woda (pot), oczywiście z moich mokrych rąk. Rozpocząłem studia (nie muzyczne). Po roku zrezygnowałem i poszedłem do studium medycznego, by ponownie po 2 latach wrócić na studia. Chyba dopiero poważnie rodzice zaczęli traktować moje zaburzenia, gdy odplątywali mnie z paska, gdy wisiałem cały siny na rurze od kaloryfera. Wtedy też pierwszy raz trafiłem do szpitala psychiatrycznego na 2 tygodnie. Diagnoza: osobowość chwiejna emocjonalnie: typ impulsywny, fobia społeczna, zaburzenia adaptacyjne. Szpital i leczenie mi absolutnie nie pomogło, zresztą sam lekarz i psychologowie mówili, że ja nie pasuję do tych ludzi. Dopiero leki przepisane przez innego lekarza mi pomogły, ale nie na długo, gdyż sam na własną rękę odstawiłem. Przynajmniej wiedziałem co mi jest, choć nie do końca byłem zdiagnozowany. Odczuwałem coraz większą pustkę w życiu, nie wiedziałem gdzie mam szukać Boga, czy u katolików, czy u Świadków Jehowy, czy może gdzieś jeszcze indziej. Choć miałem dziewczyny, czasami chodziłem na imprezy, to w gruncie rzeczy czułem się nieco wyobcowany. 3.etap: 23 – 28 Był to chyba najbardziej burzliwy etap w moim życiu. Bardzo przeżyłem chorobę nowotworową mojej Mamy. Ojciec trochę się zmienił, już aż tak się nad nami nie znęcał. Ale moje problemy zostały. Przeprowadziliśmy się w drugi rejon Polski, a konkretniej sam ojciec, bo Mama i ja zostaliśmy (Mama mieszkała w hotelu medycznym, a ja – w akademiku). Szukałem porad po różnych lekarzach i psychologach. Pewnego dnia oznajmiłem Mamie, że to już koniec. Poszedłem i wieszałem się w lesie, lecz tak nieudolnie, że zawsze się rwały gałęzie. Trafiłem znowu do szpitala z racji myśli i prób samobójczych. Ponownie mi nie pomógł. A depresja i lęki przybierały dalej na sile. Rzuciłem studia, pojechałem do ojca. Tam trafiłem na prawie najgorszy oddział, gdzie na sali było ok. 20 łóżek. To było prawdziwe piekło i szkoła przetrwania. Tym razem również szpital mi nie pomógł, a jedynie może uchronił mnie przed zrobieniem sobie krzywdy. Pomyślałem sobie: tułam się po tych szpitalach, a ja jakbym obracał się wkoło, przecież muszę coś ze sobą zrobić, bo tak dalej być nie może! Zacząłem dużo czytać o zaburzeniach depresyjnych i lękowych, o zaburzeniach osobowości. W końcu sam dobrałem sobie leki i o dziwo psychiatra mi je przepisał: seroxat + lamotrygina. Po kilku miesiącach byłem zupełnie innym człowiekiem. Chęci do życia wróciły, o fobii zapomniałem, znalazłem dorywczą pracę i wróciłem na studia. I znowu błąd: na własną rękę odstawiłem leki. Na domiar złego wróciła choroba nowotworowa Mamy i niestety po wielkich męczarniach i cierpieniach Mamusia umarła. Choć ciężko mi o tym pisać, to chyba sobie wyobrażacie sobie co musiałem czuć. Mama była dla mnie wszystkim, rozumieliśmy się bez słów, wzajemnie się wspieraliśmy… Ale musiałem jakoś żyć, ale to już nie było życie – to była wegetacja. Zaniedbałem się bardzo, nie myłem się, nie myłem zębów przez 2 lata. Gdy zostawałem sam w pokoju w akademiku załatwiałem się do butelki (gdyż lękałem się wyjść), jadłem suchy chleb. Często na całe tygodnie wybywałem do kolegi chorego na autyzm. Choć dawałem mu pieniądze, to czułem się podle, że on za mnie chodzi do sklepu, a ja całymi dniami leżę i wyję w łóżku. Miałem dużo nieobecności, często spałem w ubraniu i też tak jak wstałem szedłem na zajęcia na uczelnię. Ludzie ode mnie stronili – śmierdziałem. Ale mi już było prawie wszystko obojętne. Prawie, gdyż często zwracałem się do mojego jedynego przyjaciela – Boga. I to chyba tylko On mnie trzymał i trzyma przy życiu. Miałem jeszcze jeden zamiar samobójczy, ale dostałem wówczas na krótko pracę, więc do samobójstwa nie doszło. Po latach studiowania obroniłem mgr i rozpoczął się jednocześnie kolejny etap szukania pracy, ale nie tylko. Postanowiłem uporządkować swoje życie duchowe. Długie lata modliłem się o wiarę, po prostu słowami: przydaj mi wiary Panie! Po zamęcie jaki wprowadzili Świadkowie Jehowy i inne wyznania, tak naprawdę nie wiedziałem czy Bóg jest w jednej, w dwóch, czy trzech osobach, mimo że w niego wierzyłem. I Bóg odpowiedział na moje modlitwy: dziś mogę powiedzieć, że wierzę, że Jezus jest Bogiem. Odnośnie pracy. Pół roku po ukończeniu studiów szukałem i niestety nie mogłem znaleźć. Chciałem też zmienić towarzystwo, gdyż mieszkałem u tego kolegi chorego na autyzm, a to mnie dodatkowo dobijało i jeszcze bardziej drażniło moją tzw. wrażliwość patologiczną. 4.etap: 29 - ? Postanowiłem pojechać pod/do Warszawy, aby zupełnie zmienić towarzystwo i zacząć życie na nowo. Na początku zahaczyłem się u znajomego, a teraz wynajmuję pokój w Warszawie. Depresja i lęki wróciły, choć nie aż w takim wielkim nasileniu. Pracowałem głównie jako sprzątaczka i nawet mnie oszukano. To, jak się zaniedbałem przez depresję muszę naprawić (głównie uzębienie). Muszę znaleźć pracę i szukam, choć nieefektywnie. Do ojca nie chcę wracać, gdyż on układa sobie życie z konkubiną (może przyszłą jego żoną) i chce mieć ode mnie święty spokój. Czuję, że trochę nie pasuję do tego świata. Może na zewnątrz wydaję się w miarę normalny, ale wewnątrz toczona jest bezustanna walka, nawet z samym sobą, ale nie tylko. Jestem bardzo wrażliwy, zimnym draniem chyba bym nie umiał być, choć jestem bardzo pamiętliwy. Przez większość znajomych zostałem zepchnięty na margines, dlatego coraz bardziej staję się typem samotnika i obserwatora, co mnie absolutnie nie cieszy. Szukam pomocy, szukam człowieka przez wielkie ‘C’, dlatego też zarejestrowałem się na forum, spotkałem się z Wami i opisałem swoją historię, w wielkim skrócie. P.S. Wiem, że wielu z Was szpital pomógł. Mnie niestety – jak opisywałem – poza uchronieniem przed samobójstwem – nie pomógł, a dodatkowo zaszkodził: tam się nauczyłem palić papierosy, a z tym chciałbym jak najszybciej skończyć.
×