Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

zetVi

Użytkownik
  • Zawartość

    188
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Nie, nie. To nie do końca jest tak. USG pokazuje nam budowę węzła chłonnego, na podstawie echo węzła już można stwierdzić, czy węzeł jest nowotworowy, czy ma zachowaną zatokę, pokazuje również b. dokładnie wymiary węzła. USG to jedno z najważniejszych, wstępnych badań w diagnostyce nowotworów węzłów chłonnych. Najczęściej nieprawidłowości w obrazie USG są podstawą do dalszej diagnostyki pacjenta z powiększonym węzłem chłonnym. Morfologia w przypadku takich chorób również ma znaczenie, ale w porównaniu z badaniem obrazowym, to znaczenie jest podrzędne. :)
  2. zetVi

    Omamy wzrokowe? Proszę o porade

    dankan, to nie są żadne omamy wzrokowe. Jest to na 90% rodzaj "śnieżenia", śniegu optycznego - albo jego konsekwencja. To samo będzie się działo, kiedy przy odpowiednim sztucznym świetle spojrzysz na powierzchnię "w kratkę", albo jakiś inny, prosty wzór. Czasem śnieżenie potrafi tak uprzykrzyć życie, że nawet czytanie książki na tle z jakimś wzorkiem bywa uciążliwe - bo wszystko przed oczyma się "mieni". I nie ma to związku z nerwicą lękową, ani z wadą wzroku czy jakąś konkretną chorobą. Śnieżenie to przypadłość wielu ludzi i tak do końca nie wiadomo z czego wynika. Z tym się żyje. Staraj się nie męczyć wzroku wpatrywaniem się w ten kocyk :-) ani w nic, co sprawia takie sensacje. Po prostu uznaj to za przywarę z którą również i Tobie przyszło żyć, podobnie jak wielu ludziom na świecie. :)
  3. Zgadza się. Bo zapewne wiesz już gdzie węzły występują. Hipochondryk potrafi bardzo szybko wejść w stan gotowości do odczuwania objawów wypatrzonej choroby. Najłatwiej jest odczuwać ból.. gdybyś nie wiedziała, że masz w tych miejscach węzły - jestem pewna, że nie poczułabyś tam żadnego dyskomfortu. bo nie miałabyś z czym go połączyć. :-) Jednak sam ból (który jak mówię, łatwo można przywołać) nie oznacza rozrostu węzła. Rozrost rozpoczyna się od momentu "macania". Poczułaś ból - może zaczęłaś tam węzłów szukać i być może znalazłaś.. z resztą ciężko jest czasem węzłów nie znaleźć. Zwłaszcza jeśli jest się szczupłą osobą, która bardzo wnikliwie poszukuje. :-) Wszyscy mamy węzły chłonne. Prawie każdy z nas w którymś miejscu ma przynajmniej jednego większego, zwłókniałego, wszak wszyscy czasem chorujemy (np. 1cm, zwłaszcza w okolicach żuchwy, szyi czy pachwin). Tylko hipochondrycy boją się po prostu już samego faktu, że węzła da się wyczuć. Boją się samej świadomości, że mają w jakimś miejscu "kulkę", którą da się zmierzyć, dotknąć..wyczuć - gdyż żyją zazwyczaj w błędnym przeświadczeniu, że prawidłowe węzły powinny być np. milimetrowe. :-)
  4. Chciałam tuta trochę o węzłach wtrącić co nieco.. mówicie tutaj często o węzłach jedno centymetrowych, 0,5- do 2 cm i wiążecie z nimi dość wyraźne obawy. Tymczasem prawidłowy węzeł chłonny, (poza tym, że ma prawidłowe echo w obrazie ultrasonograficznym) ma prawo przekraczać ten jeden centymetr. Powiem więcej. W stanie zapalnym, po zwłóknieniu, albo po intensywnym „badaniu” (mam na myśli wieczne uciskanie, macanie) – może urosnąć do 18 mm i nadal być prawidłowym. Tutaj nie wielkość węzła stanowi kryterium do podejrzewania jakiegoś rozrostu nowotworowego. Wielkość owszem, ma znaczenie kliniczne, ale wtedy i tylko wtedy, kiedy przekracza ona 2 cm i kiedy węzeł w obrazie USG wykazuje pewne nieprawidłowości w jego budowie. Ponadto taki zły węzeł „rzuca się w oczy”, ma nieprawidłową spoistość, jest przytwierdzony i często połączony z innymi naczyniami limfatycznymi. Dobry lekarz onkolog (a i czasem internista!) jest w stanie już po badaniu palpacyjnym wstępnie określić, czy należy coś podejrzewać czy nie należy. Dodam jeszcze, że w chorobach nowotworowych węzły lubią „wyskakiwać” niesymetrycznie, lubią trzymać się jednej strony. Hipochondrycy natomiast miewają je wszędzie. Wszędzie tam, gdzie potrafią sięgnąć i się pomacać. :-) A ja odradzam takie dotykanie. Przez nie, nie dość, że węzły rosną, to jeszcze odbiera się im szanse zmaleć. Węzeł potrzebuje niewiele czasu na to by urosnąć, ale już sporo więcej (czasem kilka miesięcy całkowitej abstynencji od dotykania), by zmaleć. Innymi słowy: im dłużej węzeł jest macany, tym dłużej będzie malał. Albo wcale nie zmaleje. Warto? :-)
  5. zetVi

    PROBLEMY Z POŁYKANIEM

    Problemy z połykaniem, najczęściej mają charakter nerwicowy - i nie mówię tak dlatego, że zawsze mówi się w ten sposób znerwicowanym osobom, żeby je uspokoić. :-) Po prostu tak jest. Problemy z połykaniem, "klucha w gardle", suchość w ustach, problemy z oddychaniem a nawet mową i tak dalej - to objawy, które towarzyszą nerwicy i są dla niej wyjątkowo charakterystyczne. Oczywiście ja nie mam na myśli pełnoobjawowej dysfagii, mam raczej na myśli pewną blokadę przed połknięciem, która jest nieuświadomiona. Człowiekowi wydaje się, że zapomniał w jaki sposób się połyka, w tym momencie czuje napływ lęku, usilnie próbuje pozbyć się kęsa i albo w jakiś dziwaczny sposób cudem połyka - albo wręcz zwraca. Jeśli skupisz na tym uwagę, będzie tylko gorzej. Ten mechanizm mogłabym wyjaśnić na przykładzie tabletek.. wiele dzieci (dorosłych z resztą również) miewa problemy z połknięciem tabletki. Często nie pomaga ani woda, ani żaden sok, ani nawet odwrócenie uwagi. Już sama myśl, że tabletka jest twarda i bywa duża, powoduje, że dziecko takowej nie przełknie. Myśl, wyobrażenie. Ty również w pewien sposób nastawiasz się na myśl "zacznę się dusić" albo "nie połknę" i już automatycznie Twoje podniebienie odmówi Ci posłuszeństwa. Wielu ludzi zgłasza się z takim problemem do pracowni USG twierdząc, że przyczyną jest jakaś patologia, jeszcze inni wypatrują w sobie ubytków neurologicznych, zaników mięśniowych.. a prawda jest taka, że te wszystkie choroby nie wybierają sobie jakiś momentów w których mogą atakować.. objawy dysfagii trwają cały czas i wyglądają nieco inaczej. Tak więc moja rada: przypomnij sobie, kiedy doświadczyłaś tego po raz pierwszy i czy wówczas nie miałaś ataku lęku? Być może utrwaliłaś w sobie taki lęk i teraz każdorazowo przy posiłku doświadczasz tego nieprzyjemnego uczucia...
  6. zetVi

    Brak poczucia sensu życia

    Co Wy tutaj dziewczyny za głupstwa mówicie, że żyć się nie chce, że nie trzeba. Trzeba i warto by się chciało! Tak jak mówi coccinella, z czymś takim jak depresja trzeba się wziąć za łby małymi kroczkami. Zauważyłam niedawno taką prawidłowość, że depresja (zwłaszcza cięższa w objawach i przewlekła) lubi przyplątywać się do ludzi zależnych pod różnymi względami od innych. Chociażby od rodziców. Często widzi się posty osób w wieku 30+ którzy z różnych powodów nie potrafią się usamodzielnić. Taka niemoc pewno ma związek z finansami, pracą zawodową, niezdolnością do samodzielnego utrzymania się ale i z samotnością – niemożnością nawiązania, utrzymania i zawiązania jakiegokolwiek związku z drugą połówką. Nie dziwota więc, że ktoś, kto nie ma swoich pieniędzy, nie ma u boku swojej połówki, mieszka z rodzicami i kończy ileś tam lat popada w depresję. Domyślać się tylko mogę (bo nie jestem specjalistą i nie znam się na psychologii), że to wynika z wyrzutów sumienia („jestem do niczego”), że to wynika z porównywania siebie do innych („wszyscy znajomi żyją inaczej”), że może wynikać z tego wszystkiego ciężka depresja. I, że ciężko jest uwierzyć, że można się z niej wyplątać. Bo skoro się nie wierzy, że można żyć inaczej – to i w poprawę zdrowia psychicznego uwierzyć ciężko. Tymczasem trzeba się chociaż trochę postarać uwierzyć i zacząć jakkolwiek działać. Małymi krokami. Może na początek kajka, spróbuj pracować w domu.. pomagać ojcu, gotować? Sprzątać, robić proste zakupy? Najlepszym lekarstwem na depresję jest praca. Czy to zarobkowa czy w domu. Po prostu praca. Coś, co daję satysfakcję. Cokolwiek. Trzeba coś robić... Nie warto czekać na cud – bo takowe same z siebie się akurat w tej dziedzinie nie zdarzają. Jeśli zaś o lekarza chodzi – dobrze dobrane leki bywają pomocne, jeszcze lepsza jest psychoterapia. Pomyśl o tym jeszcze raz, na spokojnie. :-) A nad sensem życia nie rozmyślaj zbyt głęboko.. to tematy do rozmyślań dla sprawnych filozofów i im to zostawmy. :-)
  7. Ząb nad którym znajduje się taki ropień, wcale nie musi być przyczynowym. Ropień umiejscawia się w pobliżu chorego zęba.. może być i tak, że ubytek w zębie obok przyczynowego nie ma istotnego znaczenia. Ale może być i tak, że to właśnie ten ząb z ubytkiem obumarł samoistnie... tak czy siak - trzeba leczyć. Ząb z czarnym ubytkiem może nadawać się do leczenia kanałowego - bo tak jak wspominałam, dzisiaj stawia się korony na trwałych wkładach, nawet jeśli podstawą ma być korzeń przy dziąśle. Stomatolog nie patrzy wyłącznie na stan korony. Wykonuje raczej rtg zęba i ocenia czy warto go uzupełnić. Niestety, taka akcja ratowania zęba z którego niewiele pozostało, bywa kosztowna. Z ropniakami z kolei jest tak, że potrafią latami istnieć na dziąśle i nie dawać specjalnie szokujących objawów. :-) Są to wówczas niewielkie "kulki", dość miękkie, okresowo twarde, czasem zaognione a czasem nie. Czasem bywają nie widoczne a jedynie wyczuwalne palpacyjnie. A i jeszcze zdarzyć się może, że taki ropień pęka samoistnie.. Ale po cóż pisać scenariusze.. tak czy siak, musisz wybrać się do stomatologa. Im szybciej - tym lepiej. Jeśli nie zdecydujesz się na kanałówkę: ekstrakcja takich uciążliwych zębów jest możliwa w ramach Funduszu. :-)
  8. Perla, tak sobie czytam i zakorciło żeby odpisać.. w czasach młodości chciałam być stomatologiem - niestety nie wyszło. :-) Tymczasem z tego co pamiętam, to co opisujesz jest tym o czym mówią koledzy i koleżanki powyżej. Ropień lubi się "budować" pod zębami dawniej przeleczonymi kanałowo, pod niedoleczonymi (zatrutymi, bez uzupełnienia kanałów), pod zębami bez koron (korzeniami) albo takimi, które obumarły samoistnie. Tak czy owak, masz tam ropnia, który w tej chwili może i nie jest specjalnie wielki - ale uwierz.. warto go już teraz usunąć. Taki ropień może się okresowo powiększać, albo doprowadzić do wielkiej przetoki i opuchlizny. Jeśli z zęba cokolwiek zostało - warto go ratować, przeleczyć kanałowo ponownie. Jeśli nie - usunąć ząbka. Czasy się zmieniły, dzisiaj stosuje się wymyślne znieczulenia, dobry stomatolog potrafi uratować nawet resztki korzenia, stawiając na nim trwałą koronę na "śrubie". Raka nie masz. Do stomatologa marsz! :-)
  9. zetVi

    halucynacje!!!

    kasz, moim zdaniem Agasaya ma rację. Opisałeś klasyczny przykład omamów hipnagogicznych. Nie są to omamy występujące przy całkowitej świadomości czy jasności umysłu - więc nie klasyfikuje się ich jako objawów zaburzeń. Są to raczej omamy, będące wynikiem niewybudzenia umysłu ze snu, przy wybudzonym ciele. Innymi słowy: fizycznie byłeś już rozbudzony, umysł zaś nadal pozostawał w "krainie snów". :-) Takie coś zdarzyć się może każdemu. Czasem przybierać może formę paraliżu przysennego o którym znajdziesz mnóstwo informacji w sieci. Twój "pies" w porównaniu z opisywanymi przez ludźmi wizjami nocnymi - to pikuś. :-) Nie każdy może pochwalić się takim realistycznym przeżyciem - ale uwierz.. to dość powszechne zjawisko. Patologią byłoby, gdyby zaistniało przy zachowaniu pełnej świadomości, w ciągu dnia. http://pl.wikipedia.org/wiki/Omamy_hipnagogiczne
  10. Ja myślę perla jednak, że mimo wszystko ten kał jest rozluźniony przez zwiększoną ilość śluzu i nabłonków w nim – i jest to z całą pewnością efektem Twoich nerwów, stresu, lęków.. bo zauważ, że mnóstwo uwagi poświęcasz temu zjawisku – przyglądasz się, boisz, masz nastawienie „oczekujące”, ciągle się tego spodziewasz i próbujesz z tym walczyć probiotykami. I to będzie się Tobie przytrafiało – tak długo, jak długo będziesz się tym przejmować. Samo przyjmowanie probiotyków czy jakiś specyfików na tą dolegliwość już jest „zainteresowaniem”.. na moje niedoświadczone gastrologicznie w prawdzie oko, powinnać (oczywiście jeśli nie zalecił tego lekarz) odstawić lekarstwa i w spokoju poczekać, z nastawieniem, że to minie. :) To ja może powiem tak nieco humorystycznie: z jelitami czy żołądkiem jest tak, że to one „odzywają” się jako pierwsze przy stresie, nie mówiąc już o lękach czy nerwicy.. zdrowi ludzie, nie mający nawet najmniejszych problemów nerwowych, przy stresujących sytuacjach (egzaminy, matura, nowa praca etc.) dostają biegunek, rozwolnień, zatwardzeń i innych nieprzyjemnych atrakcji. Na przykład udowodniono nie raz, że człowiek w sytuacji zagrożenia dosłownie „popuszcza”, że tak brzydko powiem „robi pod siebie” - a więc przez lęk przyspiesza sobie metabolizm, powoduje biegunki.. najczęściej zdarza się to w sytuacji, kiedy życie jest zagrożone. Więźniowie skazywani na karę śmierci absolutnie zawsze w ostatnich minutach życia mają silne biegunki. Bo się boją. Ty też w pewien sposób obawiasz się śmieci, bo nastawiasz się na jakąś chorobę (Crohna, nowotwór lub coś w tym rodzaju), bo masz nerwicę lękową. Nic więc dziwnego, że miewasz chroniczne biegunki.. to naprawdę może doprowadzić do ZJD.. ja osobiście jestem zwolennikiem teorii, że nerwica lękowa poprzedza ZJD, że na to nie chorują osoby spokojne, pozbawione lęków.. to choroba nerwicowców. Tak, bo już w definicji biegunki, zwyczajnej biegunki czytamy, że ma ona znamiona śluzu i niestrawionych resztek jedzenia. To normalne. Powiem więcej, przy bardzo intensywnych biegunkach, możesz zaobserwować krew w kale (!) i w razie takiego zjawiska, nie potrzeba panikować. Ludzie potrafią całymi latami mieć biegunki albo luźne stolce.. często z uczuciem przelewania a nawet silnego kłucia we wszystkich kwadrantach brzucha.. - to są nerwy. Ja to nazywam "jelitowym przeżywaniem problemów", jeśli ktoś "jelitowo" przeżywa stres czy lęki - będzie miał takie sensacje dopóki się stresora czy lęków nie pozbędzie. :)
  11. perla, jestem jestem, mam wprawdzie ostatnio mnóstwo ciężkiej pracy - ale na forum zawsze nieco czasu znajdę. :) Jeśli o ten śluz chodzi.. z tego co mi wiadomo, w skład każdego kału i zawsze wchodzą złuszczone nabłonki i śluz jelitowy.. sam śluz jest rzeczą normalną i pożyteczną. Czasem jednak jest go „za dużo” a to z rozmaitych przyczyn. O jednej wspomniał Imbir i ma rację – śluz, zwłaszcza gdy jest go dużo, jest jednym z podstawowych kryteriów diagnozowania ZJD. Niemalże zawsze przy tej chorobie występuje.. a to dlatego, że choroba ta, charakteryzuje się częstymi biegunkami często na przemian z zatwardzeniem – co bardzo męczy jelita (pobudza do zwiększonej produkcji śluzu). To jest jedna z przyczyn. Pozostałe to wszystkie te, które mogą mieć związek z np. biegunkami. Chociażby takie banalne zatrucie. Wówczas też jest biegunka i też jest śluz. Innymi słowy: jeśli jest biegunka, jest śluz (czasem po silnych biegunkach, można wyoróżniać się samym śluzem, jako że nie ma już czym a jelita wciąż „pracują”). Jeśli jest silne i długotrwałe, chroniczne zatwardzenie – też jest śluz (tylko różnic się może nieco konsystencją o czym możesz poczytać w linku poniżej). Jeśli takie problemy dzieją się naprzemiennie – też jest śluz. Śluz jest zawsze tam, gdzie dzieją się rewolucje żołądkowo-jelitowe. http://sal-pol.com.pl/?sluz-w-stolcach,882 Podejrzewam, że ze względu na nerwicę, masz rozregulowane jelita.. (po za występowaniem śluzu, pasuje też charakterystyczne „przelewanie”) stres, lęki, nerwy.. to wystarczy by miewać biegunki czy zaparcia a w konsekwencji: większą ilość śluzu w kale. Jak zwykle nie pozostaje Ci nic innego, jak przestać się martwić. :) No i warto jeszcze dodać, że nerwica lubi współtowarzyszyć ZJD a i są też przesłanki, że może ów zespół powodować (być przyczyną). .
  12. zetVi

    Nerwica spowodowała u mnie schizofrenie!

    No właśnie - ograniczony, czyli częściowy. :) Jeśli ktoś ma taki częściowy krytycyzm - to nie można powiedzieć, że nie ma go WCALE - dlatego czyta się czasem, że: :)
  13. zetVi

    Nerwica spowodowała u mnie schizofrenie!

    Bardzo chciałabym poznać osobiście lekarza psychiatrę, który miewał przypadki schizofreników zgłaszających się samemu po poradę, zgłaszających jakieś dolegliwości, z zachowanym krytycyzmem tak, że mógłby prypuszczać, że to schizofrenia. Ja NIE ZNAM takiego psychiatry ani z życia ani z literatury ani nawet z seriali czy filmów. Prędzej jest tak, jak mówi Piotrek. Zgłaszają się czasem - ale z innym problemem, bez słowa "schizofrenia" na wstępie. Trzeba wyraźnie określić, czy jest CZĘŚCIOWY KRYTYCYZM, który czasem występuje w początkowej fazie choroby. Psychiatrzy nazywają to "częściowym wglądem" w chorobę, który według chorych polega na przeczuciu, że coś się "zmieniło", coś "działa inaczej", ale nigdy nie jest to wstępem do choćby przypuszczeń, że ta zmiana w psychice to efekt rozwijającej się choroby psychicznej. Taki chory z częściowym wglądem zauważy, że wszystko wokół spostrzega inaczej ale prędzej wytłumaczy to sobie nawiedzeniem najświętszej Maryi panny albo metalowym implantem w czaszcze niż przyzna sam przed sobą, że to problem natury psychicznej. Idźmy dalej. Taki chory może zgłaszać i psychiatrze i bliskim i komu zechce, że "czuje się inaczej", zgłaszać stany lękowe, depresyjne (jak wspomniał Piotr) i wymagać pomocy od lekarza – a nawet przyznawać, że coś się dzieje w jego psychice, ale na słowo SCHIZOFRENIA zareaguje albo śmiechem – albo agresją. Nie uwierzy, nie zechce uznać tego za prawdę. Więc, będzie swój stan – w którym CZĘŚCIOWO zauważa zmiany – tłumaczyć czymś "lżejszym" jak chociażby depresją czy nerwicą i nie przyzna się przed samym sobą, że jest to choroba psychiczna. Ja znam nawet osoby, które celowo i notorycznie podkreślają, że "boją się schizofrenii" – a faktycznie na nią chorują!. Są tacy ludzie. Wiedzą, bo czytali, bo słyszeli i konsultowali ze specjalistami, że schizofrenia = to i obniżony krytycyzm, słyszeli, że "kto się boi tej choroby na pewno jej nie ma" toteż "udają", że się boją! Potrafią pójść do gabinetu psychiatry, wiedząc, że są "oskarżani" czy podejrzani o tą brzydką chorobę i celowo udawać, mówić: "boje się, że to schizofrenia, o jak bardzo się boję". Tymczasem ci ludzie o których tej chwili piszę, nie boją się swojego stanu. Nie boją się ani omamów, ani iluzji, ani urojeń. To są tylko ich słowa, mające wprowadzić lekarza w błąd. Schizofrenicy potrafią cuda wyczyniać, byle tylko ominąć diagnozę tej choroby, byle się z niej wykręcić. Potrafią udawać CHAD, Borderline czy inne schorzenia, bo wolą wszystkie te inne - niż akurat schizofrenię. Gdzieś w sieci czytałam nawet, że wolą być oskarżeni przez policję i trafić do więzienia, niż trafić do szpitala i usłyszeć, że to schizofrenia. I to też oznacza częściowy wgląd w chorobę, bo tacy ludzie wiedzą, przypuszczają, jaką diagnozę mogą usłyszeć. Wypierają to z siebie. Kto boi się NAPRAWDĘ, kto całe dnie płacze przerabiając siebie na wskroś, szukając na siłę omamów czy urojeń, analizując.. kto miewa przez ten lęk obniżony nastrój, kto traci sens życia widząc siebie z Haloperidolem czy ciężkimi psychotropami w ręku, kto notorycznie szuka w sieci informacji o schizofrenii, kto cały czas wypytuje innych o objawy i porównuje je ze swoimi i wprost nie może się uspokoić - nie jest chory i nie będzie chory na schizofrenię. To nie jest nawet podobne do nerwicowych początków schizofrenii. Koniec kropka. (w razie wątpliwości w temacie "strach przed.." kilkakrotnie przerabiano ten temat i były też stosowne źródła/linki tematyczne) :-)
  14. A, jeszcze tu się doczepię. :-) Bez wskazań do tego badania - myślę, że z czystym sumieniem mogę Ci odradzić. Ogólnie lubię odradzać wykonywania badań obrazowych (i nie obrazowych czy innych bardziej inwazyjnych) osobom, które czynią to prywatnie ze względu na lęk przed chorobą i niemożność uzyskania skierowania od lekarza prowadzącego z wiadomych przyczyn (brak wskazań). W angio do oceny struktur wewnątrzczaszkowych potrzeba wprowadzenia kontrastu dożylnie a - chociaż nie boli - nie jest też to przyjemne. Ponadto koszta. Czy warto narażać się na dodatkowe wydatki tylko po to, by się tymczasowo uspokoić? Nie sądzę. Dzisiaj wpadnie Ci do głowy angiotomografia a jutro już PET i stanie się tak, że wpadniesz w ciąg wykonywania wszystkiego za grube pieniądze, co byłoby działaniem niekorzystnym i dla portfela i dla zdrówka. Jeśli lekarz nie widzi potrzeby tak diagnozować - to znowu kłania się zaufanie. :-)
  15. bardotka, ja Ci powiem tak: tętniak może boleć, owszem. Może boleć tak bardzo, że człowiek nie może usiedzieć w miejscu, płacze, zwija się, wyrywa sobie włosy. Jest to ból nie do opisania ani przeze mnie ani przez lekarza ani nawet przez osoby u których ów pękł - niikt nie znajdzie odpowiedniego opisu dla bólu wywołanego tętniakiem. ALE! I to zapamietaj: ten ból pojawia się TYLKO w momencie perforacji tętniaka i krwotoku w przestrzeni podpajęczynówkowej. ALE! I to też zapamiętaj: taki paraliżuje człowieka pod każdym względem, i wymaga bardzo szybkiej pomocy medycznej. Trwa króciutko, zaledwie kilka/kilkanaście minut. Na pytanie więc, czy tętniak boli można powiedzieć TAK, ale tylko raz w życiu. Zimne tętniaki, a więc te które nawet mimo wysokiego ciśnienia wewnątrz czaszki utrzymują się na tętnicy w nienaruszonej formie, w 90% przypadków nie dają objawów bólowych. Aż 80% pacjentów zgłaszających się do gabinetów neurologa z bólem głowy to osoby BOJĄCE się chorób naczyń czy guzów a u których diagnozuje się napięciowe bóle głowy. Naprawdę rzadkością jest by tętniak dawał objawy przed krwawieniem do podpajęczynówki. Jeśli tak się dzieje - to znak, że tętniak osiągnął już POTĘŻNE rozmiary, uciska na dany rejon mózgu dając objawy ogniskowe (w zależności od umiejscowienia) i, że wkrótce pęknie. Pomyśl, tak zupełnie racjonalnie, bez lęku i ze spokojem, czy to jest u Ciebie możliwe? Tętniak rozrasta się latami, coś samo w sobie jest skutkiem wysokiego ciśnienia (również ogólnego). Zanim zacznie dawać objawy bólowe (bo załóżmy, że jesteś w tym niewielkim procencie szczęśliwców z objawami tętniaka przed perforacją) daje objawy ogniskowe. Miewasz takie? Kwadrantowe zaburzenia wzroku/zanik słuchu/paraliże? Ponadto: obecność tak potężnego tętniaka manifestuje się w sposób szczególny tak, że każdy okulista zauważy zmiany na dnie oka, a już na pewno KAŻDY neurolog zauważy nieprawidłowości i w wywiadzie i w badaniu fizykalnym. Trzeba ufać lekarzom, nie wolno wymyślać sobie wizji, że każdy lekarz to tłumok i nie zauważa istotnych zmian czy objawów. Bez zaufania do lekarzy i specjalistów nie ma mowy o uspokojeniu się. Więcej zaufania! :-)
×