Skocz do zawartości
Nerwica.com

Silas_maze

Użytkownik
  • Postów

    13
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

Osiągnięcia Silas_maze

  1. A! Ja myślałem ze to ' merge'. Sorry, ja znam DID po angielsku tylko wiec terminy Polskę sa dla mnie obce. Dla nas bylo tak samo, integracja jest priorytetem. Ale ciezko jest dla nas bo host zawsze wymaga tego na jej zasadach Wtf? Ale nawet z naszymi problemami i tak jest lepiej niż kiedyś bylo... dla niej i dla nas. My mozemy wychodzić bez trigger, miec swoje zajęcia, przyjaźnie, związki. Mamy wspomóż z naszymi bolesnymi przeżyciami i wyrozumienie kiedy robimy rzeczy które my chcemy a nie ona. Tak samo jak ona robi rzeczy których my nie wspieramy
  2. O integracje? I wszyscy tego chcą? Bo jak nie to nigdy się nie stanie. Dla mnie integracja to najgorsze co moze być. Bo wszyscy znikają. My, host. I powstaje nowa osoba z cechami nas wszystkich I jak system jest 'trudny' to tez nowa osobowość będzie trudna Serio? Nasz system jest czasami 'trudny' ale co to właściwie znaczy? My postaliśmy zeby radzić sobie z trauma albo czymś trudnym Często osobowości w systemie orzezyly duzo więcej niż host. A poza tym my nie mamy dostępu to świata hosta. Nie znamy zasad, nie rozumiemy związków, nir mamy emocjonują wiązy z nikim poza naszym systemem. Gdzie zupełnie inne zasady pasują. Dla nas host jest trudna jak jest w naszym systemie. Zajęła jej LATA zeby zapoznać sie z naszym światem a oczekiwała żebyśmy my znali jej szybko, a jak nie to trudni! My mamy sobie radzić ok z trauma jak ona ma terapeutów, leki, wspieranie przyjaciół lub rodziny. Śmieszy mnie zawsze jak ludzie mówią ze altery sa ciężkie dla nich. Tak jakbyśmy my wybierali to istnienie. Większość czasu my nawet nie wybieramy żeby być na zewnątrz ( come out), zazwyczaj cos nas wywala i nie mamy kontroli (oczywiście nie zawsze ale czesto) . I zazwyczaj nie jest to nic przyjemnego
  3. A masz dobry kontakt/ związek ze swoim systemem? Czy raczej brak albo zly. Też pytam bardziej z ciekawości i nie insynuuje niczego. Zwłaszcza co do terapii. Mój host tez pare razy próbowała, za kazdym razem moj system ja uratował. Dla nas to bylo oczywiście chronienie siebie tez jak jej. Co do terapi to my mamy różne nastawienie mimo ze ona non stop próbuje. Ale to raczej na inne problemy niż my
  4. Mam pytanie. Dlaczego bierzecie leki na DID? Który aspekt tego zaburzenia próbujecie leczyć farmakologicznie? Pytam z ciekawości
  5. Niewkopomonowana Przeczytałam wszystko, co napisałaś, i jest tu naprawdę sporo rzeczy, nad którymi warto się zastanowić. Przede wszystkim rozumiem, dlaczego jesteś wściekła. Z tego, co opisujesz, wiele Twoich reakcji podczas hospitalizacji miało konkretne przyczyny. Reagowałaś na zachowanie personelu, na sposób traktowania innych pacjentów, na sytuacje, w których czułaś, że dzieje się coś niewłaściwego. Do tego dochodziło odstawianie benzodiazepin, które samo w sobie może bardzo mocno wpływać na samopoczucie i reakcje emocjonalne. I właśnie dlatego tak trudno jest oceniać czyjś stan psychiczny wyłącznie na podstawie zachowania w szpitalu. Na przykład podniesienie głosu, kiedy widzisz, że ktoś jest źle traktowany, nie musi oznaczać zaburzenia nastroju. Może wynikać z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby obrony drugiego człowieka, wcześniejszych doświadczeń albo po prostu z Twojego charakteru. Podobnie z przechodzeniem od pobudzenia do wyczerpania czy płaczu. Silna reakcja emocjonalna potrafi pochłonąć ogromną ilość energii. Sama po intensywnych konfliktach potrafię być kompletnie wyczerpana, czasem przez długi czas. To nie musi oznaczać, że mój nastrój przeszedł z jednego epizodu chorobowego w drugi. Czasami to po prostu organizm dochodzący do siebie po ogromnym napięciu. Nie twierdzę, że właśnie tak było u Ciebie, ale uważam, że takie możliwości powinno się brać pod uwagę, zamiast patrzeć wyłącznie na to, czy ktoś był pobudzony, spokojny, drażliwy czy płaczliwy. Ale chciałabym Cię też zapytać o coś trochę innego. Co właściwie chciałabyś osiągnąć, szukając diagnozy i pomocy? Czy najbardziej zależy Ci na tym, żeby derealizacja i depersonalizacja całkowicie ustąpiły? Czy bardziej na zrozumieniu, skąd się biorą, co na nie wpływa i dlaczego doświadczasz ich właśnie w taki sposób? A może chciałabyś przede wszystkim nauczyć się lepiej funkcjonować z tymi doświadczeniami, rozpoznawać własne reakcje i mieć większy wpływ na to, jak sobie z nimi radzisz? Pytam, bo to są różne cele i mogą wymagać trochę innego podejścia. Sama przez lata otrzymywałam różne diagnozy — między innymi ChAD, borderline, depresję i PTSD. Później dowiedziałam się o swoim DID, a jeszcze później zdiagnozowano u mnie ADHD. I wiesz co? Żadna z tych diagnoz nie sprawiła nagle, że wszystkie moje doświadczenia zaczęły idealnie do siebie pasować. Diagnozy pomogły mi zrozumieć pewne mechanizmy, ale nie powiedziały mi, jak konkretnie JA reaguję, co wpływa na moje zachowanie, dlaczego pewne sytuacje są dla mnie trudniejsze niż inne i jak najlepiej sobie z tym radzić. Tego musiałam się nauczyć, poznając siebie. Dzisiaj, kiedy korzystam z terapii, zaznaczam nawet, że nie chcę, żeby koncentrowała się ona na moim DID. Nie dlatego, że udaję, że go nie ma. Wręcz przeciwnie — jest częścią mojego życia i funkcjonowania. Po prostu nie traktuję samego istnienia mojego systemu jako czegoś, co trzeba naprawić. Jeżeli któraś z części chce uczestniczyć w terapii, zależy mi, żeby była wysłuchana i potraktowana poważnie. Ale są też inne sprawy, nad którymi chcę pracować. I chyba właśnie do tego zmierzam. Można wiedzieć, że doświadcza się dysocjacji, przeczytać mnóstwo artykułów, znać wszystkie kryteria diagnostyczne, a nadal nie rozumieć, dlaczego akurat dzisiaj świat wydaje się bardziej nierealny niż wczoraj. Czasami najważniejsze nie jest nawet to, co dzieje się w tych najbardziej dramatycznych momentach, ale to, jak wyglądają zwykłe dni pomiędzy nimi. Jak reagujesz na ludzi, na zmęczenie, na zmianę otoczenia, na poczucie bezpieczeństwa, na konflikty, na dobre wydarzenia. Co pomaga, co przeszkadza, co się zmienia z czasem. Dlatego tak bardzo zachęcam Cię do szukania specjalisty, który będzie chciał poznać nie tylko Twoje objawy, ale też Ciebie jako człowieka. I absolutnie nie namawiam Cię do rezygnowania z diagnozy. Przy tak długo utrzymującej się derealizacji i depersonalizacji porządna ocena diagnostyczna jest jak najbardziej uzasadniona. Chodzi mi tylko o to, żeby diagnoza nie stała się jedynym celem, bo samo poznanie nazwy zaburzenia nie zawsze daje odpowiedź na pytanie, jak z nim żyć. A co do testów online — osobiście nie wydawałabym pieniędzy na przypadkowe płatne testy z internetu. Niektóre kwestionariusze mogą być pomocne jako element oceny, również wypełniane online, ale ważne jest, kto je przeprowadza, jak interpretuje wyniki i co dzieje się później. Wolałabym przeznaczyć te pieniądze na konsultację z psychologiem klinicznym lub psychiatrą, który ma rzeczywiste doświadczenie z zaburzeniami dysocjacyjnymi. I bardzo mnie cieszy, że porozmawiałaś z rodzicami i że zaczynasz rozważać zmianę lekarza. Nie dlatego, że nowy lekarz na pewno postawi inną diagnozę, ale dlatego, że zasługujesz na możliwość spokojnego opowiedzenia o swoich doświadczeniach, bez ciągłego przerywania i zbywania. A najbardziej jestem ciekawa Twojej odpowiedzi na to pierwsze pytanie. Co dla Ciebie oznaczałoby, że naprawdę otrzymałaś pomoc? Jeszcze jedna rzecz przyszła mi do głowy, szczególnie kiedy wspomniałaś o szukaniu specjalisty w Rzeszowie albo prywatnie. Warto pamiętać, że terapia to zazwyczaj proces, który wymaga czasu. I nie chodzi wyłącznie o liczbę sesji potrzebnych do zauważenia poprawy. Najpierw trzeba znaleźć osobę, z którą rzeczywiście potrafisz nawiązać kontakt. Czasami udaje się za pierwszym razem, a czasami trzeba zmienić terapeutę, nawet kilkukrotnie. Potem potrzebujesz czasu, żeby tę osobę poznać, zbudować zaufanie, poczuć się na tyle swobodnie, żeby mówić również o rzeczach, których sama jeszcze nie rozumiesz. Terapeuta też potrzebuje czasu, żeby poznać Ciebie. Nie tylko Twoje objawy, ale też sposób myślenia, reakcje, relacje z ludźmi, codzienność, historię życia. To wszystko tworzy obraz, którego nie da się zbudować podczas jednej czy dwóch wizyt. I dopiero z czasem możecie coraz lepiej rozumieć, co się dzieje i nad czym właściwie warto pracować. Oczywiście nie oznacza to, że pierwsze spotkania nie mogą już przynieść ulgi czy czegoś wartościowego. Dlatego zanim zdecydujesz się na prywatną terapię albo dojazdy do większego miasta, zastanów się również, czy będziesz miała możliwość regularnego korzystania z tej pomocy przez dłuższy czas. Nie wiem, jak daleko masz do Rzeszowa, ale nawet godzina czy dwie podróży robią różnicę. Szczególnie kiedy masz gorszy dzień, źle się czujesz albo jesteś wyczerpana. A po terapii też nie zawsze wychodzi się w świetnym nastroju. Czasami sesja potrafi poruszyć naprawdę trudne rzeczy i potrzebujesz chwili, żeby dojść do siebie. Powrót do domu też jest częścią tego doświadczenia. Podobnie z kosztami. Prywatna pomoc może być świetnym rozwiązaniem, ale jeśli po kilku spotkaniach okaże się, że finansowo nie jesteś w stanie jej kontynuować, możesz znaleźć się w trudnej sytuacji, szczególnie jeśli zdążyłaś już zbudować zaufanie do tej osoby. Może warto też zapytać o możliwość spotkań online, przez wideo? Sama korzystałam z takiej formy, bo nie prowadzę samochodu. Początkowo było mi bardzo trudno się przyzwyczaić, bo nie przepadam za rozmowami przez kamerę, ale z czasem okazało się to dla mnie znacznie wygodniejsze i bardziej dostępne. Nie każdemu taka forma odpowiada i nie każdy rodzaj terapii dobrze się do niej nadaje, ale warto rozważyć taką możliwość, szczególnie jeśli znajdziesz dobrego specjalistę dalej od domu. Nie piszę tego, żeby Cię zniechęcać do szukania pomocy. Wręcz przeciwnie. Chodzi mi o to, żebyś znalazła rozwiązanie, które będzie dla Ciebie możliwe do utrzymania, a nie tylko dobrze zapowiadające się na początku. Bo znalezienie odpowiedniego terapeuty to jedno. Stworzenie sobie warunków, w których naprawdę możesz korzystać z tej relacji i stopniowo budować coś trwałego, to druga, równie ważna sprawa.
  6. Niewkopomonowana Przeczytałam ten fragment wypisu i szczerze mówiąc, mam po nim sporo pytań. Oczywiście nie jestem lekarzem i nie znam całej Twojej historii ani dokumentacji, więc to tylko moje osobiste odczucia. Ale dla mnie ten opis jest bardzo jednostronny i powierzchowny. Skupia się przede wszystkim na tym, jak się zachowywałaś, jaki miałaś nastrój, czy byłaś pobudzona, drażliwa, płaczliwa itd. Brakuje mi natomiast próby wyjaśnienia, dlaczego tak reagowałaś, w jakich okolicznościach i co mogło mieć na to wpływ. Samo stwierdzenie, że pacjentka jednego dnia była spokojna, a innym razem pobudzona czy rozdrażniona, niewiele mówi o przyczynie tych zmian. W ChAD istotne są konkretne epizody manii, hipomanii lub depresji, ich czas trwania i charakterystyczne objawy. Same wahania nastroju w ciągu dnia nie wystarczają do rozpoznania choroby dwubiegunowej. Oczywiście w ChAD również mogą występować szybkie zmiany emocji, ale trzeba je rozpatrywać w szerszym kontekście. Podobne zachowania mogą mieć zupełnie różne podłoże. ADHD, autyzm, PTSD, C-PTSD, zaburzenia dysocjacyjne, problemy hormonalne, nawet PMDD — wszystko to może wpływać na reakcje emocjonalne i zachowanie. Nie twierdzę, że masz którąkolwiek z tych rzeczy. Chodzi mi o to, że obserwacja zachowania nie jest jeszcze wyjaśnieniem jego przyczyny. Do tego dochodzi samo środowisko szpitalne. Jesteś w obcym miejscu, z obcymi ludźmi, według narzuconego planu dnia, bez swojej normalnej codzienności. Zmieniają Ci leki, obserwują Twoje zachowanie, ograniczona jest Twoja prywatność i swoboda. To wszystko może wpływać na samopoczucie i reakcje. Szczególnie u osoby doświadczającej dysocjacji, gdzie otoczenie i poczucie bezpieczeństwa mogą mieć ogromne znaczenie. Nie oznacza to, że obserwacje personelu są bezwartościowe. Wręcz przeciwnie. Tylko że pokazują, jak funkcjonowałaś w konkretnych warunkach, a niekoniecznie jak funkcjonujesz w swoim normalnym życiu. Zwróciłam też uwagę na leki. Lit jest przede wszystkim stabilizatorem nastroju, stosowanym szczególnie w ChAD, ale sam fakt jego podawania czy nawet poprawy po nim nie potwierdza diagnozy. Nie jest to standardowe leczenie depersonalizacji i derealizacji. W wypisie wspomniano o Twoich objawach dysocjacyjnych, ale nie widzę w tym fragmencie informacji, czy zostały dokładniej zbadane, jak je zinterpretowano i czy w ogóle uwzględniono je przy ustalaniu rozpoznania. I właśnie tego mi brakuje najbardziej. Jest dużo informacji o tym, co zaobserwowano, ale niewiele o tym, co te obserwacje mogą oznaczać i dlaczego. Możliwe oczywiście, że takie wyjaśnienia znajdują się w innych częściach dokumentacji albo że ten fragment miał po prostu opisywać przebieg hospitalizacji, a nie uzasadniać diagnozę. Ale na Twoim miejscu zapytałabym lekarza, jakie konkretnie objawy i ich przebieg wskazują na ChAD, dlaczego zastosowano lit, na czym polegała opisana poprawa i jak w tym wszystkim uwzględniono Twoją wieloletnią depersonalizację i derealizację. Bo można jednocześnie mieć zaburzenia nastroju i doświadczać dysocjacji. Jedno nie wyklucza drugiego. Nie chodzi mi o podważanie Twojej diagnozy ani sugerowanie Ci innej. Chodzi o to, że zasługujesz na zrozumienie całego obrazu tego, co się z Tobą dzieje, a nie wyłącznie na opis zachowania podczas pobytu w szpitalu. I jeszcze chciałabym zwrócić uwagę na sam koniec wypisu. Jest tam informacja, że uzyskano poprawę stanu zdrowia psychicznego i wypisano Cię do domu z dalszymi zaleceniami, pod opieką rodziny. Tylko że z tego fragmentu nie wynika, co konkretnie się poprawiło ani jak miała wyglądać dalsza opieka. Mogłabyś napisać trochę więcej o tych zaleceniach? Czy zaproponowano Ci dalszą terapię, dodatkową diagnostykę, regularne wizyty kontrolne albo kontakt z kimś, kto miał sprawdzać, jak radzisz sobie po powrocie do codziennego życia? Czy raczej były to zalecenia w stylu: przyjmować leki, obserwować samopoczucie, zgłosić się do lekarza w razie pogorszenia? Pytam, bo dla mnie to ogromna różnica. Rozumiem, że szpital ma przede wszystkim ustabilizować stan pacjenta i nie musi prowadzić całej diagnostyki ani terapii do końca. Ale stabilizacja podczas hospitalizacji nie jest tym samym co umiejętność radzenia sobie z objawami w codziennym życiu. Szczególnie jeśli ktoś od lat doświadcza depersonalizacji i derealizacji, a z wypisu nie wynika nawet, czy te objawy się zmniejszyły. I właśnie zastanawiam się, czy po wyjściu ze szpitala miałaś zapewnioną jakąś ciągłość opieki, czy po prostu uznano, że Twój stan jest wystarczająco stabilny, żebyś dalej radziła sobie sama, przy wsparciu rodziny. Bo dla mnie jest ogromna różnica między „możemy Cię bezpiecznie wypisać” a „wiemy, z czym się zmagasz, i mamy plan, jak dalej Ci pomóc”.
  7. Niewkopomonowana Bardzo się cieszę, że moja odpowiedź Ci się przydała I jeszcze jedna rzecz, którą chciałabym Ci powiedzieć w kwestii szukania nowego lekarza czy terapeuty. Nie nastawiaj się koniecznie na znalezienie najlepszego, najbardziej wykwalifikowanego specjalisty, najlepiej prywatnie. Oczywiście wiedza i doświadczenie są ważne, szczególnie przy dysocjacji, ale moim zdaniem równie ważne jest to, czy potrafisz z tą osobą nawiązać kontakt. Mieszkam w Anglii, gdzie mamy NHS, czyli taki odpowiednik polskiego NFZ. Przez lata korzystałam zarówno z prywatnej pomocy psychiatrycznej i psychologicznej, jak i tej dostępnej przez NHS. I co ciekawe, niektórzy z najlepszych terapeutów, na jakich trafiłam, wcale nie byli tymi drogimi, prywatnymi specjalistami. Byli to ludzie, przy których po prostu czułam się swobodnie, bezpiecznie i miałam poczucie, że naprawdę mnie słuchają. Dla mnie ogromną różnicą było to, że nie musiałam przychodzić na sesję z konkretnym problemem do rozwiązania. Mogłam mówić o czymś, co akurat chodziło mi po głowie, nawet jeśli nie pasowało do diagnozy, nie było związane z celem terapii albo wydawało się zupełnie nieistotne. Nie musiałam zastanawiać się, czy to jest odpowiedni temat, czy moje doświadczenie jest wystarczająco ważne, czy powinnam mówić o czymś innym. Mogłam po prostu być sobą. I właśnie w takich warunkach najwięcej się o sobie dowiadywałam. To jest dla mnie szczególnie ważne w przypadku dysocjacji. Sama obecność reakcji dysocjacyjnych nie musi być czymś, z czym trzeba za wszelką cenę walczyć. Dysocjacja może być sposobem, którego nasz umysł nauczył się, żeby radzić sobie z trudnymi doświadczeniami. Oczywiście potrafi być bardzo wyniszczająca i wymagać leczenia, ale nie oznacza to, że każdą taką reakcję trzeba automatycznie eliminować. Czasami ważniejsze jest zrozumienie, dlaczego reagujemy w określony sposób, co wpływa na nasze doświadczenia i jak możemy nauczyć się z nimi żyć, żeby nie były dla nas tak przytłaczające. I właśnie dlatego tak ważna jest dla mnie elastyczność terapeuty. Żeby nie próbował na siłę dopasować człowieka do diagnozy, listy objawów czy gotowego planu terapii. Żeby potrafił powiedzieć „nie wiem, ale spróbujmy to zrozumieć”, zamiast przerywać Ci w połowie zdania, bo według niego czegoś nie możesz doświadczać. Nie chodzi o to, żeby specjalista zawsze się z Tobą zgadzał. Chodzi o to, żeby traktował poważnie to, co próbujesz mu przekazać, nawet jeśli sam interpretuje to inaczej. Dlatego myślę, że Twój pomysł, żeby na najbliższej wizycie sprawdzić, jak lekarka zareaguje na Twoje pytania, jest naprawdę dobry. Zobaczysz nie tylko, co odpowie, ale też czy da Ci przestrzeń, żebyś mogła spokojnie wszystko wyjaśnić. A jeśli nie, masz pełne prawo poszukać kogoś innego. Nie musisz spędzać kolejnych lat na przekonywaniu osoby, która ma Ci pomagać, że Twoje doświadczenia zasługują na wysłuchanie. I nie musisz od razu znaleźć idealnego terapeuty. Wystarczy zacząć od kogoś, przy kim nie będziesz się bała być sobą. Dalila_ Dzięki bardzo i wlasnie dlatego rozróżniłabym dwie rzeczy: prowadzenie dziennika na potrzeby diagnozy czy terapii i prowadzenie go po prostu dla siebie, żeby lepiej poznać własne reakcje i doświadczenia. Nie chodzi mi o liczenie ataków, zapisywanie każdego objawu czy szukanie na siłę związku z konkretnym zaburzeniem. Bardziej o zwykłe obserwowanie siebie, bez oceniania i bez zakładania, że wszystko musi mieć jakieś znaczenie. Co się wydarzyło, jak się wtedy czułam, jak zareagowałam, co działo się wokół mnie. Czasem coś, co początkowo wydaje się zupełnie nieistotne, dopiero po dłuższym czasie staje się częścią większego obrazu. I jeszcze jedna rzecz, którą sama musiałam zrozumieć przez lata: „nie wiem” jest całkowicie prawidłową odpowiedzią na pytanie lekarza czy terapeuty. Ile razy coś się wydarzyło? Nie wiem. Nie liczyłam. Niektóre sytuacje pamiętam, innych mogłam nawet nie zauważyć. Mogę opowiedzieć o dwóch konkretnych przypadkach, ale to nie oznacza, że były tylko dwa. Kiedy się zaczęło? Też nie zawsze wiem. Często dopiero po latach zaczynamy rozumieć, że coś, co uważaliśmy za normalną część naszego życia, było objawem albo reakcją na coś. Nie zapisujemy sobie przecież w głowie daty każdego doświadczenia na wypadek, gdyby za dziesięć lat zapytał o nie psychiatra. Mam podobnie z przewlekłym bólem. Pytanie „od kiedy panią boli?” jest dla mnie niesamowicie trudne, bo przez dużą część życia ból był po prostu częścią mojej codzienności. Dopiero kiedy zaczął poważnie ograniczać moje funkcjonowanie, zaczęłam patrzeć na niego inaczej. Ale to nie znaczy, że wcześniej go nie było. Kiedyś takie pytania wywoływały we mnie poczucie winy. Że nie pamiętam wystarczająco dokładnie, że nie mam konkretnych liczb, że może przez to nie zostanę potraktowana poważnie. Jakbym musiała udowodnić, że cierpię wystarczająco często, żeby zasługiwać na pomoc. A przecież można zwyczajnie powiedzieć: „Pamiętam te sytuacje, wiem, jaki miały na mnie wpływ, ale nie potrafię powiedzieć, ile razy to się wydarzyło”. I to jest uczciwa, wartościowa informacja. Nie trzeba niczego dopowiadać ani zgadywać, żeby odpowiedź wyglądała bardziej przekonująco. Dlatego właśnie miałam na myśli dziennik bardziej jako osobisty zapis doświadczeń niż dokumentację dla lekarza. Coś, do czego możesz wrócić po miesiącu czy roku i sama zauważyć rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałaś. A jeśli kiedyś coś z tego przyda się podczas terapii, świetnie. Ale nie musi być to jego głównym celem. Nie musisz zamieniać własnego życia w dokumentację medyczną, żeby Twoje doświadczenia miały znaczenie.
  8. Niewkopomonowana, To, co opisujesz z poczuciem nierealności świata, dwuwymiarowością, obcością własnego głosu czy ciała, bardzo pasuje do depersonalizacji/derealizacji (DPDR). To jest rzeczywiste zaburzenie dysocjacyjne, odrębne od DID. I ważna rzecz: przy derealizacji człowiek zazwyczaj wie, że świat jest realny, tylko go tak nie odczuwa. To nie jest urojenie ani „utrata rozumu”. DID jest trochę czymś innym. Tam oprócz dysocjacji występują dwa lub więcej odrębnych stanów tożsamości i zwykle problemy z pamięcią/amnezja wykraczające poza normalne zapominanie. Natomiast jedno nie wyklucza drugiego — osoby z DID również mogą doświadczać depersonalizacji i derealizacji. To, co piszesz o zmianach sposobu myślenia, poglądów, zachowania i poczuciu „innej osoby”, też jest warte dokładniejszego omówienia ze specjalistą. Z samego posta nie da się stwierdzić, z czego dokładnie to wynika. Ja naprawdę wróciłabym do lekarza, szczególnie przez kwetiapinę, i zadała bardzo konkretne pytania: „Co dokładnie leczymy tym lekiem? Dlaczego został mi przepisany? Po czym mamy poznać, że działa? Czy według Pana/Pani rzeczywiście mi pomaga, skoro nadal mam te stany, a jednocześnie czuję się po nim przytłoczona i odcięta?” Leki przeciwpsychotyczne nie są standardowym leczeniem samej depersonalizacji/derealizacji. Czasami stosuje się leki, żeby pomóc z rzeczami występującymi obok — lękiem, snem, wahaniami nastroju itd. — ale różni ludzie reagują na nie bardzo różnie. Jeżeli lek sprawia, że czujesz się gorzej, lekarz powinien o tym wiedzieć i potraktować to poważnie. Poza tym zaczęłabym prowadzić przez jakiś czas bardzo prosty dziennik. Nie próbowałabym od razu wszystkiego interpretować. Po prostu: co działo się wcześniej, jak zaczął się stan, co dokładnie się zmieniło, jak długo trwał, co było potem. Do tego sen, stres, miesiączka/cykl, ból, choroba, leki, alkohol/inne substancje, jedzenie itd. Nie dlatego, że na pewno znajdziesz jeden magiczny „trigger”. Czasami go po prostu nie ma albo stan jest praktycznie ciągły. Z czasem ciekawsze mogą być nawet sytuacje, kiedy spodziewasz się dysocjacji, a ona nie przychodzi. Co było wtedy inne? Byłaś wyspana? Czułaś się wyjątkowo bezpiecznie? Stało się wcześniej coś bardzo dobrego? Byłaś z innymi ludźmi albo w innym miejscu? Nowy związek, zakochanie, poczucie bezpieczeństwa, zmiana otoczenia — takie rzeczy też mogą zmieniać reakcję układu nerwowego. Czasami wzorzec widać dopiero po miesiącach patrzenia na siebie jako całość. I jeszcze coś z mojego własnego doświadczenia po ponad 20 latach próbowania zrozumieć swoją psychikę i korzystania z pomocy różnych ludzi: ufaj sobie przy wyborze osoby, która ma Ci pomagać. Jeżeli czujesz, że lekarz albo terapeuta Cię nie słucha, bagatelizuje albo przy każdej wizycie musisz najpierw udowodnić, że Twoje doświadczenia w ogóle istnieją — możesz poprosić o kogoś innego. Naprawdę. Terapia sama w sobie potrafi być cholernie trudna. Nie ma sensu zużywać „czasu na zdrowienie” na ciągłe bronienie swoich doświadczeń przed osobą, która teoretycznie ma Ci pomóc je zrozumieć. Dobry specjalista nie musi się z Tobą we wszystkim zgadzać ani dać Ci diagnozy, której oczekujesz. Ale powinnaś czuć, że możesz przy nim powiedzieć prawdę, że jesteś traktowana poważnie i z szacunkiem. Czasem nawet bez ostatecznej diagnozy samo posiadanie bezpiecznego miejsca, w którym można spokojnie przyjrzeć się temu, co się dzieje, jest ogromnie ważne. I na koniec: nie potrzebujesz diagnozy ani czyjegoś pozwolenia, żeby to, czego doświadczasz, było prawdziwe. Diagnoza może być bardzo przydatna — może otworzyć drogę do odpowiedniej terapii i pomóc zrozumieć, co właściwie się dzieje — ale nie tworzy Twoich objawów. To, co opisujesz, brzmi naprawdę ciężko i momentami przerażająco. I szczerze — dotarłaś bardzo daleko jak na osobę, która od 13. roku życia próbuje sobie z tym radzić, słysząc od lekarza „nie wymądrzaj się”, a potem sugestię, żeby pobiegać i „dogonić rozum” . To nie była odpowiednia pomoc. Fakt, że po tylu latach nadal próbujesz zrozumieć, co się z Tobą dzieje, zamiast po prostu przyjąć, że „taka już jestem”, naprawdę coś znaczy. Teraz zasługujesz przede wszystkim na kogoś, kto usiądzie z Tobą i faktycznie zacznie tego słuchać, zamiast kolejnej osoby, która będzie próbowała Cię uciszyć.
  9. Dla mnienosobiscie priorytetem jest wiedza o DID i jak najwiecej w tym doswiadczenia. Terapeuci ktorzy sie na tym bardzo nie znaja sa bardzo latwi do wykrycia. Od razu ci powie ze trzeba sie skupic na pozbyciu sie alterow i na 100% nir beda chcieli ich wlaczac w terapie. To jest ogromny blad. Kazy z alterow nosi swoja traume i przeżycia. Tzn ze KAZDY z alterow potrzebuje terapii i wyrozumienia. Zarówno od ciebie jak i terapeuty. Często bywa tak że altery nie tylko są bardzo mlodzi ale także nie mają doświadczenia istnienia w tym świecie w który ty żyjesz. Więc nie wiedzą jak reagować emocjonalnie na rzeczy które je krzywdzą. Dlatego często jest tak że pierwsza odpowiedź na nie to jest prymitywne ' freeze, run albo fight). Więc albo walczą, albo nic nie mowia albo uciekają. Dopiero po jakimś czasie uczą się jak odpowiednio reagować na trudne sytuację. I często potrzebujesz kogoś kto ich tego nauczy. W moim przypadku był to mój partner ale bardzo często jest to rola terapeuty. Kogoś kto ich będzie traktował z szacunkiem, wyrozumieniem i cierpliwością. Bo bądźmy szczerzy my jako hosty żądko to robimy. Częściej odpowiadamy gniewem, frustracja albo obawem. Dlatego ja bym się skupiła na znalezieniu kogoś kto nie tylko chce z tobą pracować ale także z nimi, żeby was do siebie zbliżyć. Dla mnie to jest bardziej 'wyleczenie' niż jakiekolwiek inne sposoby. Powodzenia
  10. Oops so sorry nie znam tego portalu i serio dosyć późno u mnie było jak pisałam i nie zauważyłam że odpowiedź nie jest od ciebie ( autorki) Jeszcze raz przepraszam bardzo Rzeczywiście trudno było czytać i skupiłam się bardziej na treści niż na 'od kogo' Tak czy inaczej, pozdrawiam i serio nie chciałam spowodować kłopotu. Powodzenia że wszystkim tobie i twojemu systemowi
  11. Zgaduje ze to twoje altery komentują a nie tylko, panikując że ktoś o nich tak szczegółowo mówi ( jeżeli je masz) Jeżeli nie masz DID i ty odpisujesz to.... ARE YOU KIDDING ME? Ta część cie zszokowala? Że są oddzielnymi postaciami? Czy ty nic o DID nie wiesz? Czy nawet nie oglądałaś bzdurnych filmów które pokazują DID w dziwny sposób ale jedno mają zawsze wspólnie... altery sa oddzielnymi osobami!!!!! Bo są! Mr Robot, Fightclub, moon knight ( z marvel chyba tak się nazywal) nawet pie@#^^rzony split!!! Najgorsze przedstawienien DID na świecie!! Z drugiej strony tez rozumiem twoj brak wiadomości...przed poznaniem swojego systemu oglądałam fightclub że sto razy i za każdym razem mój system wykasował część o DID żebym o nich nie wiedziala. To jest system obronny i ma sens dla alterow. Ale jeżeli to twój alter czyta, odpowiada i zaprzecza istnienie... rozumiem powód. 100% zgadzam się ze jeżeli czas jest zły to pokazywać się nie da. Ale jeżeli host jest w dobrym związku z kimś kto akceptuje jej DID, jeżeli zaakceptowała nawet malusienka możliwość waszego istnienia, to znaczy że potencjalnie mpglaby byc gotowa poznac system. I to.znaczy że czas może być żebyście wy dostali trochę uwagi teraz. Ja i mój system jesteśmy bardzo blisko po latach poznawania się, niektóre altery mają swoich własnych przyjaciół, swoje stosunki, poradziły sobie ze swoją trauma, mój partner duuuuuzo im i mi pomógł. Akceptując wszystkich taki jakimi są bez żadnego oceniania, dzieci, wilki, chłopaki, smoki i wszystkie inne sworzenia z różnymi nastawieniami do zycie... mnostwp zaczęło się pokazywaćni mnóstwo jest teraz na prawdę szczęśliwych Kiedyś mialam obsesję fuzji czy jak tam się to.nazywa. i nawet pare alterow przez to przeszło, ale wynik nie jest wcale taki jakiego.sie spodziewasz i proces prosty. I nauczyłam się akceptować że gdyby nie mój system, nie byłoby mnie tutaj. Twój system zostaje stworzony jak mozg nie może poradzić sobie z tym.przez co przechodzisz jako dziecko, oryginalna trauma... zgaduje że nie wiele o niej pamiętasz albo wcale. Ale gdzieś w twoim systemie jest ktoś kto nosi ciężar tego.zdarzenia i potrzebuje pomocy. Odrzucanie wiedzy bo nie jest wygodna, nie pomoże ci w niczym. To o.czym ja pisze to jest DID. Każde jest inne i oryginalne ale ZAWSZE ma altery które SA SWOJA WLASNA OSOBA! Czy Ci się to podoba czy nie Jeżeli tego nie masz to może masz jakąś dyzasosjacje inna.... A! I masz rację, głowę mi zhakowano. Traumy w życiu jako dziecko zhakowaly mi mozg tworząc system... ale to nie jest śmieszne. Nie wiem czy jakby twoj psychiatra czy psucholog zaczął się śmiać jak opowiadasz i rozmawiasz przez przez co przeszłaś czy co ci dolega. Na wrażliwość do ludzi na pewno nie cierpisz I jeszcze raz... spędzam swoj czas próbując ci pomóc. Uwierz że mam tysiac innych, ważniejszych rzeczy do zrobienia ( włączając mojego dwuletniego malucha) Ale DID jest mi bardzo bliskim serca tematem i jak przeczytałam twoj wpis to smutno mi było że przechodzisz przez to bez pomocy kogoś kto też ma DID ( ja mam parę takich osob) Zatrzymaj się czasem i spójrz na świat z cudzego punktu widzenia. Może ci to otworzy trochę oczy Powodzenia
  12. Nie wiem dokładnie co to znaczy ale chyba mówisz że kłamie. .... lol fajna wdzięczność za życzliwość i chęć pomocy. Ok... Masz prawo do swojej opinii i na pewno nie będę starała ciebie przekonywać do tego czy mam rację czy się mylę ( i w czym) To jest moja opinia, moje przeżycia i moje DID ( które już wielu doktorów, lekarzy, psychiatrów i psychologów zaakceptowalo). I tak apropos... nie masz poczytaj trochę wiecej o tym jak kierujesz swoja terapie!! Bo jak nie znasz swojego systemu nie masz SZANS na fuzje! Bo wszyscy muszą się na nią zgodzić. A to oznacza że wszyscy by zniknęli i nowa osoba by powstała ( wloczajac w to ciebie). DiD istnieje z powodu, altery są w twojej głowie z jakiegoś powodu, jednya z możliwości jest nauczyć się z nimi żyć i je zaakceptować. Poza tym jak piszesz ze czasem myślisz o osobie jako ja a czasem jako ty... to jest dla mnie dziwne. Bo ja by napisała że ja czasami pisze coś a czasami oni coś piszą. I na pewno zwracam się do nich jako oni Bo są ta osobne postacie. Oddzielne hobby, zainteresowania, uczucia, sposób ubierania się, ton głosu, poglądy. Kształtują je inne wydarzenia, inne momety twojego życia. Trudno żeby były takie same jak ty. Może dlatego mało.ludzi wypowiadaja sie o DID w Polce .... Bo dostają takie odpowiedzi jak ja dostałam od ciebie?
  13. Hej. Muszę przyznać, nieźle mnie zszokowało czytanie o nastawieniu o DID w Polsce. Nie zrozum mnie źle, nie jest cudownie w Anglii, ale na pewno jest więcej wiedzy niż na wschodzie. Po pierwsze, od razu przepraszam za język i błędy, opuściłam dom w pl jak miałam 19 lat a ( teraz jestem duuuuzo starsza ) i za bardzo nie mam kontaktu z Polską więc język ucieka. Ale wróćmy do twojego tematu... kochane DID skaplikowana sprawa. Po pierwsze więdz żeby NIGDY nie słuchać co lekarze mówią o DID. To jest tak skaplikowany dysorder który różni się od osoby do osoby, i jest niemożliwością żeby ktoś kto go nie ma, mógł o nim mówić. Ja osobiście, byłam w terapii od kiedy miałam 21 lat ( 19 lat) miałam diagnozy takie jak BPD, depresję, anxiety dysorder, bipolar i wiele różnych. I wszystkie te zanim poznałam swoje altery. I domyślam się że ty nadal ich nie poznałaś (?) Będzie taki moment kiedy twój system zdecyduje że jesteś gotowa żeby poznać ich ... możliwe że masz jedna osobowość... możliwe że masz sto ( albo wiecej) I zawsze jest inaczej dla wszystkich jak idzie poznawanie systemów. Nie będę kłamała, większość nie jest przyjemna... dlatego bo w większości czasu twoje altery są bardziej zszokowane tym co się dzieje niż Ty. Np mój pierwszy ( Po dziecinstwie) pojawił się po tym jak wyszłam za mąż i ona nie wiedziala że miałam męża ani kim on był. Myslala że to obcy człowiek w domu i go zaatakowała. To był mój 'obrońca alter' była wściekła przez lata a teraz jest super Będę szczera, z tego jak opisujesz swoje episody, nie brzmi to jakbyś tak kompletnie 'switch' don't innej osobiści Brzmi jakbyś miała dysocjacje ale nie wygląda że inny akter przejmuje kontrolę. Zazwyczaj na początku, jak ktoś inny przejmuje kontrolę to ty nic nie pamiętasz i to są godziny albo nawet dni ( czasami dluzej). Dla mnie osobiście, switching ( sorry nie znam terminu po polsku ale to jest ta akcja zmiany ze mnie na inną osobowosc) zajmuje ogrom energi i zwłaszcza po wielu jestem padnieta psychicznie i fizycznie. Ok skończę na tym bo nie wiem czy nie za długa odpowiedź. Mam nadzieję że pomogło chociaż trochę. Ale jak chciałabyś coś więcej wiedzieć to pytaj. Ja i moi 'pain in the %€&<=' w głowie byliśmy razem już parę lat wiec trochę już doświadczyliśmy. Jak coś więcej chcesz wiedzieć... I'm here for you A! Ja jestem Ania. Silas to jeden z moich alterow(oooh! Tak apropos, czasami będą mieli imiona, czasami poproszę ciebie żebyś im znalazła, więc na twoim miejscu zaczęła bym notesik z imionami które lubisz i ogólnie fajnymi .. bo mimo że ci się podobają nie znaczy że im się będą podobać! I to kobiece i męskie też bo możesz mieć różne stworki) A! I jeszcze jedno! To że masz DID nie znaczy że nie możesz mieć czegoś innego. Musisz mieć PTSD oczywiście, trauma jest 'a must' w DID, czasami cptsd, ale też często albo ty albo jedna z osobowości ma BPD, albo OCD, albo ADHD, często anxiety ( nerwice? Nie wiem jak się tlumaczy, sorry). Moja jedna osobowość ma OCD a ja nie mam. Jedna jest wegetarianką a ja nie. Jedna pali a ja nie. Twoje osobowości są dużo inne of ciebie, proszę nie zapomnij o tym. Powodzenia
×