Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Wesker1980

Użytkownik
  • Zawartość

    13
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Na pewno Twoje dziecko to zobaczy i będzie to miało na nie wpływ. Nie wiem jak Twoja rodzina, ale postawa mojej włączyła mi gdzieś tam wątpliwość, czy dobrze zrobiłem decydując się na dziecko, które - jak choćby w sieci można wyczytać na różnych zdrowotnych portalach - będzie w jakiś sposób obciążone choćby moim podejściem do świata. Choćby tym, że nie ufam ludziom, nie lubię ich, nie jestem spontaniczny, nie umiem się tak bawić jak inni ojcowie z dziećmi, mam lęk przed wypadkami samochodowymi więc większość wyjazdów dalszych odpada itp. No i teraz pytanie o motywację, dlaczego chcemy mieć dzieci. Ja mimo wszystko chciałem, nie będe żałował swej decyzji bo poza tym że jestem chory, dbam o córkę, zapewniam jej bezpieczeństwo, kocham ją, chcę by się rozwijała najlepiej jak będzie w stanie itd. Dałem jej życie i nawet jeśli będzie zwichrowana, to będzie mogła z tym życiem zrobić co uzna za stosowne, oby rozsądnie... ale tu rodzic wpływ ma ograniczony. Wiem na pewno, znajdzie we mnie zrozumienie jeśli będzie miała zaburzenia, bo to sobie obiecałem, że nie będe jak moi rodzice, zrozumiem i dam jej wsparcie bo sam przez to przechodziłem i przechodzę nadal. No i pytanie - czy mamy mieć dzieci? tacy ludzie jak my? ale przecież na dzieci decydują się też ludzie obarczeni innymi chorobami, z genetyką w stronę raka, itp. Czy oni wszyscy mają odpuścić, by dzieci nie oglądały ich np chorób czy przedwczesnej śmierci? Nikt tego wprost nie powie... to tylko my, "psychiczni", możemy być otwarcie stygmatyzowani w rodzinach, bo przecież to co my mamy to nie choroba...
  2. Dzięki. Muszę się trzymać, przede wszystkim dla córki. Ale na własnej skórze przekonałem się, w jak paskudnej sytuacji są osoby z depresją, a zwłaszcza faceci. Mojej małżonce gwałtowne zachowania i histerie przy córce "uchodzą" w oczach rodziny. Mnie zapewne "uchodziłoby" picie po kryjomu, a wreszcie samobójstwo. To takie męskie i częste w naszej krajowej specyfice. Ukrywaj się z problemami i uczuciami póki możesz, a jak już nie możesz to ze sobą skończ. Tylko potem rodzinki zdziwione wszystkie, że nic tego przecież nie zapowiadało, wszystko miał, pracę, żonę, dziecko, nie miał raka itp...
  3. No właśnie wydaje mi się, że reakcja ich wszystkich jest mocno nie na miejscu i przesadzona. Rozumiem, że wydaje im się że chcą chronić dziecko, które ma 5 lat i ponoć sobie z tym nie poradzi - niemniej z czym ma sobie nie poradzić, że tata jest smutny, że czasem się rozpłacze, że chce się przytulić? Ona zestresowała się przecież głównie dlatego, że właśnie nigdy mnie takim nie widziała, bo albo było ze mną lepiej, albo jednak to ukrywałem. Co lepsze, żona średnio co kilka dni płacze przy niej i histeryzuje, z powodu pierdół... i to niby nie ma na to dziecko wpływu? Czy w ogóle da się wychować kogoś pod takim kloszem? Moi rodzice są jak widać przekonani, że oni mnie wychowali... tylko chyba popsułem się jakoś po drodze.
  4. Mam taki problem, otóż wczoraj dostałem najmocniejszego ataku od lat... objawy depresyjne wywołane nerwicą lękową. W sumie zbierało się to od lipca, kiedy o włos mój samochód minął inny, rozpędzony, i rozwalił się o wiadukt. Wróciłem do domu, i dopiero tam pozwoliłem sobie na ujście tych cholernych emocji, byłem smutny jak grób, a w pewnym momencie walnąłem twarzą w poduszkę i uroniło mi się nieco łezek... pierwszy raz od lat. Wszystko widziała moja córka, 5 lat dziewczynka, która mnie w tym stanie nigdy nie widziała, a raczej nie pamięta że widziała. Rozpłakała się, bo nie wiedziała jak mi pomóc, no i przeraziła się na pewno że jej tata, który zawsze jednak stara się być twardy i wesoły, nagle tak się zachowuje i wygląda. Chciałem ją przytulić, pobyć z nią, wytłumaczyć itp. Wiem że by to na mnie bardzo pozytywnie wpłynęło. Ale żona zabrała ją do pokoju i stamtąd nie wypuszczała, a mnie powiedziała że to dla mnie czas, że mam dojść do siebie i nie straszyć dziecka, ani go nie wykorzystywać do poprawienia sobie nastroju. Poczułem się jak gówno. Co więcej, kiedy dziś przyznałem się do swojego stanu przed rodzicami, usłyszałem że muszę nad tym panować, ukrywać to przed córką, że ona tego nie zniesie, że jej zwichruję psychikę itp. No poczułem się tradycyjnie totalnie niezrozumiany, a do tego winny. No i teraz tak: swój stan ukrywam przed kim mogę. W pracy, w życiu towrzyskim (albo tym co z niego zostało) itp. Ukrywam, gram twardziela, wesołka itp. Przed rodziną też nie mogę demonstrować swoich stanów depresyjnych, bo gonią mnie precz, że mam im nastroju nie psuć. Teraz, wychodzi że mam to jeszcze ukrywać w domu, żeby córce psychiki nie zniszczyć. Plus, nabrałem przeczucia że jak tylko bardziej mi się pogorszy, to żona nie zwieje z córką do pokoju, ale w ogóle byle dalej. Straciłem do niej sporo zaufania. A podkreślam, takie ataki zdarzają mi się rzadko, byłem tylko smutny, przybity, nie wróciłem pijany ani agresywny (nigdy taki nie jestem). Teraz czuję się winny, bo nie będe przecież w stanie ukrywać przed córką swojej choroby aż na tyle, by się to na niej nie odbiło. Bo przecież ta choroba rzutuje na wszystko, na mój nastrój, postrzeganie świata. Ten atak to było coś mocno widocznego, ale moja osobowość jest jaka jest, ponura, mało spontaniczna, lękliwa itp. Czyli już na starcie cała rodzinka ma do mnie pretensje, że wychowam osobę skrzywioną... a i ja sam zaczynam takie pretensje do siebie mieć. Nadmieniam, że pieniądze do domu przynoszę, plus żonie załatwiłem jej obecną pracę, jak ją w chamski sposób wyrzucono. Jestem zaradny przez większość czasu, dogaduję się z córką lepiej niż żona. Raz mi wpadła chwila słabości, takiej ewidentnej, z płaczem w poduszkę i grobową twarzą. Pytanie, co robić? I kto tu przegina?
  5. Pozostaje życzyć, aby jak najprędzej wywalili Cię z tej roboty. Wiem co mówię, też tkwiłem za długo w toksycznej pracy bo panicznie bałem się zwolnienia, że sobie bez tej pracy nie poradzę. Aż mnie w końcu i tak wyrzucili. I wtedy okazało się, że to nie koniec świata, bo poradziłem sobie na swoim. I teraz wyrzucam sobie, że o dwa-trzy lata za długo tam siedziałem.
  6. Ja Ci sugerowałbym skupić się na żonie, bo to się wydaje jedyny jasny epizod Twojej sytuacji. Sam wiem dobrze, jak to ciężko żyć komuś z takimi jak my. Masz kogoś kto Ciebie (jeszcze) akceptuje, kto nawet przebolał brak dziecka, zamiast uciec i spróbować z kim innym. Nie jestem w stanie Ci doradzić jak się wygrzebać aż z takiego doła w jakim jesteś, ale mogę Cię przestrzec byś nie utracił żony, bo wtedy już całkiem stoczysz się w otchłań.
  7. Nie no, o dziecko się faktycznie nie staraj - ale nie dlatego żeś za stary, tylko za ciężki z Ciebie przypadek, bez obrazy. Ja jestem dużo lżejszym przypadkiem i czasami mam dosyć albo boję się, że nie podołam. Nie wszyscy powinni mieć dzieci, a pewne zaklęte kręgi trzeba przerywać. Co do tego, że nie chcesz iść do terapeuty, to cóż mam Ci rzec? Co chcesz osiągnąć pisząc tutaj? Jasne, fajnie się wygadać przed podobnymi sobie - ale jednak ruszyć następnie w którąś stronę trzeba. Ostrzec chciałeś kogoś - przed czym? Jak widzisz, część ludzi jest w podobnym wieku, również z poczuciem zmarnowanej młodości - ale jednak walczy, stara się, idzie naprzód, dostaje razy, cofa się, znów idzie naprzód. Ja może przez kilka miesięcy czułem sie aż tak beznadziejnie, jak Ty. Mnie akurat pomogła złość. Byłem w dole, w kawałkach - i wówczas poniżył mnie o jeden człowiek za dużo. I w sumie to teraz jestem łajdakowi w pewnym sensie wdzięczny, bo wyrwałem z tego jak samochód 4x4 z błotnistego bagniska.
  8. O, to to. Święte słowa. Mam tak samo. Kolega Fujikuro powinen poszukać pomocy specjalistów, to nie jest nic złego. Sam jej szukam, gdy mi się pogarsza. Na szczęście w moim przypadku to sinusoida, a kolega mam wrażenie że cały czas jest pod osią wykresu.
  9. Moja żona urodziła dziecko w wieku lat 38. Jak moja córka będzie mieć 14 lat, to ja będę miał 50. Czy będzie się mną opiekować jak będzie mieć 20 lat? nie wiem, ale nie w tym celu sprowadziłem ją na świat. Chcę, żeby miała lepsze życie ode mnie. Ale rozumiem Twoje obawy, po prostu Ciebie straszą inne demony, niż straszą mnie. Ja się bardziej boję że nie będę tak dobrym ojcem jakim bym chciał być, albo że ona zachoruje, coś jej się stanie itp. Wcześniej się bałem ze się urodzi chora i ja sobie z tym nie poradzę, całą ciążę żony byłem w stresie. Wcześniej nie potrafiliśmy "zajść", wina była po mojej stronie, byłem niepłodny, wyleczyłem się...w sumie nie wiem na jak długo, bo jak nam "wyszło, to już nie sprawdzałem, nie chcę mieć więcej dzieci. Rodzeństwo źle mi się kojarzy. Konkludując, wielu ludzi decyduje się na dzieci w tym, a nawet i późniejszym wieku. To nie obiektywna kwestia Cię od tego odwodzi, tylko forma Twoich własnych lęków.
  10. jestem dokładnie tego samego zdania. Dzieciństwo i okres nastoletni w ogóle, kojarzy mi się z czasem kiedy na nic nie miałem wpływu i musiałem słuchać ludzi częstokroć głupszych od siebie, jak choćby belfrów. Jak dorosłemu nie podoba się szef, to może zmienić pracę. Plus, w szkole i na podwórku inne chłopaki nieustannie się nade mną pastwiły, co na zawsze podłamało mi pewność siebie i samoocenę. Miałem całe lata pretensje do rodziców że nic mi nie pomogli, że mnie wychowali na słabiaka, ale z biegiem lat doszedłem do wniosku, że to w sumie nie całkiem ich wina.
  11. Walczę codziennie sam ze sobą i tracę mnóstwo czasu i energii na przekonanie samego siebie do rzeczy, które inni podejmują z marszu i z odwagą. Często pomaga mi złość i niezdrowa ambicja, ale to niestety równocześnie mnie wypala, często brakuje mi energii i radości życia. Pomagała mi terapia indywidualna, tylko przez covida nie byłem już od 1,5 roku, te lockdowny itp. Muszę na nia wrócić. Nerwica to straszny syf, podczas takich silniejszych faz, napadów, to wszystko wygląda beznadziejnie i jak horror, zwykłego pliku w excelu nie umiem otworzyć przez pół godziny, jakby mnie miał ugryźć.
  12. Ja nie twierdzę, że to źle, że jesteś twarda. I nie neguję tego, z tego co poczytałem na forum, to trenujesz sporty walki, a to coś co u kobiet niezmiernie mi imponuje, bo to tego trzeba znacznie więcej, niż pozy. I owszem zgadzam się też z tym, co pisze @Dalja. Z tym, że trzeba uważać by nie wylać dziecka z kąpielą. Kolega otwierający temat wydał mi się trochę "znajomy", bo sam mam 40 lat i poczucie, że wady charakteru, choroby psychiki (na pewno mam zaniżoną samoocenę i nerwicę lękową bo to mi zdiagnozowano i na to się leczyłem, ale epizody depresyjne też mi się często zdarzają) i kilka złych decyzji "zmarnowały mi życie" - w sensie czasu już nie odzyskam, pewnych rzeczy nie odkręcę, tyle energii co mialem 10 lat temu już miał nie będę, itd. Powiem Wam tak - radzę sobie z tym jak mogę. Walczę, leczę się (przez covid mi się urwało), mam w sobie dużo złości na siebie i innych, która mnie napędza do działania, po prostu kiedy moja wściekłość i determinacja zaczyna być większa niż lęk, to działam skutecznie. Nikt tej walki za mnie nie odwali. Powiem Wam w czym ja mam problem - czasami potrzebuję po prostu o tym pogadać, o tym co mnie dręczy. Posłuchać szczerych historii innych ludzi, których też coś dręczy. Poznać historie innych ludzi. Uświadomić sobie że nie jestem wyjątkowym nieudacznikiem, bo takich ludzi jest więcej i mają podobnie, i nie boją się o tym mówić i z tym działać. I tu napotykam na mur - rodziny, "przyjaciół". Dowiaduję się, że burzę ludziom dobry nastrój, że jestem zły, że zawistny, że mam przestać marudzić. Nie dostaję w odpowiedzi na moją otwartość nic pozytywnego - w sensie ktoś powie, stary, rozumiem, też s/cenzura/iło mi się to czy tamto - albo po prostu wysłucha mnie w milczeniu jak nie wie co powiedzieć. Nie, w zamian mogę dostać co najwyżej "nie marudź" od kogoś kto sam wiem że ma problemy, ale nie przyzna się do nich przede mną, mimo że niby jesteśmy przyjaciółmi, będzie pozował na twardziela właśnie moim kosztem. I nagle okazuje się, że w kręgu ludzi "idealnych" tylko ja jestem jakąś aberracją. Do diabła. Miałem w życiu kilka dużych kryzysów, i z wszystkich wyszedłem sam. Straciłem pracę, wpadłem w depresję, ale założyłem działalność, przetrwałem na nieprzyjaznym rynku, działam już 6 rok, od nikogo pieniędzy nie pożyczałem, choć chcieli mi pożyczać. Nie wziąłem kasy, dałem radę. Ale im łatwiej dać kasę, niż mnie kurde zwyczajnie ze zrozumieniem wysłuchać. Miałem kryzys małżeński, prawie rozwód - nikt nie chciał słuchać, zwłaszcza najbliższa rodzina, psułem im nastrój, może przerażały ich stany w jakie wpadałem - jak można mówić, że nienawidzi się żony???. Pokonałem to sam, przy wsparciu terapeutki, kryzys minął, rozwodu nie będzie. Dowiedziałem się, że jestem niepłodny, miałem kilkadziesiąt plemników... specjaliści tylko in vitro proponowali... walczyłem, wydawałem kasę na zabiegi itd - udało się, mam dziecko. W tym wszystkim walczyłem sam, a chciałem tylko móc się wygadać, spuścić to cholerstwo z siebie, by mieć siłe do dalszej walki. I co - nic, mur, "nie marudź" "ale ty jesteś zły i wściekły" " plugawisz czego się dotkniesz" itp. Nie brałem pieniędzy, nie piłem, nie ćpałem. Tylko po prostu mówiłem jak jest, może bez owijania, może mało delikatnie - i oczekiwałem w zamian szczerości. Nie dostałem i nadal nie dostaję. Walczę ze sobą cholera codziennie, przełamując własne lęki i ograniczenia, ale oni tego zwyczajnie nie rozumieją, nie chcą rozumieć, boją się? Może gdybym pił albo miał długi, to rodzina i przyjaciele chętniej by się z tym zmierzyli, to jakiś konkret - a tak? Agresywnie się wypowiadający, porównujący się z innymi, wiecznie niezadowolony, widzący życie w czarnych barwach typ... to byle dalej od nas. Albo mu dowalić, by sobie poprawić jego kosztem. Do czego zmierzam - czasem trzeba po prostu znaleźć się gdzieś, gdzie wystarczy się wygadać i w zamian nie usłyszeć "jęczysz jak mała dziewczynka" czy coś. Bo czasem po prostu trzeba pojęczeć, lepiej tak odreagować, niż się w milczeniu schlać albo coś.
  13. A nie jest czasem tak, że szukasz z o.o. kogoś słabszego od siebie, aby zademonstrować sobie samej i innym, jaka jesteś silna? Bo odnoszę takie wrażenie czytając Twoje odpowiedzi do kolegi, a ta ostatnia, cytowana przeze mnie, to już majstersztyk. Szczerze mówiąc, zarejestrowałem się tu i wszedłem, i jestem zdziwiony nieco, czytając teksty jakie ten człowiek w potrzebie zapewne słyszał już milion razy od jakichś "twardzieli" w swoim otoczeniu. Ewentualnie mógłby wejść na jakieś forum dla "prawdziwych mężczyzn", i usłyszeć dokładnie to samo. Legendarne "weź się w garść" - i po to się wchodzi na nerwica.com? Na jednej terapii grupowej w której uczestniczyłem, była taka dziewczyna. Upodobała sobie inną, której niedawno zmarł tata i miała traumę, ciągle chciała o tym opowiadać, a tamta upodobała sobie jeździć po niej, za każdym razem jak odnosiła się do bólu po zmarłym tacie. Oczywiście ta "twardzielka" sama miała takie problemy, że hej. Moderatorzy nie reagowali. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że jedna dziewczyna prowadzi swoją terapię kosztem drugiej. Ta druga się w końcu wysypała i terapii nie ukończyła.
×