Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Wędrowca

Użytkownik
  • Zawartość

    25
  • Rejestracja

  1. Oczywiście. Cała ta psychoterapia to zwykła ściema. Też chodziłem przez rok bez żadnego terapeutycznego skutku. Problem jaki był taki też pozostał.
  2. Nie rób tego. I nawet nie myśl. Wytrwaj. Jesteś na dobrej drodze do poprawy jakości życia.
  3. Wędrowca

    OT

    Byłbym nieopisanie zobowiązany za nieodnoszenie się do moich wpisów. Dziękuję.
  4. Wędrowca

    OT

    Moje prawo tu być i pisać. Nikogo nie obrażam, a jedynie stwierdzam fakty. Na żadne z moich pytań nie odpowiedziałeś więc skieruj swoje impertynencje pod swoim adresem.
  5. Wędrowca

    OT

    Jesteś naukowcem, że tak zabolało?
  6. 1. Niniejszy wątek jest poświęcony przypadkom, w których terapia nie działa, więc zakładam, że tu właśnie można się dzielić swoimi spostrzeżeniami. 2. Fakt, że Tobie terapia pomogła niczego nie zmienia w moim położeniu. Jeżeli Ty i szacowne grono naukowców uważa, że terapia jest skuteczna to niech ktoś odpowie dlaczego nie pomaga wszystkim. Pod warunkiem, że pacjenci są gotowi do zmiany, mają określony cel i do niego dążą. 3. Nie sieję defetyzmu, oceniam rzeczowo, zgodnie z moim punktem widzenia. 4. Mój "sztukmistrz" jest nie tylko terapeutą, ale i wykładowcą akademickim. Na pewno brak mu wiedzy? Nawiasem mówiąc, skorzystałem też z pomocy innej terapeutki, u której cała terapia zamknęła się w jednej sesji stwierdzeniem, że nie wie jak mi pomóc. 5. Jeśli odrzucasz moje twierdzenie dot. przyczyny zmiany, to co w zamian? Innymi słowy - jaki może być przyczynek do osiągnięcia celu? Bo chyba zgodzisz się, że jakaś zmiana musi nastąpić.
  7. I to jest zdroworozsądkowe podejście do tematu. Śledząc wypowiedzi terapeutów i naukowców można odnieść wrażenie, że oto terapia rozwiązuje (niemal) wszystkie życiowe problemy. W tej konwencji była prowadzona też moja terapia. Tymczasem ani jednego kluczowego w całym procesie punktu nie udało się osiągnąć. Problem z jakim się zgłosiłem miał być "rozwiązywalny", a w rezultacie ani drgnął. Wielokrotnie spotykałem się z twierdzeniem, że istotnym czynnikiem leczącym, niejako warunkującym powodzenie terapii jest praca nad sobą. Jednakże, aby do tej pracy w ogóle dojść mogło musi zaistnieć jakiś punkt zaczepienia. Cokolwiek- trauma, wspomnienia, nieprawdziwe postrzeganie rzeczywistości, lęk, itd. Jeśli zaś żaden z owych czynników nie wystąpi to zamiast rozmowy mającej walor leczniczy jest gadka-szmatka. I do owej "pracy nad sobą" po prostu nie dojdzie. Szkoda tylko, że do tych prawdziwych wniosków dochodzą forumowicze. Przedstawiciele kręgów naukowych, od których wszyscy powinniśmy oczekiwać pełnego obrazu psychoterapii, ze wszystkimi jej zaletami i wadami idą w zaparte głosząc wszem i wobec jedynie słuszną teorię o wysokiej jej skuteczności. I tym samym zwyczajnie się kompromitują.
  8. Do uczestnictwa w psychoterapii przekonały mnie treści zaczerpnięte z Internetu, z blogów osób, które z powodzeniem zakończyły proces terapii. Niemała w tym także zasługa forumowiczów dzielących się w tym oto serwisie własnymi doświadczeniami, zwłaszcza w wątku poświęconym skuteczności terapii: "Psychoterapia dziala!Czekam na każdego posta z wasza opinia". Ponieważ wypowiedzi takich osób mają dla mnie ogromne znaczenie, większe niż samych psychologów zdecydowałem się na podjęcie leczenia, w nadziei, że i mnie pomoże. Brałem w niej udział przez rok. Czy zatem faktycznie terapia jest taka skuteczna? Oto kilka wniosków: 1. Rzekomo terapia jest leczeniem rozmową. Jednakże, jak twierdzą psycholodzy - jest to zupełnie inna rozmowa, niż ta prowadzona z kolegą/ koleżanką przy kawie. Otóż nieprawda. Rozmowa z terapeutą nie różni się niczym od rozmowy ze znajomym. W znaczeniu terapeutycznym żadnego sensownego waloru w moim przypadku nie wniosła, do żadnych konkretnych wniosków nie doprowadziła. Że już o samych konstruktywnych rozwiązaniach nie wspomnę. Ot, zwykła pogawędka o moim życiu, zdarzeniach, relacjach środowiskowych i poglądach na świat i ludzi. Ponieważ jestem DDD, a więc metody wychowawcze rodziców pozostawiały wiele do życzenia udało się jedynie odkryć niewyrażoną w dzieciństwie złość. Psychologia określa takie zachowanie mianem mechanizmu obronnego. W ślad za tym spodziewałem się przepracowania problemu, czyli wyrzucenia z siebie tej emocji, rzekomo skumulowanej i ukrytej w podświadomej części psychiki. Okazało się jednak, że tak naprawdę nie mam czego wyrzucać. Dlaczego? A dlatego, że równie dobrze unikanie przejawów złości może być wrodzoną cechą charakteru. Nie czuję tych emocji w sobie. A bez wewnętrznego odczuwania trudno o ich ekspresję. Ten wątek jest oczywiście kontrowersyjny i wymaga głębszej analizy, a jako, że nie jest celem nadrzędnym mojej wypowiedzi nie chcę go bardziej rozwijać. Gdyby jednak przyjąć, że owa niewyrażona złość faktycznie tkwiła w podświadomości, a tym samym leżała u podstaw mojego problemu to... No właśnie- co wówczas? Samo odkrycie tego faktu do uzdrowienia jeszcze nie prowadzi. Trzeba dotrzeć do sedna, rozłożyć na czynniki pierwsze, po czym wyciągnąć odpowiednie wnioski i w jakiś sposób przepracować. W jaki? Oczekiwałem w tym zakresie podpowiedzi, sugestywnego naprowadzenia ze strony terapeuty. To jednak nie nastąpiło. 2. Pieniądze. Wiele osób twierdzi, że uczestnictwo w terapii to była w ich życiu najlepsza forma inwestycji. U mnie przeciwnie - skończyło się totalną klapą finansową. Kilka tysięcy złotych po prostu zostało wyrzucone w błoto. 3. Powszechnie wiadomo, że terapia jest skuteczna i pomaga każdemu. Owszem, tu się zgodzę. Terapia pomaga każdemu... o ile jest to terapeuta. Głównie w pozyskiwaniu korzyści materialnych. Przy braku jakiejkolwiek odpowiedzialności za osiągnięcie celów terapeutycznych, za stan zdrowia psychicznego pacjenta, za rzetelną współpracę, istotnie w tym wymiarze skuteczność jest stuprocentowa. 4. Podobno za wypowiadanymi słowami kryje się wielka moc lecząca. Odbyłem kilkadziesiąt godzin sesyjnych monologu. Skutku żadnego. 5. Terapia jest ponoć podróżą w głąb siebie, źródłem samopoznania. U mnie nie udało się odkryć niczego, co by mogło mieć wpływ na ustąpienie objawów. Twierdzę zatem, że być może terapia posiada pewien określony stopień skutecznego usuwania przyczyn problemów, przez co przyczynia się do zdrowienia pacjenta, jednak ponad wszelką wątpliwość nie jest tym, za co powszechnie uchodzi. Terapeuci, zwłaszcza ci oferujący swoje usługi na stronach internetowych tworzą utopię; starają się wywrzeć nieodparte wrażenie, że oto terapia jest swojego rodzaju panaceum na wszelkiego rodzaju dolegliwości. Co więcej, że jest w stanie pomóc każdemu, kto z tej pomocy zechce skorzystać. Owo epatowanie rzekomą skutecznością nosi jednakże znamiona gry marketingowej, a nie naukowego dyskursu. Wiadomo, z czegoś trzeba żyć. Tak właśnie czyni spora część psychologów. Oto przykład: "Psychoterapia leczy, skuteczność w 75 do 80% przypadków, udowodnione w trakcie badań naukowych." A ja pytam co badania naukowe udowodniły wobec 25-20% pozostałych przypadków? Czy w ogóle ktokolwiek próbuje odpowiedzieć na pytanie dlaczego terapia nie jest skuteczna w 100%? Oczywiście przy założeniu, że podstawowe kryteria współpracy między terapeutą a pacjentem pozostaną zachowane. Na którejś ze stron w sieci przeczytałem takie oto stwierdzenie: ”... jak podaje B.Wampold, przeciętny pacjent po psychoterapii jest zdrowszy, niż 79% pacjentów, którzy jej jeszcze nie mieli." Tu nasunęło mi się takie skojarzenie - gdyby tę logikę rozumowania przełożyć na inne zdarzenie chyba można byłoby powiedzieć, że osoba która porusza się samochodem dotrze do celu podróży szybciej, niż człowiek tkwiący w miejscu. Oczywistym jest chyba, że jeśli ktoś próbuje się leczyć to mimo wszystko ma, przynajmniej potencjalnie, większe szanse na powrót do zdrowia, niż osoba, która w tym kierunku nie podejmuje żadnych starań. Czy to, co ów zacny Wampold w trakcie swych badań ujawnił to ma być empiryczny dowód naukowy? Nie pojmuję dlaczego dotąd żaden naukowiec nie podjął się zbadania ilości osób, które osiągnęły założony cel terapeutyczny w odniesieniu do ogólnej liczby osób uczestniczących w terapii? A może ktoś jednak się podjął? Może zwyczajnie wyniki nie nadawały się do powszechnego propagowania? Zamiast tego doczekaliśmy się nie tylko logiki opartej o zasadę porównania jabłek do gruszek, ale też jakże śmiałych stwierdzeń w rodzaju: "Obecnie, żaden naukowiec badający psychoterapię nie pyta, czy psychoterapia jest skuteczna, bo jest to oczywiste.". Doprawdy? Jestem przykładem tego, że to twierdzenie jest absolutnie nieprawdziwe. Osobiście uważam, że dopóki taki właśnie hurraoptymizm będzie panował w środowisku, dopóty o rzeczywistej skuteczności terapii - również względem "trudnych" pacjentów, takich jak m.in. ja - można będzie tylko pomarzyć. Psychoterapia ponad wszelką wątpliwość nie jest cudownym lekiem uzdrowieńczym, który działa zawsze i na każdego. I pomimo wzorcowej relacji pomiędzy terapeutą a pacjentem, zaangażowania obu stron, stosowania właściwej techniki pracy, dążenia do zmiany i wiary w osiągnięcie celu terapia zwyczajnie może się nie udać. I o tym trzeba mówić głośno i wprost.
  9. Katia010 - Twój głos jest bardzo ważny, ale zamieściłaś wypowiedź w niewłaściwym wątku. O nie działającej terapii można pisać tu https://www.nerwica.com/topic/12178-psychoterapia-nie-dziala/
×