Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rosa26

Użytkownik
  • Zawartość

    1067
  • Rejestracja

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Gratuluję Cieszę się. Martwiłam się o Ciebie. A mąż... no cóż... jest szansa, że zobaczy Twoje postępy i pójdzie po rozum do głowy albo... zupełnie odwrotnie - uzna, że wszystko "przez" terapię, bo pojawią się zapewne różnice w podejściu do różnych rzeczy... ale nie martw się na zapas... Już byś musiała wybitnie powtórzyć schemat a skro tutaj jesteś i pomocy szukasz masz w sobie coś samoświadomości. :) Trzymam kciuki
  2. Dziękuję za dobre słowo :) Piszesz: Moja terapeutka mi powiedziała ostatnio, kiedy ja jej powiedziałam, że tak na prawdę zawsze czułam, ze nie nadążałam nad tym jak być powinno, powiedziała, że może po prostu funkcjonuję w innym tempie, inaczej nie znaczy gorzej. To społeczeństwo od samej już szkoły narzuca nam normy a jak ktoś sie w nie nie wpisuje jest jakoś klasyfikowany. Ale to jest wielka krzywda jaką się robi dzieciom na samym starcie życia. Ja też w szkole byłam szykanowana, szkołę średnią robiłam długo po zawodowej, bo uznałam, że tylko do zawodowej się nadaje a do tego nie zdołałam zakończyć jej maturą, bo zjechałam psychicznie w tamtym czasie, więc odebrałam tylko świadectwo zakończenia. Teraz zaczynam przygotowywać się do matury, bo chcę iść w końcu na studia. Jest moim bardzo czułym punktem kwestia edukacji a w dodatku mój facet jest... niesamowicie inteligentny, ma wyższe wykształcenie a teraz jest w Szkole Administracji Publicznej i jego kariera zawodowa nie będzie na zasadzie siedzenia w okienku, zna perfekcyjnie angielski... na początku nie wierzyłam w ogóle, ze się mną zainteresuje. Teraz mnie wspiera w moich działaniach a i to nie wystarcza, żebym całkiem pozbyła się poczucia bycia człowiekiem gorszym... ale nie poddaję się, bo jest lepiej. Tak jak piszesz, to jest proces. Co do nie robienia niczego wbrew sobie, to zgadzam się. Jednak jest różnica, kiedy przestajemy robić wbrew sobie coś, co nie jest dla nas korzystne a między tym, kiedy wychodzimy poza swoją strefę komfortu, żeby się rozwijać, pokonywać swoje słabości, swoje demony, co może do przyjemnych nie należy ale na dłuższą metę stanie się dla nas wartością dodaną i wzmocnić nas bardzo. Oczywiście, że pewnie przerwałaś, bo włączyły się silne mechanizmy obronne, które skutecznie Cię przekonały, że to dobra decyzja. Im są silniejszy, tym bardziej nie nalezy z nimi negocjować, tylko wstać i iść, wykonać czynność. Tak jak z treningiem - jak jestem odporna na ćwiczenia ... straszliwie... nie dyskutuję z argumentami, tylko biorę rzeczy i idę. Też zdarzało mi się parę zajęć odwołać, ale wiem, ze to jest też związane z tym, co kiedyś na zajęciach W-Fu w szkole doświadczałam od rówieśników, bo dlaczego szykany miałyby ominąć salę gimnastyczną? A bałam się wykonywać przewrotów na przykład. Byłam dosyć lękliwym dzieckiem. Ale wiem co to jest i idę, bo jak się nie przekonam, że normalnie jest inaczej, to nie przestanę się bać. Mąż - nie jest dobrze, żeby partnerzy byli dla siebie terapeutami. To nie jest korzystne dla związku. Trzeba oddzielić wsparcie od wchodzenia w rolę terapeuty. A może Twój mąż też pójdzie po pomoc, jeśli pójdziesz Ty, kiedy zobaczy, ze walczysz, że się zmieniasz?
  3. To wszystko o czym piszesz jest przerażające. Nie potrafię wyobrazić sobie ile Cię to wszystko kosztowało i jak powoli wyniszczało, przyciskając głowę coraz bardziej do ziemi. Pierwsza moja myśl - wrócić na terapie. I całkowicie nie zgadzam się, że to byłaby Twoja porażka To danie sobie kolejnej szansy. Terapie nie mają być przyjemne, mają nas przeprowadzić przez niewypowiedziany ból pod okiem fachowca, żeby było bezpiecznie a następnie to zażegnać. Ty zdaje się przerwałaś będący już dosyć daleko w tym procesie. Tak pomyślałam, że nazwałaś powrót na terapię porażką, ale czemu? Przecież ona nie była finalnie zakończona, tylko przerwana, więc naturalne jest, że nie przerobione jeszcze sprawy wracają plus bagaż, który zebrałaś. Nawet gdybyś po zakończonej wróciła, to też nie byłaby porażka. Są osoby (w tym ja również), które nie miały, nie mają bliskich, którzy wspierali, nie mają zasobów, to potrzebują pomocy i to normalne. Potrzebują te zasoby w sobie wykształcić. Czy porażką nazwałabyś np. powrót do lekarza jakiejś specjalizacji (ginekolog, kardiolog, dentysta), bo nie wyzdrowiałaś? Absurd, prawda? POdupadamy na zdrowiu fizycznym i to normalne, ale nadal społęczeństwo nie radzi sobie z tym, że psychika też może podupadać wystawiana na takie doświadczenia a w dodatku będąc ukształtowaną w takich a nie innych warunkach. Jesteśmy nieco wrażliwsi, ale przecież to nie znaczy, że gorsi. Nie ma w tym nic złego. Wróć na terapię i zadbaj o siebie.
  4. Hej, hej robaczki U mnie powoli i do przodu.. duuuużo zmian - in plus Kolejny etap w postaci terapii grupowej rozpoczęłam w grudniu. Nie zawsze jest miło i przyjemnie, ale jest skutecznie. Ponadto w końcu ruszyłam tyłek i chodzę na treningi. Od kwietnia zaczynamy z X kurs tańca Jeszcze rok temu... nie powiedziałabym w życiu, że będę tu, gdzie jestem
  5. To ja też coś wrzucę. Urzekła mnie ta wersja, piękna: [videoyoutube=https://www.youtube.com/watch?v=MK4rhSdUwg8]Lotte Kestner-Halo[/videoyoutube]
  6. Nie, to ateiści włażą tu i jak zwykle zostawiają swój smród a jest wątek - kółko ateistyczne - i coś jakoś nikt tam się nie ciska, tylko tutaj a ten wątek nie miał temu służyć - miał służyć pogłębianiu, wymianie słów dotyczących codzienności z Bogiem TYCH WIERZĄCYCH, ale prawdę mówiąc już mi się nie chce o ten wątek walczyć to po pierwsze a po drugie, to i tak nic nie da. Osoby o takim nastawieniu jak dumnie z siebie, nie wiadomo z resztą czemu, ateiści wejdą oknem jak zamknie się im przed nosem drzwi... Moja relacja nieco popłynęła - tzn. os przeprowadzki mam tyle na głowie, że działam jak mały robot i odczuwam niestety tego konsekwencje. Ewidentnie czas się zatrzymać i wsłuchać w siebie, w Słowo... Nie mam nawet czasu na proste refleksje ostatnio, ale to w końcu tylko ja mogę nad tym zapanować. I muszę, bo robi się niefajnie w kwestii moich depresyjnych dolegliwości, ale ani nie narzekam, ani się nie poddaję, pomimo chwil, w których na prawdę mam na to ochotę, bo mi tu dobrze. Z dala od toksycznej rodziny wypłynęły mi na wierzch wszyszystkie moje ubytki i zaburzenia, nie zakłócane taką dymną zasłoną w postaci tego co oddziaływało na mnie bezpośrednio w domu. Teraz wylazła cała podświadomość i powaliła mnie całkiem... Obaliłam w międzyczasie jedną ścianę...no może bardziej obalam... Gdzie Bóg w tym wszytskim? Myślę, że gdyby nie on decydując o przeprowadzce miałałabym masę wątpliwości na minutę - jechać, nie jechać, czy to ma sens? - A ja czułam się napędzona z wewnętrznym poczuciem "to jest to, to jest ten moment" Bez najmniejszych wątpliwości i lęku. Stresik był, ale nie było w tym za dużo lęku o to jak tu będzie. Cieszyłam się. Chwilę, w której mój rozsądek się odezwał miałam jedną, ale to normalne - jak emocje opadły. Szłam jakby prowadzona w pełnym poczuciu bezpieczeństwa. Gdzie Bóg jeszcze w tym? - Pamiętam jak jeszcze całkiem niedawno, na prawdę kilka mies. temu miałam poczucie, ze zgniję mieszkając już zawsze z rodzicami, że wszystkie przeszkody jakie mam, żeby się wyprowadzić są dla mnie jednej, bez pomocy nie do ogarnięcia i to było dosyć obiektywne stwierdzenie na tamten moment. I szczerze? Nie wiem gdzie teraz te przeszkody są Nie mam pojęcia. Ja nie mogłam tak szybko ich usunąć. A część z nich "sama" się jakoś rozpłynęła. Nie chce mi się po raz kolejny tłumaczyć o działaniu Boga na ziemi, bo przykłady o braku ingerencji Boga kiedy ktoś doznaje gwałtu świadczą albo o czyimś kiepskiej duchowości (nie trzeba być katolikiem by ją mieć) albo o IQ na takim poziomie, że podaje takie przykłady. Wystarczy się zastanowić i otworzyć, żeby zrozumieć dlaczego Bóg nie zstępuje na Ziemię za kazdym gwałtem. Albo poczytać ten wątek czy poprzedni - zbiorczy. Chociaż to i tak nic nie da, bo można słuchać i nie słyszeć, czytać i nie rozumieć itd. ... Michellea, Świetny kocio w obrazku
  7. Dokładnie o to mi chodziło :) Swoją drogą od nazywania kogoś, jakiejś grupy czy indywidualnie, od mięczaków i rozwodzenia się nad tym, nie pomoże się ani światu, ani już na pewno tym, co ich tak nazywamy. Można sobie tylko po biadolić jak to kolejne cos jest na tym świecie, w tym kraju nie tak, ale nic to nie zmieni.
  8. https://zapodaj.net/0dbe8afcb733a.jpg.html A tak na serio, to przecież ktoś te dzieci wychowuje na takie jakimi są, albo, co gorsza, pozostawia samym sobie. Jeszcze niedawno czytałam o walce dzieci o rodziców ze... smartfonami. To przykre
  9. Rosa26

    [Poznań] Poznań...okolice...

    Co prawda będę w sobotę w Wlkp. ale nie wiem czy zostanę do niedzieli, czy tego samego dnia wrócę do Wawy. Ale chętnie bym się z Wami znów spotkała. :) Dam znać
  10. Jakby ktoś mi powiedział 4 mies. temu, że się przeprowadzę do innego miasta niemal z dnia na dzień, to bym uznała, że coś mu na łeb spadło chyba A fakt jest taki, że jestem drugi dzień w nowym miejscu i jest mi z tym świetnie :) Nie sądziłam, że życie może mnie tak zaskoczyć. Wow
  11. Nie. Ale to już niech Rosa się tłumaczy Napisałeś aż dwa zdania zaczynając od wielkiej litery Nie mam zamiaru się z niczego tłumaczyć. Co najwyżej mogę chcieć wyjaśnić. Zapomniałam w jakim miejscu piszę . Rosa nie pisze encykliki, posługuje się słownictwem niedoktrynalnym. Losu zresztą się boi, jako że jest to nieprzewidywalna siła, fatalistyczna, przeciwieństwo Opatrzności, dlatego można lęk przełamać wiarą, że w życiu bardziej prawdopodobne jest dobro niż zło. Tylko to ciężkie, jak się ma doświadczenie odwrotne. Nawet niewierząca osoba dla dobrego samopoczucia potrzebuje mieć wiarę, zaufanie - do życia (że nie przyniesie samych klęsk), do ludzi. Skąd to brać, to nie wiem... A ja wiem :) Dobre dzieciństwo nam to daje. Wtedy przecież właśnie buduje się nasza osobowość. Pierwsze doświadczenia, stosunek do nas naszych najbliższych jest definicją nas dla nas, kiedy jesteśmy dziećmi. To nas dalej kształtuje. Oczywiście kluczowy i decydujący jest wpływ otoczenia. Nie zawsze częstuje dobrymi doświadczeniami i nie zawsze daje nam dobre komunikaty, nawet jeśli wynikają one z głupoty czy nieodpowiedzialności opiekunów. Tak myślę refren, co do tego losu, to jest bardziej tak; Ja nie wierzę, żeby cokolwiek było mocniejsze od Opatrzności. Nie ma szans. Ale my możemy bardziej swoimi czynami dać działać w naszym życiu opaczności, albo ryzykować wystawienie się na los... a że nie jesteśmy doskonali... ja przecież też nie... to stąd obawy. Bo skoro wierzę, że tylko Opatrzność interesuje moje dobro, to jeśli zdarzy mi się od Niej mniej czy bardziej świadomie odwrócić, to daję szansę losowi... Bo przecież Bóg się nie naprzykrza na siłę. A, że moje doświadczenia w związku z tym co daje los są niekoniecznie przyjemne, to nie mam wiary, że bez Boga może on być dla mnie dobry, bo nie bez powodu się mówi, że jest ślepy...
  12. Michellea, widzę, że dzielnie bronisz tego miejsca. Bardzo Ci dziękuję :-* No u mnie dzieje się bardzo dużo i dużo dobrego :-) Dużo zmieni się w niedługim czasie u mnie - jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zmienię miejsce zamieszkania i to w Twoje rejony Michellea, Tak, za nim Już pojechał . Wydarzyło się tyle dobrego, że aż nie chce mi się wierzyć i boję się, że to jakaś podpucha od losu. Jestem gotowa się przenieść. Nie zastanawiałam się nad tym w ogóle. A z praktykowaniem, to u mnie różnie ostatnio, bo sporo pracuje Ale nawet razem zaliczyliśmy mszę Spędziłam tak cudowne tygodnie ostatnio Z tak miłym i ciepłym facetem. Ale główka pracuje - staram się nie poddawać emocjom i oceniać w miarę racjonalnie najwazniejsze dla mnie aspekty. Jestem zaskoczona, że tak jest jak jest, pozytywnie :) Planuję zorganizować sobie spotkania z jakimś księdzem czy zakonnikiem. No potrzebuję tego. Czuję się zagubiona w tym nawróceniu Tzn. jestem przekonana o słuszności, o sensie tego tylko jak to człowiek mam trudności i chciałabym je omawiać po prostu z kimś, kto będzie potrafił mnie poprowadzić, umocnić, odpowiedzieć na pytania, omówić je. Oczywiście mam kogoś z kim mogłabym porozmawiać, kto poświęcił mi w tym zakresie wiele swojego czasu i też nie chcę dłużej obciążać. Ale także dlatego, że chciałabym mieć częstszy kontakt z kościołem, może bardziej głębszy.
  13. Bog dla nas chce zawsze wiecej niz my sami dla siebie. Wierzy w nas bardziej niz my w siebie - chodze nad ziemią . Jak na razie przekonuję się jak małej wiary jesteśmy ludzmi. I pomimo, ze widze co robi w moim zyciu, nadal niedowierzam, nadal sa jakies obawy... a przeciez dostaje dowody... codziennie. Dla Boga nie ma ograniczen i nawet z tymi w naszej głowie poradzi, tylko trzeba dac mu szansę :)
  14. Rosa26

    ot

    Uwielbiam to refren, Dzięki :)
×