Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

flowerpower

Użytkownik
  • Zawartość

    23
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. flowerpower

    Czy to ddd?

    Mam nadzieję, bo chyba zagoszczę tu na dłużej :) Dla mnie najgorsze jest to że nie potrafię się z przeszłością rozliczyć/zapomnieć.
  2. Mój mąż uważa że to jak handel wymienny, i nie na tym powinno się opierać małżeństwo. Ale tak naprawdę to ty masz rację. On dostaje coraz więcej (mam tu na myśli np. sferę łóżkową) a ja na nic nie mogę liczyć w sferze emocjonalnej. On jest zadowolony, ja się cieszę że on się cieszy, ale sama w pewnych sferach nie czuję się spełniona. A jeśli chodzi o sprawy łóżkowe to doszło u mnie nawet do tego że nie jestem w stanie poczuć podniecenia dopóki nie zobaczę że jemu jest dobrze. A z obawy że mnie zostawi robię rzeczy których wcześniej nie chciałam. Choć nie okazały się takie straszne jak myślałam, a nawet wręcz przeciwnie, są fajne i podniecające, ale pobudki dla których godziłam się to robić na początku nie były najlepsze.
  3. Witam. W sumie od niedawna znam pojęcie ddd i zastanawiam się czy ja też pochodzę z takiej rodziny. Od kiedy pamiętam moi rodzice ciągle się kłócili.Od zawsze. O wszystko. Ojciec po ślubie dopiero wyprowadził się z rodzinnego domu i poznał smak życia bez rodziców więc korzystał do woli chodząc do kolegów i pijąc. Matka przestała korzystać z życia bo tuż przed ślubem okazało się że jest w ciąży. Podobno oboje bardzo się cieszyli z tej wpadki. Tyle że jakoś ja widzę to inaczej. Jak miałam 3 miesiące to wywieźli mnie do dziadków na cały miesiąc żeby matka mogła się uczyć do sesji poprawkowej (oczywiście ja tego nie pamiętam ), bo ojciec był zbyt zajęty życiem towarzyskim żeby się mną zająć. Później dopóki nie skończyłam 3 lat i nie poszłam do przedszkola to w okresie od jesieni do wiosny oddawali mnie do drugich dziadków (którzy mieszkali blisko) bo uznali że mają złe warunki do wychowywania dziecka w tym okresie jesienno-zimowym (że zimno w mieszkaniu, wilgoć, grzyb itd) - tyle że inne rodziny jakoś sobie radziły i nie oddawały swoich dzieci. Ja choć tego nie pamiętam podobno bardzo to przeżywałam. (Może dlatego sama nie jestem w stanie zostawić swoich dzieci - mają 4 i 5 lat a ja przez długi czas miałam wielki problem żeby wieczorem gdzieś wyjść i zostawić dzieci pod opieką dziadków, nie mówiąc już o zostawieniu na noc beze mnie - to akurat jeszcze nigdy nie miało miejsca :) ). Później już na dobre zamieszkałam z rodzicami. Jeśli gdzieś mnie wywozili to tylko na wakacje. I teraz zaczynają się moje wspomnienia. Jedyne co pamiętam z dzieciństwa to ciągłe kłótnie. O wszystko. Matka wiecznie nafochowana, ojciec wkurzony itd. Nawet specjalnie nie pamiętam żeby się mną zajmowali jak byliśmy w domu. Bawiłam się albo z dziećmi sąsiadów, albo sama w pokoju. W zasadzie to nie pamiętam żebym kiedykolwiek się w cokolwiek z rodzicami bawiła. Zajmowali się mną dopiero wieczorem jak szłam spać. Wtedy czytali bajkę i usypiali, ale poza tymi sytuacjami nic innego nie pamiętam. Pamiętam za to doskonale jak za byle g..... matka mnie tłukła. Sznurem od żelazka. Nie przypominam sobie żeby kiedykolwiek próbowała mi wytłumaczyć na spokojnie że coś źle robię, że tak nie wolno, albo żeby karała mnie w inny sposób. Od razu chwytała za sznur i lała. Pamiętam do dziś jakie miałam pasy sine na tyłku od tego. Później dziadkom musiałam kłamać że ze schodów spadłam (choć wiem że nigdy w to nie wierzyli) a później matka się dziwiła że jej nie znosili. Ojciec nigdy nie stanął w mojej obronie. Nie bił mnie. Czasem krzyczał, ale to już jak byłam starsza, ale nigdy też nie stanął w mojej obronie. Najgorsze jest to że matka do tej pory przechwala się tym że mnie biła sznurem od żelazka i jest z tego dumna. Nie rozumie że moje posłuszeństwo było spowodowane strachem, a nie dobrym wychowaniem. Najgorsze że przecież byłam dzieckiem i wielu rzeczy nie rozumiałam, że coś robię źle, że tego nie wolno itd. Zamiast wytłumaczyć to ona się wściekała że przynoszę jej wstyd i dawała manto. I to czasem za takie głupoty, np: 1. bo pocięłam książkę 2. jak szłyśmy w gości, ja wbiegłam w kupę zgrabionych liści się pobrudziłam i musiałyśmy się wracać żebym się przebrała 3. zapytałam się znajomej matki w którym jest miesiącu ciąży (za to po łbie dostałam) itd dodam że to są sytuacje gdy miałam jakieś 4-5 lat. I nie wiem, może nie mam racji, ale czy to jest od razu powód żeby katować dziecko sznurem od żelazka??? Matka też ciągle strzelała fochy. I nie była zbyt delikatna jak się wkurzała. Pamiętam jak kiedyś nawrzeszczała na ojca że jeśli czegoś nie załatwi to ma cyt. "spierdalać z domu". Krzyczała to przy małym dziecku (miałam wtedy też ok. 5 -6 lat). Pamiętam jak kiedyś w okresie później podstawówki wyszłam z koleżankami na spacer wieczorem. Miałam być w domu na 19 lub 20 (nie pamiętam) i nie wróciłam. Bo akurat spotkałyśmy jakiegoś chłopaka który mi się podobał więc chciałam chwilę z nim pogadać. Po jakiś 15-20 minutach od mojego spóźnienia zobaczyłam matkę która z furią mnie szukała po osiedlu. Nie dość że narobiła mi wstydu to jeszcze w drodze do domu mi groziła że wybije mi zęby i mi się odechce włóczyć po osiedlu. Na szczęście to były już czasu kiedy mnie tak nie lała więc na groźbach się skończyło. Były też głupie sytuacje kiedy przychodziły do mnie koleżanki i ja je czymś częstowałam. Matka wracała z pracy i o coś zostało zjedzone i afera bo ona kupuje a później tego nie ma. To przestałam częstować koleżanki, nawet jak się pytały czy mogą się poczęstować no bo później nie chciałam słuchać gderania matki. Najgorsze że matka przed znajomymi to była milutka, słodziutka i później sama moje koleżanki częstowała a one na mnie patrzyły jak na wariatkę i skąpca. Że to niby ja byłam taka niedobra i nie chciałam ich częstować. Przykładów z dzieciństwa mogłabym mnożyć, ale to za dużo. Te najbardziej utkwiły mi w pamięci. Niestety to że stałam się dorosła i samodzielna nie przeszkodziło jej w dalszym wtrącaniu się w moje życie i strzelaniu fochów. Nigdy nie mogłam nic zrobić jeśli jej się nie podobało. Zawsze uwielbiałam tatuaże - to moja pasja. Może dziwna pasja, nie wszyscy to zrozumieją, ale po prostu kocham tatuaże i już. Zrobiłam po kryjomu bo bałam się przyznać bo wiem że ona ich nie znosi. O jednym się dowiedziała i była afera. Że mam za dużo pieniędzy, że jestem głupia itd. Ale jak ona wydaje pieniądze na papierosy to już nieważne. Bo jakim prawem ja jej się wtrącam, to jej pieniądze i jej sprawa. Chcieliśmy kupić z mężem nowy samochód. (Oboje pracujemy, dosyć dobrze zarabiamy.) Afera. Że nie możemy. Bo ona później nie będzie za nas spłacać kredytu. Poza tym uważa chyba że powinna być najważniejsza w moim życiu. Pamiętam jak pochwaliłam się jej kiedyś że dostałam podwyżkę w pracy. No to się ucieszyła ale przestrzegła żebym nic nie mówiła mężowi bo będzie się wściekał że zarabia mniej ode mnie (!), a potem sama pyta ile zarabiam!! To co? Mąż nie może wiedzieć, ale ona musi?? Najgorsze jest to że ma też drugą twarz. Potrafi był miła i kochana. Oddała mi i mężowi mieszkanie (może raczej użyczyła na czas nieokreślony), żebyśmy nie musieli wynajmować, i mogli wybudować sobie dom, a sama przeniosła się do mojego ojca z którym wiele lat temu wzięła rozwód. Niby dużo potrafi dla mnie poświęcić, choć z drugiej strony czuję że robi to po to by móc mną dalej dyrygować. No bo przecież ja Ci dałam mieszkanie, dałam to, zrobiłam tamto a ty mnie nie słuchasz. Matka swoimi fochami ciągle szantażowała że się wyprowadzi, przez to bałam się cokolwiek wbrew jej zrobić. Posuwała się też do szantażu. Np jak nie chciałam wziąć ślubu kościelnego, to odgrażała się że nie przyjdzie. Oczywiście przyszła ale szantaż musiał być. Potrafiła też moim kosztem pokazać jaka to ona jest wspaniałomyślna i cudowna: w okresie kiedy moi rodzice się rozstali, rodzice mojego kuzyna też się rozwodzili. I mój kuzyn postanowił ojca do sądu podać o podwyższenie alimentów. Ja wtedy stwierdziłam że może też powinnam (to był czas kiedy z ojcem w ogóle kontaktu nie miałam), ale matka mi odradziła. Ale to nie było z mojej strony jakieś zaawansowane działanie, raz o tym wspomniałam, ona powiedziała że nie ma sensu i tyle. Na tym koniec. Po wielu latach, kiedy relacje między mną a ojcem się ułożyły całkiem nieźle matka mu o tym powiedziała cyt. dlaczego bo jak to sama stwierdziła "ona mnie wtedy odwiodła od tego pomysłu". Ojciec się wkurzył, pokłóciliśmy się po tym bardzo. Do tej pory tego nie rozumiem po co to zrobiła. Jaka matka kosztem własnego dziecka pragnie siebie w lepszym świetle postawić? Mam ciotkę która ma naprawdę wyrodną córkę (a raczej miała wyrodną córkę, bo córka się opamiętała i teraz jest ok) i ciotka choć też nie miała długi czas z córką w ogóle kontaktu (z winy córki) to złego słowa nie powiedziała o niej nigdy, bo to jej córka i ją cały czas kochała. I opłaciło się. Odzyskała córkę. A moja matka się dziwi że prawie z nią kontaktu nie utrzymuję. Czy ja przesadzam czy też moja rodzina podchodzi pod ddd?
  4. Rola potulnej żony mi nie odpowiada, inaczej bym nie narzekała. I owszem boję się jego reakcji na coś co bym zrobiła bez jego zgody. I chcę z tym walczyć, bo tak nie może być. Prawda jest taka że nigdy o sobie nie decydowałam. Najpierw rządziła mną matka (jak robiłam coś wbrew jej woli to był foch), teraz mąż. Mam po prostu dosyć.
  5. Chyba oboje powinniscie naauczyc sie i stawiac grance i mowic dokladnie o co wam chodzi . I nie tylko w stosunku do tesciowej ale i do siebie Próbuję czasem mówić. Ostatnio po moich bezsensownych scenach zazdrości mu tłumaczyłam dlaczego tak się zachowuję, jak się czuję itd. To było ze 2 miesiące temu. Najpierw mnie wyśmiewał że głupoty sobie wymyślam (z niską samooceną). Później rozmawialiśmy i obiecywał poprawę że zacznie bardziej okazywać uczucia. Fakt częściej przytula ale reszta się nie zmieniła. Nigdzie mnie nie zabrał, choć wyraźnie mu mówiłam że chciałabym czasem gdzieś wyjsć, nawet powiedział że będzie o tym pamiętał. Jak widać pamiętał przez 5 minut. Warczeć dalej warczy, zwłaszcza jak mu coś w pracy nie idzie, a przecież to nie moja wina. Niech powarczy na koleżanki z pracy, nie na mnie. A jak mu ostatnio w czymś z pracy pomogłam, to nawet pół słowa dziękuję nie usłyszałam. Nie wiem już sama. Są dni kiedy jest dobrze, naprawdę dobrze, ale tak mniej więcej co drugi dzień jest beznadziejnie. Oczywiście to moja wina bo ja się czepiam. Może i się czepiam. Może jak urodzę dziecko to moje hormony przestaną wariować i się uspokoję i znów wrócę do roli potulnej posłusznej żony która nie ma nic do powiedzenia. Najgorsze jest to że popełniłam ostatnio wielki błąd - zrezygnowałam z terapii, po jednej wizycie. Po samej wizycie czułam się świetnie. Między mną i mężem zaczęło być dobrze. Chyba mnie to zmyliło, bo pomyślałam że damy radę, że trzeba tylko rozmawiać, a widziałam że mąż niechętnie patrzy na tą terapię, i pod pretekstem że to jednak prywatnie i trzeba za terapię płacic to z niej zrezygnowałam. Baaardzo bardzo żałuję, bo już następnego dnia mąż znów pokazał jak bardzo mnie "kocha" i jak mu zależy na tym żeby było między nami dobrze. Tzn niby potem przepraszał ale... myślę że jak poszłam na terapię to go trochę wystraszyło, a teraz znów poczuł się pewniejszy siebie. No ale cóż. Spróbuję na terapię wrócić, może tym razem w ramach nfz w końcu na coś te moje składki idą, a ja w ogóle z tego nie korzystam...
  6. Oczywiście że tak. Wcześnie stracił ojca i jego matka zrobiła sobie z niego swojego partnera. Moi rodzice mieli siebie i mnie nigdy nie dopuszczali do spraw dorosłych. Zawsze słyszałam "nie wtrącaj się to sprawy dorosłych", a moja teściowa od dzieciństwa mojego męża traktowała jak partnera i rozmawiała z nim o wszystkim. Zresztą przez długi czas chciała być tą pierwszą w naszym związku. Np jak planowaliśmy ślub i sami wszystko organizowaliśmy i sami znaleźliśmy lokal to ona miała pretensje że jak to sami wybraliśmy tak bez konsultacji z rodziną?? Albo po ślubie jechaliśmy do znajomych, a moja teściowa dzwoni do męża i mówi że jest w sklepie i ma ciężkie zakupy i żeby po nią przyjechał. A on że nie może bo jedziemy do znajomych itd. I o, psikus. Bo jak to on do znajomych jedzie jak ona ma ciężkie zakupy. A on oczywiście nie wiedział o tym wcześniej, ale teściowa przywykła że on jest na każde jej zawołanie. Po urodzeniu pierwszego dziecka też chciała grać pierwsze skrzypce. Jeszcze w szpitalu pamiętam jak przyjechała, akurat wtedy kiedy mieliśmy wychodzić z dzieckiem ze szpitala. I ja się szykowałam do wyjścia, synek płakał więc powiedziałam mężowi żeby dał mu smoczka. No to on daje smoczka, a teściowa: NIE DAWAJ MU SMOCZKA!! I podważa moje zdanie. I co mąż ma biedy zrobić? Albo ubrałam się i chciałam synka ubrać a teściowa stoi przy tej kuwetce w której dzieci w szpitalu leżą i dojść mi do dziecka nie daje bo cyt "nie potrzeba tylu osób do ubierania dziecka". Mąż trochę ją utemperował, choć ze względu na wiek to nie jest niestety takie proste. A obecnie to wygląda tak że np. mąż spotyka znajomego i mówi mi o tym że go spotkał. Ja pytam: co u X słychać? Mąż: Wszystko w porządku. I koniec rozmowy. Przychodzi teściowa i mąż mówi jej też że spotkał X. I że ten powiedział to, że tamto, a jego córeczka to choruje, chodzi do przedszkola, itd itd. I cała rozmowa ze znajomym prawie że z kropkami i przecinkami dokładnie zreferowana. Albo wraca mąż z synem z jakiejś imprezy dla dzieci na którą ja pójść nie mogłam. Wracają i pytam jak było. Jednym zdaniem odpowiada że tak sobie. Dzwoni teściowa i dopiero wtedy jak mąż mówi to teściowej co mój synek na tej imprezie dla dzieci robił, to ja się dokładnie o wszystkim dowiaduję. I tak jest bardzo często. Mąż twierdzi że to dlatego że teściowa po prostu go dokładnie wypytuje a ja.... Ja może też powinnam go mocniej wypytywać ale ... no właśnie ... nauczona z dzieciństwa nie chcę być nachalna z pytaniami. Ogólnie tak z różnych względów czuję że to ona jest kobietą jego życia a nie ja. Ale może to też wynika z zazdrości, że on ma takie dobre relacje z nią, a ja ze swoimi rodzicami nie?
  7. Tak, chyba tak... Ale ja naprawdę jestem straszną pedantką i jak widzę bałagan to cholery dostaję, i nie jestem w stanie się zrelaksować czy odpocząć.
  8. Ja nie wiem czy ze mną jest coś nie tak, czy z moim mężem. Chętnie znów usłyszę jakąś postronną opinię. Z tym że temat nie dotyczy już zazdrości, ale spraw codziennych. W piątek po pracy jechaliśmy z mężem na działkę na cały weekend. W domu panował straszny bałagan więc uprzedziłam domowników że w poniedziałek jak wrócimy z pracy to sprzątamy, bo w niedzielę wracaliśmy późno i już nie miałam sama chęci na sprzątanie. Dodam że był naprawdę straszny bałagan. Do dzieci do pokoju w ogóle nie dało się wejść. No i wróciliśmy w poniedziałek po pracy do domu, a mój mąż co? On jedzie do mamy bo jest dzień matki!. Wyszedł o 19, wrócił o 21. Zostawił mnie z dziećmi i bałaganem samą. Dodam że jestem w ciąży i już szybko się męczę. Co prawda łaskawie powiedział żebym odpoczęła i jak on wróci to mi pomoże sprzątać, ale kto się bierze za sprzątanie o 21? Poza tym ja nie znoszę bałaganu i jak w domu jest bałagan to nie jestem w stanie usiedzieć w miejscu, a już tym bardziej się relaksować. No i posprzątałam sama. W dwie godziny się uwinęłam prawie ze wszystkim. I teraz jestem na niego trochę zła, bo wiedział że mieliśmy sprzątać. Mógł mi pomóc a do matki jechać później, w końcu ona o 20 spać nie chodzi. Mogliśmy oboje w godzinę się uwinąć i mógł sobie do mamusi jechać. Takie jest moje zdanie.
  9. eh, mój małżonek twierdzi że wyszedł tylko dlatego żeby przetestować dwie knajpy z żarciem i ewentualnie mnie tam później zabrać. I że to nie on organizuje wyjście więc nie ma wpływu na to kto idzie na takie spotkanie. I fakt że jechał od razu po pracy na chwilę, i o 21-22 już był w domu. Niemniej jednak jest mi smutno bo ja też bym chętnie się wyrwała No i miał przetestować te dwie knajpy żeby mnie tam ewentualnie zabrać i jakoś pół roku minęło a on dalej mnie tam nie zabrał
  10. Szczerze mówiąc nie podejrzewam męża o podrywanie innych dziewczyn, to nie w jego stylu. Niestety nie wiem jakby się zachowywał gdyby któraś podrywała jego. On twierdzi że to nie robiłoby na nim wrażenia, ale myślę że to nieprawda. On sam ma wiele kompleksów i myślę że taki podryw by podniósł jego ego.
  11. Nie wiem, naprawdę nie umiem powiedzieć co nim kieruje, zwłaszcza że nie ma najmniejszego problemu z pozostawieniem dzieci pod opieką dziadków. Dziadkowie mieszkają blisko i są na każde zawołanie. Nie wiem. Może po prostu nie pomyślał. Może nie chciał wyjść na pantoflarza który bez żony nigdzie się nie może ruszyć Nie wiem...
  12. Mi szczerze mówiąc też ciężko coś powiedzieć. On nie proponuje, ja nie pytam czy by mnie nie zabrał. Choć raz się go zapytałam ale już po fakcie to chyba wtedy stwierdził że inni koledzy też chodzą bez żon. Ale szczerze mówiąc dokładnie już tego nie pamiętam.
  13. Dziękuję Wam. Myślałam że znów ze mną jest coś nie tak. Nie wiem czemu mój mąż tak postępuje. Zupełnie nie wiem. Wiem że na piwo chodzi rzadko i chodzi tylko dlatego żeby "nie wyjść na pantoflarza" jak to sam stwierdził. A mój problem z komunikacją to już odrębna sprawa. Rozmawiać to oczywiście z mężem rozmawiamy, normalnie na różne tematy, poruszamy różne sprawy, ale ja faktycznie mam ogromny problem z tym żeby mówić o swoich oczekiwaniach. co już na pierwszej wizycie terapeuta zauważył. Za to jak ktoś mnie o coś prosi, to z kolei nie umiem odmawiać. I na stopie prywatnej i zawodowej. Już nawet koleżanka w pracy ostatnio na mnie naskoczyła że mam być trochę bardziej asertywna
  14. Tu absolutnie nie mam nic przeciwko. Jeśli o mnie chodzi to może sobie z kolegami na piwo chodzić. Może nie co tydzień, ale raz-dwa razy w miesiącu - droga wolna :). On nie zabrania, tylko nie proponuje. A ja nie mam śmiałości poprosić żeby mnie zabrał bo nie chcę się narzucać
×