Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

emka34

Użytkownik
  • Zawartość

    120
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Mili, spokojnie, jesteś jeszcze rozchwiana po ciąży, porodzie. Też potrafię mierzyć temperaturę co chwilę, jak coś mi się nie spodoba ale to nie ma sensu. Teraz staram się kierować tym, co robią w szpitalu - pomiar wcześnie rano (jest najniższa) i po południu około 16.00 (jest najwyższa) i wystarczy. Ale mierze tylko kiedy kiepsko się czuję. Ty pewnie wstajesz w nocy do dziecka, więc tym bardziej jesteś rozregulowana. Wiesz, tak się zastanawiam. Chciałabym mieć dziecko, dla mnie to ostatni moment, bo mam swoje lata. Ale już od dwóch lat nie daje sobie rady z hipochondria. I po prostu boję się, że po dziecku będzie jeszcze gorzej. Martini, mój brat skończył towaroznawstwo. Ale bez praktyki ciężko coś znaleźć, w okolicy firm produkcyjnych niewiele, a wyjechać z pewnych względów nie może.
  2. Martini, ciężko Ci coś doradzić. Wiem, jak jest z brakiem pracy w zawodzie. Mój brat skończył studia ponad trzy lata temu, w tym roku będzie cztery i do tej pory nie może znaleźć pracy ani w zawodzie ani poza. W zawodzie nie, bo brak doświadczenia (tylko gdzie niby miał je zdobyć?), praktyka, staż się nie liczą. Poza zawodem nie, bo ma za wysokie wykształcenie. No porażka. Sporo zależy jeszcze od tego, gdzie mieszkasz. Większe miasta, szczególnie Warszawa dają większe szanse. Tak sobie myślę - jeśli ta firma z laboratorium zgodziłaby się na praktyki, to czemu nie? Zawsze to jednak krok we właściwym kierunku. A ewentualnie później pracę jako kelnerka zawsze możesz znaleźć (no chyba, że rzeczywiście rynek pracy tak koszmarny, że to co masz, to prawdziwy cud). Nie podoba mi się za to pomysł miesiąca pracy jako kelnerka zupełnie bez żadnej umowy. Masz pewność, że pracodawca Ci zapłaci albo później zatrudni?
  3. Mili, jak mnie przyjmowali ostatnio do szpitala miałam ciśnienie coś około 185/115. Ale to w potężnych nerwach, bo narobili bałaganu w papierach i nie chcieli mnie przyjąć. Zanim wyjaśniłam sytuację z ordynatorem i wróciłam biegiem przez pół szpitala to mi tak wyszło. Dali tabletkę kaptoprilu, spadło na 150/100 i uznali, że będę żyć. Za to teraz, po operacji mam prawie wzorcowo - dziś 117/83, osttanio nie przekracza 125/85 (wcześniej bywało i do 160/100, tyle, że ja nie czuję tego, nie mam żadnych objawów). Za to tętno od zawsze wysokie - 120/min spoczynkowe to standard. I znowu po operacji trochę mi spadło, teraz ma 100/min. Jak nigdy w życiu. Uregulowali mnie czy co pod tą narkozą ;-)
  4. Mili, nie jestem lekarzem ale nie wydaje mi się żeby ciśnienie w takiej wysokości było groźne. Raczej wygląda w porządku, tym bardziej, że spada.
  5. Nefretis, , też myślałam, że już będzie dobrze, bo to, co było realne, z czym musiałam się zmierzyć już się skończyło. Ale mój organizm jakby nie znosił pustki, jakby nie umiał już funkcjonować bez tego strachu. To jak uzależnienie od stanu permanentnego napięcia. Przerobiłam chyba wszystkie choroby. Aktualnie najintensywniejsza kancerofobia. W dodatku w szpitalu strasznie panikowałam, okropnie bałam się narkozy, byłam roztrzęsiona, potem bałam się powikłań, mąż tego nie rozumiał, kłóciliśmy się, z miesiąc byłam w strasznym stresie. Teraz obawiam się czy wtedy coś złego mi się nie zaczęło. Na pocieszenie powiem Ci, że moja prababcia była hipochondryczką (w tamtych czasach mało kto miał o tym pojecie). Ciągle czuła się chora, kazała sprowadzać lekarza, po jego wyjściu jej się poprawiało, ciągle jeździła do szpitala, zjadała tony leków, ciągle "umierała". Dożyła 86 lat, umierając we własnym domu szybko i ze starości. Safonia, zwykle przez jakiś czas udaje mi się utrzymać lęk na wodzy ale zdolności ludzkiej psychiki są jednak ograniczone, wcześniej czy później przestaję dawać radę. W tej chwili jest jedno proste badanie, które mogłabym zrobić, żeby wykluczyć to, czego się boję. Problem w tym, że po prostu boję się iść, więc liczę, że samo przejdzie. Ale wiem, że nie przejdzie. Zeżre mnie najpierw psychicznie, zepsuje mi relację z mężem, który nie daje sobie czasami rady z moimi dolegliwościami, a potem w końcu pójdę zdesperowana i w wielkim strachu, odbiorę wynik, odetchnę, obiecam sobie, że nigdy więcej... i za chwilę będzie coś nowego. Błędne koło hipochondryków. Zresztą, mam straszne skłonności do somatyzacji. Bo w sumie to już nie tylko lęk jest we mnie ale przede wszystkim objawy. Potrafię wytworzyć sobie objawy chyba wszystkiego, z bólem zęba włącznie. Objawy są niesamowicie plastyczne. Kiedy bałam się raka piersi bolała mnie pierś, konkretnie, przy dotyku albo nawet poruszaniu się. Przestała w momencie, kiedy lekarka na USG powiedziała, że jest czysto. Miałam duszności, kiedy bałam się guza w śródpiersiu, bolały mnie nogi i w klatce piersiowej przy strachu przed zakrzepicą, bolało znamię, kiedy przestraszyłam się czerniaka, migdał, kiedy bałam się nowotworu gardła, żołądek, jelita to wiadomo. Miałam wielomocz, kiedy podejrzewałam cukrzycę i skąpomocz, kiedy obawiałam się niewydolności nerek. A kiedy po jednym ze szczepień przestraszyłam się zapalenia mózgu i zespołu Guillaina-Barrégo miałam parestezje, drżenia mięśniowe, osłabienie siły nóg, zaburzenia widzenia. W pewnym momencie nie byłam w stanie ustać na nogach. Przeszło po wizycie u neurologa i stwierdzeniu, że nic mi nie jest. Teraz też boli. Tylko za każdym razem jest pytanie - czy to mój umysł, czy jednak prawda? I dokąd doprowadzą mnie kolejne badania? Alexandra, terapeuta też sugerował, że to coś z natręctwami, że chodzi o te rytuały, zaklinanie rzeczywistości, myślenie magiczne, a potem ulgę. Tak jakby rytuały dawały bezpieczeństwo. Miałam zresztą inne lęki oprócz chorób, trochę na podobnej zasadzie. Część dało się rozpracować, próbując radzić sobie z bodźcem, bez rytuałów, bez uciekania w lęk. Ale z chorobami to najtrudniejsze. No nie wychodzi. No i ciągle próbuję doszukać się, co stoi za tą hipochondrią, czego boję się tak naprawdę, do czego ta hipochondria jest mi potrzebna. Przez półtora roku pracy na terapii nie znalazłam tej przyczyny. Myślałam, że chodzi o uporządkowanie pewnych sfer życia, o napięcie pomiędzy tym, czego chcę, a co robię. Zrobiłam to, uporządkowałam życie, tam, gdzie było mi to potrzebne, ulga była ale chwilowa. W ubiegłym roku, podczas jednego z silniejszych ataków lęku wydawało mi się, że jestem blisko odpowiedzi ale to jeszcze nie było to. Nie mam pojęcia, gdzie to siedzi.
  6. Od 11 dni ćwiczę codziennie na stepperze. Po raz pierwszy w życiu :-)
  7. Mam nerwicę lękową i niedawno miałam zabieg operacyjny w narkozie. Bałam się panicznie, gdybym miała wybór wybrałabym znieczulenie dordzeniowe (zwykle jest taka możliwość) albo krótką sedację, bo zabieg banalny i bardzo krótki ale wyboru mi nie dano. Zgłaszałam, że potężnie się boję, ciśnienie ze strachu skakało mi na 185/120 ale jakoś nikt nie zareagował i nie zastosowano jakiejkolwiek premedykacji. Poszłam na operację z pełną świadomością i ze swoim lękiem, telepałam się jeszcze na stole, zespół operacyjny zdziwiony, że nikt nic mi nie dał. Przeżyłam, teraz już bym się narkozy nie bała.
  8. Pisałam tu kiedyś, prawie dwa lata temu. Wtedy było bardzo ciężko ale moja hipochondria dopiero zaczynała się rozwijać. Potem różnie - od wiosny do wczesnej jesieni zwykle lepiej, jesień, zima, początek wiosny - katastrofa. W maju 2014 roku zaczęłam terapię, myślałam, że trochę pomogła, bo przez kilka miesięcy było OK ale już wiem, że to z innych przyczyn. Teraz znowu jest do bani. Najlepsze jest to, że w maju ubiegłego roku dowiedziałam się, że muszę mieć niewielki zabieg chirurgiczny w warunkach szpitalnych, pod narkozą. Oczywiście w związku ze schorzeniem "nieobjętym" hipochondrią. I te pół roku od kiedy dowiedziałam się o konieczności zabiegu do pójścia do szpitala było najlepszym dla mnie czasem. Ja po prostu nagle, w ciągu jednego dnia przestałam mieć lęki. I pomyślałam sobie, że tak bardzo chcę po prostu sobie pożyć. Tak fajnie pożyć, cieszyć się wszystkim, robić coś sensownego. Konfrontacja z realnym zagrożeniem wyłączyła lęk. Wrócił dopiero jako konkretny strach przed operacją i po niej. Potem było parę komplikacji z gojeniem, nieważne. Sprawa już jest zamknięta, a hipochondria właśnie powróciła. Znam ją już, jak zły szeląg, wiedziałam, że wróci, bo znam objawy zwiastujące, a ciągle nie daję sobie rady. Wiem, że nie można jej karmić, więc nie czytam. Od 7-8 miesięcy nie przeczytałam nic na temat chorób, których się boję. Gorzej z badaniami. Jak nie zrobić badań, kiedy tak źle się czuję? Przecież gdyby nie objawy somatyczne, nie wytworzyłabym sobie w głowie lęku. Mechanizm jest prosty - zawsze najpierw jest objaw somatyczny, często banalny, początkowo go lekceważę albo bagatelizuję. Problem pojawia się, kiedy objaw się utrwala albo nawraca. Wtedy jest lampka ostrzegawcza ale jeszcze nie lęk, jeszcze nadzieja, że może samo minie ale lęk już kiełkuje, już towarzyszą mi złe myśli. Za kilka - kilkanaście dni budzę się z dzikim lękiem i myślę tylko o tym, żeby iść do lekarza i zrobić badania. Bo przecież trzeba być odpowiedzialnym za swoje zdrowie, bo im wcześniej tym lepiej, bo nie można czegoś zlekceważyć. Jest też we mnie coś kompletnie nieracjonalnego ale widzę, że znanego innym hipochondrykom - terapeuta nazywa to "zaklinaniem rzeczywistości" - im bardziej skupiam się na potencjalnych chorobach i się ich boję, tym bardziej gdzieś głęboko wierzę, że mnie nie dotkną, że to mnie jakoś chroni, że jeśli tylko odpuszczę, będę spokojna i szczęśliwa, choroba zaatakuje. Z drugiej strony, pojawił mi się metalęk - lęk przed lękiem. Ktoś bliski wielokrotnie powiedział mi, że przez swoje lęki wyhoduję sobie coś poważnego. To wystarczyło, żeby uznać, że zrobiłam sobie sama ogromną krzywdę, na pewno wskutek stresu rozwija mi się coś poważnego i oczywiście sama sobie jestem winna. Zaczynam się czuć coraz gorzej. To znów wzmaga lęk, więc powstaje błędne koło. Ja wiem, że trzeba zmienić myślenie ale momentami jest tak ciężko, że wydaje mi się, że zrobiłabym wszystko dla tego momentu ulgi, który pojawia się po odebraniu dobrych wyników badań.
  9. Ja byłam przeziębiona od końca sierpnia do teraz. Byłam u lekarza z pięć razy, zjadłam dwa antybiotyki, zrobiłam kilka razy badania krwi, RTG płuc i takie tam. Nic nie wychodziło z wyjątkiem przewlekłego zapalenia gardła. Nieważne, lęk przed najgorszym już się zaczaił. Od dzieciństwa siedziało mi w głowie, że któreś przeziębienie się nie skończy i wyjdzie z tego niewiadomo co.
  10. Po pierwszej akcji z nerwicą, kiedy miałam 21 lat i leczyłam ją do 24 roku życia miałam 10 lat spokoju. I od ubiegłego roku nawrót ale w gorszej formie. Dużo bym dała już nawet nie za te 10 lat spokoju ale nawet za to złe samopoczucie z czasów pierwszej choroby, bo dałabym sobie z tym radę, a z tym, co jest teraz nie potrafię.
  11. Witajcie! Dawno mnie tu nie było, nie widzę osób aktywnych, kiedy pisałam tu trochę wiosną. Hipochondria męczy mnie od dawna, od ponad roku jest coraz ciężej. Zima i wiosna były trudne, od maja do września funkcjonowałam normalnie, było już dobrze, od września do teraz totalny zjazd. Chodzę na terapię, próbuję sobie trochę w głowie poukładać ale jest kiepsko. Jeszcze nie zdążę wykluczyć poprzedniej choroby, a już wykluwa mi się lęk przed następną. Na lekarzy i badania wydałam tyle, że niedługo zbankrutuję, a przecież tyle rzeczy trzeba jeszcze sprawdzić, zbadać, wyciąć... Nie mam już siły.
  12. Dawno mnie nie było, najpierw święta, potem wyjazd na urlop majowy, na którym przeszły wszystkie bole jelit, żołądka, kręgosłupa, zeber i czego tylko. I było w końcu normalnie i było pięknie. Ale, ze w moim przypadku nie może być za długo pięknie po powrocie wylądowałam u dwóch lekarzy (co mnie po raz pierwszy nie uspokoiło) i mam w dalszym ciągu narastający dziki atak lęku. Nikt nie może juz ze mną wytrzymać, ja też ze sobą nie wytrzymuje. W końcu umówiłam się do psychologa, bo jak przestaję wierzyć lekarzom to jest juz dno. Niestety muszę czekać do 26 maja (i to prywatnie). Jeśli okaże się, ze ze mną jest całkiem do d... może podesle mnie do jakiegoś psychiatry choćby po leki wspomagające, bo sama jednak sobie nie poradzę.
  13. A mi od dwóch dni głowę dosłownie rozrywa. Podejrzewam, ze zatoki się uaktywnily. Do tego wiercenie w nosie i kichanie. Wszystko pojawiło się w ciągu pięciu minut wczoraj po południu. Poza tym nie czuje się tak normalnie chora. Zwykle w takich sytuacjach biorę ibuprom i tabletkę od kataru ale teraz nie bardzo chce, bo dopiero uspokaja mi się podrazniony żołądek, a te leki ostatnio zle na mnie wpłynęły. Trochę się stresuje bo czeka mnie wyjazd na weekend majowy i średnio uśmiecha mi się zapalenie zatok.
  14. marta80, hej! Jak widac, święta chyba nieźle wpływają na nerwicowcow, odwracają uwagę od dolegliwości. Ja dopiero dzis wracam do domu. Dotąd było w miarę spokojnie, choć nie do końca tak jakbym chciała. Żołądek trochę pobolewal, ciężko mi było zupełnie się od tego oderwać. Ale i tak lepiej niż przed świętami, kiedy dopadła mnie totalna rozsypka.
  15. Uwielbiam obcesowe, jadowite wypowiedzi głoszone ex catedra bez najmniejszego zastanowienia, byle komuś dokopać, bo ośmielił się mieć inne poglądy. Najlepiej oczywiście nie pytać o przyczyny tylko ocenić i dołożyć. Bo dopadła swiateczna frustracja. Lisa wyraźnie napisała jakie były przyczyny zepsucia zeba ale zanim to napisała najlepiej było jej dokopać i stwierdzić, ze to wyłącznie jej wina, prawda?
×