Gwoli krótkiego wstępu - sam miałem kiedyś krótki epizod depresyjny, zmagałem się też jakiś czas z nerwicą lękową. Wiadomo, że zawsze po niej zostaje pewien ślad w psychice, ale myślę, że sam obecnie jestem psychicznie dość stabilny - przynajmniej o tyle, że nie mam większych ataków somatycznych, czasem charakterystyczne bóle głowy. Mieszkam z matką, która również ma za sobą depresję, wciąż dość ciężko radzi sobie z problemami. Co jakiś czas chodzi do psychologa, czasem bierze tabletki uspokajające na sen.
I teraz pojawia się mój problem. Jestem bardzo mocnym introwertykiem, wszystkie problemy trzymam dla siebie. Radzę sobie z nimi na swój sposób, staram się zdrowo wyzwalać emocje, dbam o swoje zainteresowania, by mieć w życiu rzeczy, które sprawiają mi szczęście. Niestety moja matka reprezentuje odmienne podejście. Nawet jeżeli nie wyżala się bezpośrednio ze wszystkich swoich bolączek, to będzie chodzić po domu i wzdychać, opowiadać o swoim refluksie, stać w kuchni trzymając się za brzuch, robić z siebie cierpiąca i ledwo żyjącą ofiarę.
Źle się z tym czuję, bo wiem, że powinienem ją wspierać, ale jestem dorosłym człowiekiem, który sam ma masę swoich problemów i naprawdę nie potrafię z nią żyć. Kończę obecnie studia, które późno zacząłem, za pół roku planuję wynająć jakiekolwiek mieszkanie. Jednocześnie pracuję na pół etatu. Wymaga to ode mnie ogromnego wysiłku, zwłaszcza że najchętniej w ogóle nie spędzałbym czasu z ludźmi, a kiedy wracam odpocząć do domu, muszę przyjmować cudze cierpienie. Czuję jak nim przesiąkam, jak jest mi zwalane na głowę, jak muszę współcierpieć za matkę. Czuję się jak podróżnik z ogromnym i ciężkim plecakiem, na który matka postanawia dodatkowo wskoczyć, przybijając mnie zupełnie do ziemi.
To z pewnością strasznie egoistyczne co mówię, pewnie powiecie że powinienem jej powiedzieć jak się czuję, że potrzebna jest komunikacja, że by to pomogło. Ale ja wiem, że pomogłoby to na chwilę, starszych ludzi ciężko jest zmienić. Przynajmniej moja matka się już nie zmienia. Mam wrażenie, że jest uzależniona od cierpienia.
Był ktoś w podobnej sytuacji? Czy jestem bezduszny? Czy powinienem pomagać matce, czy też powinienem się od niej odciąć? Zupełnie nie mam pojęcia jak patrzeć na tę sytuację. Wiem, że czuję się w niej tragicznie. Jak kolumna o którą ktoś się nieustannie opiera, bo myśli, że to stabilna kolumna, gdy zupełnie tak nie jest.