Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Colorblind

Użytkownik
  • Zawartość

    10
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Colorblind

    Jestem strachem.

    Co po 5 latach tknęło mnie do wejścia na to forum, odszukania swojego wątku? Nie mam depresji. Wszystko inne mogę mieć, jej nie mam. Czasem mi smutno, czasem dostaję głupawki, radzę sobie. Jestem tu z innego powodu. Nie wybrałam się wtedy do psychologa. Zacisnęłam zęby, przestałam robić sobie krzywdę. Jest raczej ok, w ogóle o tym nie myślałam, aż do wczoraj, kiedy pokłóciłam się ze swoim chłopakiem. Przyszło mi do głowy, że mogę nie mieć racji w chwili kiedy powiedział, że mam pretensje dosłownie o wszystko. Że na początku było inaczej, że nie widziałam jego wad, a teraz chciałabym go zamienić w księcia, którym nigdy nie będzie. Byłam przekonana, że mam rację ale kiedy tak gorzko płakałam, nagle pomyślałam sobie, że już nie wiem czemu płaczę, już nie wiem o co mi chodzi. Strasznie się boję, że go stracę. Obiecałam sobie, że zamknę usta i następnym razem kiedy coś mi się nie spodoba przemilczę. Bo nie podoba mi się zbyt wiele rzeczy, bo jestem niebotycznie wymagająca w stosunku do bliskich, bo non stop się z każdym kłócę i czuję się pokrzywdzona. A przecież poprzedni partner powiedział mi to samo, że nie da się ze mną wytrzymać bo wciąż coś mi nie pasuje. Chciałabym, żeby on był ze mną cały czas, albo jeśli nie - to chociaż żeby tego pragnął, żeby pragnął mnie do szaleństwa, a myśl, że on mógłby znaczyć dla mnie więcej, niż ja dla niego, tak strasznie mnie przeraża, że czuje jak mi się grunt usuwa spod nóg. Żeby było śmieszniej, mimo, że go przecież kocham na zabój, że czasem śni mi się, że on mnie zostawia i wtedy budzę się z płaczem, to potrafię spojrzeć na niego i pomyśleć "myślałam, że jest inny, może jednak do siebie nie pasujemy, nie docenia mnie". On miewa dość. Ja mam dość siebie samej. Nie chcę go stracić, nie mogę go stracić, co wymaga ode mnie uciszenia swoich uczuć, swojego niedosytu. Co jeśli ja nie dam rady? Co jeśli odejdzie...
  2. Nic nigdy się nie skończyło. I nie skończy. A wizja nieustannie nawracającego cierpienia... mam po prostu przesrane dopóki żyję.
  3. Colorblind

    Jestem strachem.

    Nie mogę tu dłużej mieszkać. Pod jednym dachem z ojcem. Nie mówię do niego tato, brzmi zbyt miękko i pieszczotliwie, zupełnie tak, jak gdybym darzyła go ciepłym uczuciem. Ma urlop, dwutygodniowy więc jest wyjątkowo źle. Zazwyczaj to tydzień lub mniej ,raz na miesiąc. Nie miewam śladów. ON umie niszczyć człowieka od środka. Wyjada moje wnętrzności niczym pasożyt. Żeruje na moim bólu. Trochę za bardzo się ostatnio rzuca ale nigdy nie pobił mnie boleśnie. Jest wtedy jak w ekstazie, ogarnięty furią, bywa, że na oślep próbuje dosięgnąć mnie swoimi ciężkimi rękoma. Kulę się, zasłaniam, zamykam oczy - chciałabym móc się wyprostować i zapanować nad łzami jak to robiłam parę minut temu zanim kompletnie mu odbiło. Chciałabym zachować godność, nie uciekać. Ale kiedy mój osobisty potwór spod łóżka wyciąga w moją stronę ohydne macki nie widzi jednego - uśmiecham się. Śmieję się w duszy, że to nic nie boli i mam ochotę chichotać, tak, chichotać jak to chichoczą małe dzieci. To taki paradoks - agresja opętała go do tego stopnia, że nie zdaje sobie sprawy z tego, że macha łapskami bez ładu i składu. Czasem myślę sobie, że wyolbrzymiam a kiedy indziej grożę mu, że któregoś ranka może obudzić się na komisariacie. "Jak ci obiję tą mordę to dopiero ci będzie do śmiechu, niech mnie za to wsadzą do więzienia ale zrobię to". "Zrób to, proszę bardzo (myślę sobie, co tracę? mogę tylko zyskać i stracić życie) pobij mnie, wszyscy się dowiedzą jaki jesteś!". I kiedy już rusza na mnie, z pełną artylerią w postaci jego wielkiej postury, przede mnie wyskakuje mój odwieczny, nieuzbrojony rycerz bez lśniącej, srebrnej zbroi, który jednak nie zawsze stacza o mnie walkę. Podszeptuje rycerzowi o rozwodzie, wyprowadzce... "-Mamo, naprawdę zadzwonię na policję. - I co? Nie przesadzasz? Nie dzieje ci się aż taka krzywda, nie pozwoliłabym na to." Serio? Nie wiem tylko czy to ja jestem nieobiektywna czy moja matka. Chociaż autentycznie, jako takiej krzywdy mi nie robi, śladów nie ma a z policją też bujda, lubię pogadać bez sensu. Mama opowiada mi potem, że on żałuje, że mnie kocha a ja nie chcę tego słuchać i o tym wiedzieć. Obstaje przy tym, że wina leży po obu stronach, nie powinnam się odzywać i go prowokować. Twierdzi, że i tak nie ma go po 2 tygodnie, że wszyscy się kłócą. "-To jest twój ojciec! - Mamo, na ojca się czeka, za ojcem się tęskni..." Kiedy teraz o tym myślę chciałabym żeby kiedyś przesadził. Nie darowałby sobie tego a ja miałabym spokój. Czuję się za bardzo skrzywiona, skażona i zła, właściwie to po prostu nie zasługuje na wybawienie. Ostatnio wypomniał mi, że nie potrafiłam się nawet zabić i jak temu zaprzeczyć? Nie wiem jak jej wyjaśnić, że ja i ojciec jesteśmy dla siebie toksyczni, każda dłuższa niby sielanka kończy się i tak jednym.
  4. Takie głupie myśli, które nie wiadomo skąd się biorą, stają się uciążliwe i wywołują wyrzuty sumienia... Pamiętam kiedy po raz pierwszy zaczęły mi dokuczać to czułam się jakbym miała oszaleć. I autentycznie, dobrym sposobem jest ignorowanie ich a kiedy przechodzą mi przez głowę... cóż, osobiście staram się wtedy czymś zająć i odciągnąć od tego zamętu swoją uwagę. Dzisiaj jest już lżej niż kiedyś.
  5. 5 miesięcy. Nie jakichś nadzwyczajnie radosnych czy pogodnych, niedokładnych, nierównych. A dzisiaj znowu to zrobiłam i poczułam taką ulgę... że najchętniej bym nie przestawała, że ozdobiłabym się cała tą drżącą, rozedrganą dłonią, głębokimi nacięciami. Potem tylko siedziałabym nieruchomo, sycąc się piekącymi ranami. Nie. Nie mogę, prawda? Nie mogę. Tyle wystarczy, na razie. Nie więcej. Więcej mogłoby trwać w nieskończoność.
  6. Nie kaleczyłam się w ten sposób przez ok. pół roku (no może epizody jakieś by się znalazły). Przez ten cały czas siedziało to w mojej głowie. Wróciłam do tego i jak już wcześniej napisałam, jakie znaczenie ma to czy chodzę z rozkrwawionymi wargami czy mam sznyty w mało widocznym miejscu? Żyletka to szybki i prosty sposób. Dzisiaj mija jakoś pół miesiąca bez niej w moim ręku. Nie wiążę z tym żadnych nadziei bo w tej chwili czuję się dobrze a za chwilę stanę się furiatką. W takim stanie nie istnieje nic takiego jak myślenie. Jest żyletka i niebyt, odjazd, faza, ból, na swój sposób rozkosznie przyjemny. Coś ostrego, zapalniczka, lód, paznokcie, zęby. Możliwości jest mnóstwo.
  7. Vett jak narkoman na głodzie, znam to uczucie i też mi się to przytrafiło... Buler329 czasem po prostu trudno nam jest zrozumieć coś na co patrzymy z boku, coś czego nie doświadczamy. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest dobre i mimo posiadania tej wiedzy często i tak nie jestem w stanie nad sobą zapanować. I tak, 'zajebanie w ścianę z całej siły kilka razy' to również jakieś rozwiązanie.
  8. Dla mnie cięcie się to sposób na zadanie sobie bólu, natychmiastowego. Rozładowania natłoku emocji - złości, żalu, smutku, rozpaczy a przede wszystkim w moim przypadku chęci ukarania siebie czy też samozniszczenia... Uwierz mi, w takiej chwili wzięcie do ręki książki lub taniec nie pomogą. Nie istnieje NIC czym mogłabym to zastąpić. Nic poza inną metodą ranienia się. Nie przyniesie mi ulgi wyżycie się na innych, jestem w stanie wyładować się tylko na sobie. Pragnienie skrzywdzenia się jest tutaj problemem, nie samo cięcie się. Po takich ostrych treningach trafiłam do szpitala więc w sumie jakie ma znaczenie to JAK się niszczę? Ale to dobrze, że zamiłowanie do czegoś, pasja są w stanie kogoś wybawić od hmm... autodestrukcyjnych działań :)
  9. Colorblind

    Jestem strachem.

    Stosunki z rodzicami? Ciężko powiedzieć. Z ojcem gdy nie przedobrzę i nie spędzę zbyt wiele czasu potrafią być nawet dobre a wyjeżdża na 2,3 tygodnie (taki system pracy). Z mamą bywa różnie. Ostatnio źle. Zwraca mi uwagę lub krytykuję a ja wybucham. Mam do nich żal. Do ojca za to co kiedyś wyprawiał, do mamy za to, że nie umiała mnie przed tym uchronić. W kłótniach im to wypominam, tym samym rozpętując piekło. Po takiej gehennie słyszę "sama go prowokujesz, wiesz jaki jest". Wiem jaki jest. Wiem też, kiedy wychodzę poza bezpieczną granicę a mimo to przekraczam ją, nie wiem czy nie z pełną premedytacją. Tak jakbym chciała się przekonać do jakiego stanu mogę go doprowadzić, jak bardzo jest wytrzymały, ile obelg i oskarżeń rzucanych w jego stronę zniesie. Mama najczęściej nawet nie wie kiedy mówi coś, co sprawia, że czuję się gorsza. O ile można się czuć bardziej złą. Może tak na prawdę ją też winię za to, że nie było jej przy mnie gdy tego potrzebowałam? W tej chwili nie potrafię jej do siebie dopuścić. Kiedyś była dla mnie... wszystkim. Matką, jakiej nie miał nikt. Z każdym, kto powiedział o niej coś złego, potrafiłam stoczyć wojnę. Nie liczyło się to, że narażałam się na krytykę ze strony reszty rodziny. Nienawidziłam ojca, matkę wielbiłam. Dzisiaj nie jestem w stanie dojść do tego jak jest.
  10. Witam. Nie wiem czy założyłam temat w dobrym dziale ale trudno mi było się zdefiniować. Od czego zacząć? Co najpierw opisać? W tamtym roku próbowałam się zabić. Niestety jestem zmuszona napisać " próbowałam" bo jak widać się nie udało.Dlaczego? Nie do końca wiem. Może przez poczucie własnej beznadziejności, ból, przeszłość do dzisiaj mnie prześladującą... Nałykałam się tabletek jak wariatka, którą, dochodzę do wniosku, że jestem. 3 dni ciągłego spania. Nieprzyjemny incydent po za życiu leku psychotropowego. Ból brzucha tak potężny, że dojście do toalety było męką. Bite 2 tygodnie rzygania. Kroplówki, płacz, niezdefiniowany strach i niepokój. Nie zgodziłam się na spotkanie z psychologiem. Na pytanie czy żałuję, że spróbowałam odpowiedziałabym, że nie bo jeśli nie zrobiłabym tego wtedy zrobiłabym dzisiaj. Wróciło. Właściwie nigdy nie odeszło. Żyję, na zmianę śmiejąc się i płacząc. Przy ludziach, w szkole, jestem raczej normalna. Często roześmiana. Z drugiej strony czasem bywa, że wszystko mnie drażni. Śmiech, szept, rozmowa i cała reszta. To dziwne uczucie. Dla innych cichy dźwięk, dla mnie rozsadzający czaszkę hałas. Agresja. Pełno jej we mnie. I łzy. Nie zawsze potrafię nad nimi zapanować. Ostatnio tak bardzo pragnęłam bólu, że pół godziny próbowałam rozebrać golarkę, żeby dostać się do żyletki. Ze skutkiem pozytywnym oczywiście. Nie na nadgarstkach, może rok temu ale nie dzisiaj. Dzisiejszych ran nikt nie dostrzeże. Myślę o tym. Coraz intensywniej. Zawsze bałam się śmierci przez powieszenie. Nie chcę powtórki z rozrywki, nie mam pewności, że zabiję się konkretną ilością tabletek. Utopienie wydaje się być nieco lepszym wyjściem z sytuacji (kiedyś już się prawie utopiłam, niby przez przypadek chociaż chyba już wtedy nie zależało mi na dalszej egzystencji). I tak właśnie większość rozmyślań sprowadza się do myślenia o śmierci. Analizowania. Planowania samobójstwa doskonałego. Wczoraj trzymając w ręku żyletkę patrzyłam na bardzo zresztą dobrze widoczne, żyły na nadgarstku. Wystarczyłoby je odpowiednio naciąć i po bólu. Przejechałam po nich. Co się mogło stać? Najwyżej za mocno bym nacisnęła. Igram sama ze sobą. Ostatnio siedziałam godzinę na dworze w krótkim rękawku. W głowie świtało mi tylko "istnieje szansa, że będziesz mocno chora. Kto wie, jak bardzo?". Od paru dni non stop szprycuję się lekami przeciwbólowymi - rozsadza mi głowę. Z jedzeniem też jest różnie. Rzygam, głoduję, miewam kompulsy, przeważnie łagodne. Totalna destrukcja. Ile jeszcze wytrzymam? Umrę naturalnie czy się zabiję? Przesadzę? Korci. Przemożnie. Jestem... rozdarta. Samobójstwo, życie czy mimowolna śmierć w skutek samozniszczalnych zachowań? Aktualnie nikt o tym nie wie. Nie umiem poprosić o pomoc tym bardziej, że nie wiem czy chcę ją otrzymać i czy jej potrzebuję. Nie jestem pewna nawet czy dobrze zrobiłam rejestrując się, pisząc tutaj to wszystko. Chociaż w zasadzie, nigdy nie byłam w miejscu w którym czułam, że powinnam być.
×