Witam,
Odświeżam stary wątek, ponieważ dotyczy mnie dokładnie problem zawarty w tytule
Od kilku tygodni obsesyjnie myślę o śmierci. Nie mam myśli samobójczych, wręcz przeciwnie - myślę o śmierci ze strachem, boję się jej i jestem stale przygnębiony. W pracy, w domu, przed snem i po wstaniu cały czas przytłacza mnie myśl, że prędzej czy później przestanę istnieć, i że rozstać się z życiem będzie równie trudno w wieku 80 lat, jak byłoby teraz. Od lat jestem niewierzący i chyba dotąd idea, że po śmierci nic nie ma nie była dla mnie przytłaczająca, albo po prostu jej nie przetrawiłem i dzieje się to dopiero teraz. Nie sądzę, aby był dla mnie możliwy powrót do wiary, mój rozum kłóci się z tą ideą, a jednocześnie nie może pogodzić się z myślą, że z chwilą śmierci przestajemy istnieć. Przez cały dzień dręczą mnie myśli typu: "po co robisz to, co robisz, za 100 lat nie będzie to miało żadnego znaczenia", "co z tego, że kochasz X, a ona Ciebie, i tak umrzesz". Wszystko to, co dotychczas sprawiało mi przyjemność lub dawało satysfakcję wydaje mi się jałowe. Boję się, że jeśli teraz, w wieku 25 lat takie myśli przytłaczają mnie w takim stopniu, to jako starzec będę jeszcze bardziej zgorzkniały, przez fakt, że zmarnowałem młodość na martwienie się śmiercią.
Czuję, że potrzebuję psychologa, ale na prywatnego nie mogę sobie pozwolić, a od swojej dziewczyny wiem, że tych z NFZ można sobie o kant d*** rozbić.
Czy ktoś ma podobny problem?