Witajcie Nerwuski :*
Rany, weszłam po dłuuuuuuuuuuuuuuuuuuugim czasie nieobecności, a tu widzę temat ciągle hot nie jest to pocieszające. Wiem, że jestem Wam winna pewną opowieść, którą marzyłam by przeczytać będąc wtedy na Waszym miejscu. I wtedy też ktoś taki się pojawił. Trafiłam na forum dawno temu. Jeszcze dawniej zaczęła się moja przygoda z nerwicą. Tytuł myśli jak w temacie. Serce mi się kraje, jak czytam Wasze emocje, BO JA PRZECHODZIŁAM PRZEZ TO SAMO!! Były fatalne chwile, kiedy myślałam, że się poddam, by skończyć to piekło. Byłam tak wycieńczona lękiem, myślami...zresztą znacie to z autopsji. A dziś? Dziś jestem szczęśliwą mężatką :) TEGO mężczyzny. Postanowiłam walczyć o nas, zacisnąć zęby, iść pod prąd. Było mi o tyle trudno, gdyż mój obecny mąż mimo, że wiedział, że dzieje się ze mną coś złego, nie znał konkretnej treści tych myśli. Nie chciałam go ranić, a może bałam się też, że wypowiedziane stanie się prawdą. Żałuję tylko, że straciłam tak dużo czasu na autodestrukcję, że nie poddałam się wcześniej leczeniu farmakologicznemu. Możecie poczytać moje posty, przeszłam roczną terapię, która pomagała doraźnie. W naszym przypadku-zok-u tylko i wyłącznie nurt behawioralno-poznawczy. Kuźwa pisze chaotycznie, ale mam Wam tyle do powiedzenia, że nie wiem od czego zacząć. Może od tego: NIE WOLNO WAM SIĘ PODDAĆ. NIE WOLNO!!! Te wszystkie myśli, że tego to bym kochała itp. BOŻE JAKIE TO CHOLERNIE MOJE!!! Jak dzisiaj jest u mnie? Oczywiście są myśli. Ale nie robią na mnie dużego wrażenia. Są gorsze dni, ale nie wygląda to tak jak dawniej. Czego jestem dzisiaj pewna? że to miłość mojego życia, dla której zrobiłam więcej niż mogłabym sobie wyobrazić...wygrałam walkę z najtrudniejszym przeciwnikiem. Samą sobą. Skutki tego całego gówna czuje do dziś. Nie umiem się już cieszyć życiem i być tak beztroską jak kiedyś, panikuję, gdy coś nie idzie po mojej myśli. Ale też dostałam ogromną lekcję pokory, nauczyłam się doceniać to co mam i patrzę szeroko na świat. To u siebie lubię, nauczyłam się dostrzegać to, na co nie miałam czasu wcześniej. Przede mną jeszcze terapia, na razie same leki, od roku. Mimo, że nie jest idealnie, to dziękuję mojej pani doktor, że przywróciła mi życie. Bo czuję, że żyję w porównaniu z tym co było. Jak sobie poradziłam? Wałkowałam temat 4 lata. dzień w dzień. Widze, że część z Was zaczyna przygodę z zok-iem. Zakończcie ją jak najszybciej. Nie czekajcie, aż samo przejdzie, bo możecie się nie doczekać. Najważniejsze: NIE WOLNO WAM WIERZYĆ W TO, CO PODSUWA MÓZG. Nie powiem nie wchodźcie w myśli, nie analizujcie, bo to dzieje się tak mechanicznie, że mam wrażenie, że po prostu nie da się tego uniknąć. Trzymać za Was kciuków nie muszę. Wiem, że kochacie. Uwierzcie mi, byłam na Waszym miejscu. Nie poddawajcie się!!Macie o co walczyć! A to jak Was wzmocni ta przygoda po wszystkim i jak utwierdzi w przekonaniu o uczuciu do partnera jest najpiękniejszą nagrodą. Zaciśnijcie zęby i brnijcie na przód. Nie dajcie się, nie pozwólcie się pokonać. Całuje Was, ściskam gorąco.