Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Inler

Użytkownik
  • Zawartość

    34
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Witajcie. Mam nietypowy problem. Moja dziewczyna, którą kocham bardzo ma kompleksy. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo i życie ma bezproblemowe, kochających rodziców, dobry dom. Sama jest piękna, bardzo atrakcyjna. Ale ona sama tego nie widzi. Nie akceptuje siebie i swojego wyglądu. Od kilku lat walczy z pryszczami. Brała poważne leki, przeszły jej, na chwilę, teraz znów wychodzą. Jest zdruzgotana. Chcę jej bardzo pomóc. Zastanawiam się jak. Czy przez porównania z innymi ludzmi, czy pisząc różne karteczki i jej wyklejając typu 'jestem piękna, akceptuję siebie' itp, czy mówiąc jej takie rzeczy? Wiele już się starałem, ale jeśli mi pisze, że zamiast mojego 'Kocham Cię i Twoje pryszcze' woli usłyszeć 'dobranoc' to jest źle. Wiecie może jak temu zaradzić? Jak wesprzeć ją? Chcę jej nauczyć samoakceptacji, wiary w siebie.
  2. Dziękuję. Heh, ale jakby to było takie proste na co dzień. Czuję się bardzo oderwany od ludzi. Jestem inny, zachowuję się inaczej, mam inne upodobania, gusta od rówieśników. Zawsze byłem uważany za osobę "dziwną", co chyba nie do końca znaczy chyba gorszy, zły i w ogóle be. Mam jeszcze jakieś skłonności do przesady, zamartwiania się. Pamiętam jak chodziłem 3 dni zaniepokojony, że jestem gejem (chociaż byłem non stop z dziewczyną swoją) bo złapałem się na tym, że patrzyłem na przechodzących ludzi i bardziej się skupiałem na mężczyznach... Takie myśli naprawdę robią wodę z mózgu i zniechęcają.
  3. Moje zachowanie.. fakt. Ja też dużo widzę, zauważam. Ale czasami jestem bezsilny, jak nagle zaczynam obawiać się, że mogę po prosu jej nie kochać, jak czuję gniew po jakimś normalnym zachowaniu. Staram się nad tym pracować. Są sytuacje, kiedy mój humor zmienia się o 180 stopni w ciągu kilku minut tak naprawdę, ciężko mi nad tym zapanować, dopada mnie jakiś dziwny marazm. No i do tego dorzuciłbym ciągłe analizowanie, wszystkiego, nie tylko miłość i własna dziewczyna, ale zachowania, słowa, gesty w zwykłej rozmowie z kumplem, rodzicem.. oj, to potrafi męczyć. Na zakończenie dodam tylko częste takie napady niepewności. A ja chciałbym pracować nad sobą, by walczyć o tę dziewczynę, bo przecież miłość to nie tylko pocałunki i czułe słowa, prawda? Dzisiaj na duchu, że wszystko się uda i zakończy bajkowo (żyli długo i szczęśliwie), podtrzymuje mnie
  4. Hmm.. ale ja wiem, że ja kocham te osobę, mimo, ze to ja jestem tym robiącym piekło. I zastanawiam się czy ten miesiąc może mnie zdystansować do tego wszystkiego, by stało się to spokojniejsze i prawdziwsze. Nie chcę stracić tak cudownej dziewczyny. Z resztą, nawet jak to się skończy to każdy kolejny związek będzie przechodził wedle takiego samego schematu... już umówiłem się na wizytę, tak.
  5. Chciałbym usłyszeć wasze zdanie, nie ukrywam, że może doznać jakiegoś pocieszenia. Otóż jestem rok z dziewczyną. Było dużo sygnałów, że ze mną coś jest nie tak. To wielka zazdrość, to robienie problemów o głupoty, to straszne wahania nastrojów, to głupie myśli, to obawianie się, że mogę jej nie kochać... Mamy 1,5 miesiąca do matury. Chodzimy razem do klasy. Przechodzimy cięzkie chwile, głównie w szkole, bo jesteśmy skazani na siebie, chcąc nie chcąc. Ja bardzo lubię spędzać z nią czas, chciałbym jak najwięcej, ona odwrotnie. Wiele razy kończyliśmy to, ale jednak.. jednak ciągniemy dalej, coraz to nowe obietnice, ustalenia. Ale przekrocyzłem granicę. Niby staram się, chcę by było mnie mniej i jest. Ale za to ją zaczęło to bardziej drażnić. Ustaliliśmy, że przez miesiąc odrywamy się od siebie. Nie ma pisania, rozmów, przerw i tak dalej. I tu dostrzegam jej wielką mądrość. Bo ona nie chce zacząć mnie nie cierpieć, nienawidzić. Czuje się osaczana. Chce znów zatęsknić, móc marzyć o mnie. I wiem, ze ona mnie kocha, że mimo tego zła, które jej wyrządzam, ona mnie kocha miłością baardzo wielką. A ja? A ja boję się, ze jestem uzależniony od niej. Nawet od kłótni, byle by być przy niej. Myślicie, że ten miesiąc rozłąki (bo nie powiem, że ja go też nie chcę) może mnie jakoś zdystansować do tego, odpowiedzieć na jakieś pytania związane z uczuciem? Może być tak, że po tym powrocie za jakiś czas zacznę ją kochać normalnie? Dawać swobodę, mieć spokój od złych myśli, przerodzić toksyczną miłość w fajne, pewne uczucie?
  6. Przeczytałem ten post wyżej i jestem zdumiony, że ktoś ma bardzo podobną sytuację do mojej, o której zresztą gdzieś tam pisałem. Dalej tworzę związek z tą samą dziewczyną, będzie już prawię rok. Jest mi ciężko, bardzo cięzko przez te myśli. Czasami jest to niechęć do niej, czasami jakieś głupie gadanie, że chodzi mi tylko o seks, czasami jest to nawet obrażanie jej w myślach, przez skojarzenia. Niekontrolowanie siebie. Jest to bardzo uciążliwe. Doszło do tego to, że nie możemy się rozstać. Ona mnie strasznie kocha, ja.. ja też ją kocham. Ale czasami wątpię w to. Staram się, oboje się staramy, chociaż różnimy się, nasze charaktery, częste kłótnie, problemy, ale udaje nam się wychodzić z tego cało. Boję się, że targam jakiś bagaż przeszłości, zauważam bardzo wiele wspólnych cech mojego taty w sobie. Sposób traktowania, odzywania się. Bardzo mnie to irytuje, bo nie są to pozytywne jakieś rzeczy. Zaczynam się obawiać, ze tak już będzie zawsze. Każda moja relacja z kobietą będzie wyglądała w taki maniakalny sposób. A ja chciałbym tylko spokoju i pewności. Mam takie sytuacje, że spojrzę się na inną dziewczynę, albo czuję, że chcę podejść i pogadać do jakiejś nieznajomem dziewczyny. I wtedy mogę analizować to przez pół dnia, co oczywiście psuje mi humor, sappomoczucie i tak dalej. To są absurdalne rzeczy, w które człowiek wierzy, którymi się kieruje. Czasami dochodzę do wniosku, że to nie ma sensu, że to jest zbyt ciężkie. Wiele razy w ciągu dnia słyszę głosy żeby to skonczyć, rozstać się. Cześto też czuję jakiś gniew w sobie, jakąś zazdrość. Mimo, że po czasie widzę absurd tej sytuacji i mojego zachowania, to tak mam. Jedno jakieś słowo, jedno, że idzie z koleżankami, a ja czuję zazdrość, mimo,ze jest to normalne! trochę to opanowałem, kontroluję. Staram się po prostu nie zwracać na takie moje stany uwagi i dalej spędzamy czas, jesteśmy dla siebie bliscy. Tylko boję się, że coś we mnie umiera... Szczególnie jak porównam to do czasu przeszłego, kiedy wszystko było takie łatwe, czułem piękno tego uczucia, czułem zbawienny wpływ , każdy gest, uśmiech dawał mi radość. A teraz to jest normalne, a ta normalność każe mi sądzić, że to minęło i już nie powróci. Byłem na jednej wizycie, opłacanej przez nfz. Ale wtedy objawy te były inne, mniejsze, głupsze. Nie wiem co zrobić, zauważam w sobie dużo jakiś niepokojących, podchodzących pod borderline. I myślę, czemu tak wszystko muszę analizować, czemu inni mogą trwać w miłości, kochać, a ja sam sobie zaprzątam to życie? Psycholog stwierdził, że mam zaburzenia adaptacyjne... Nie wiem co z tym dalej zrobić. Chciałbym po prostu być normalny...
  7. Witajcie. Od jakiegoś czasu trapi mnie pewien problem. Mianowicie na początku miałem głupie skojarzenia. Ktoś mówił jakieś złe słowo, przekleństwo, a ja to kojarzyłem w głowie z własną dziewczyną... tak po prostu. Teraz, jak o niej pomyślę to zdarza mi się wyzywać ją niekontrolowanie w głowie. Strasznie jest to obrzydliwe i jestem bezsilny. Teraz zwracam na to aż taką uwagę, że jak ktoś coś powie to sam się jakoś sprawdzam czy pomyślałem tak czy nie.. Moglibyście mi jakoś doradzić albo pomóc?
  8. Tego nie jestem w stanie jednoznacznie potwierdzić. Bo wiem, że po 4-5 miesiącach bycia z nią było okay, naprawdę byłem szczęśliwy. Potem nagle obudziłem się z myślą, wątpliwością w głowie. I zacząłem to roztrząsać. Teraz jest to ze mną cały czas. Co chwile siebie pytam czy to co robię, mówię jest prawdziwe, pytam się czy to jest to, do czego dążę, zawsze chciałem dążyć. I przez takie pytania zacząłem wątpić. A jako, że cenię sobie prawdę, szczerość, to nie mogę przed nią tego wszystkiego ukrywać.
  9. Nie zadręczam się rozmyślaniami o przeszłości. To wszystko to jest moja codzienność. Dziewczyna ta ciągle jest obecna przy mnie. Nie odeszła. Ona mnie Kocha.. ja... ja ją też. Ale nie mam tej pewności. Mogę tak powiedzieć, tak pomyśleć. Zwykle same fakty o tym świadczą, staram się być, pomagać, troszczyć się. Wydaje mi się, że gdzieś tam we mnie jest taka mała bariera, która przeszkadza mi być w pełni szczęśliwym. Że jak jest pięknie, cudownie, to zawsze czuję coś, gdzieś tam, co przeczy temu. Ona potrzebuje pewności, bezpieczeństwa, ustatkowania. A ja z moimi myślami, analizowaniem i wahaniami nie jestem w stanie tego zagwarantować.. ale nie chcę i nie mogę jej stracić. Wydaje mi się, że tylko czas może tutaj coś zaradzić. Może muszę w pełni dojrzeć do poważnego związku. Chociaż od zawsze o takim marzyłem, teraz taki przyszedł, ale po 5 miesiącach coś jakby przygasło, zaczęły się głupie, niczym nie wywołane myśli, analizowanie, pogarszanie humoru, wątpliwości..
  10. Byłem na pierwszym spotkaniu u psychologa, ale potem wycofali dotacje z NFZu i teraz już mi szkoda pieniążków na to. Ale po tej jednej wizycie powiedział mi, że raczej u 18nasto latka trudno stwierdzić zaburzenia osobowości i określił to tylko problemami adaptacyjnymi. Od wizyty minął miesiąc. Pojawiły się u mnie znów, jakieś niefajne rzeczy. Prócz ciągłych analiz swoich myśli, teraz mam jakieś głupie skojarzenia. Co usłyszę jakieś złe słowo, to zaraz je kojarzę ze swoją dziewczyną. Znów mam silne wahania. Raz potrafię co sekundę ją całować i mówić, że kocham, a następnego dnia siedzę i zastanawiam się nad tym. Zastanawiam się czemu od dawna o niej nie śniłem, a jak wcześniej śniłem to tylko były to sceny erotyczne. Patrzę na jej piękne zdjęcie, które kiedyś uważałem za najpiękniejsze, teraz mi się takie nie wydaje. Ostatnio stałem się tak jakby roślinką. Dużo śpię, nie tryskam energią, humorem. Nie mam własnego zdania, to, co mi podadzą to toleruję. Czuję, że tracę siebie. Już dawno temu przestałem biegać, interesować się, teraz czuję, że tracę kolejne ważne rzeczy, pasje. Znaczy, że mniej mnie to interesuje. Nie wiem. A nasz związek jest coraz lepszy. Oboje staramy się by było fajnie, normlanie, pracujemy. Ale ja znów mam głupie myśli, wątpliwości.. Wydaje mi się, że to, czy się kocha to tylko kwestia tego, co w głowie. Wszędzie szukam jakiś wyższych oznak tego uczucia. Kochać, to znaczy myśleć, że się kocha, nie dopuszczać innych myśli? Czy ta pewność pochodzi skądinąd? Pomóżcie ...
  11. Byłem na pierwszym spotkaniu u psychologa, ale potem wycofali dotacje z NFZu i teraz już mi szkoda pieniążków na to. Ale po tej jednej wizycie powiedział mi, że raczej u 18nasto latka trudno stwierdzić zaburzenia osobowości i określił to tylko problemami adaptacyjnymi. Od wizyty minął miesiąc. Pojawiły się u mnie znów, jakieś niefajne rzeczy. Prócz ciągłych analiz swoich myśli, teraz mam jakieś głupie skojarzenia. Co usłyszę jakieś złe słowo, to zaraz je kojarzę ze swoją dziewczyną. Znów mam silne wahania. Raz potrafię co sekundę ją całować i mówić, że kocham, a następnego dnia siedzę i zastanawiam się nad tym. Zastanawiam się czemu od dawna o niej nie śniłem, a jak wcześniej śniłem to tylko były to sceny erotyczne. Patrzę na jej piękne zdjęcie, które kiedyś uważałem za najpiękniejsze, teraz mi się takie nie wydaje. Ostatnio stałem się tak jakby roślinką. Dużo śpię, nie tryskam energią, humorem. Nie mam własnego zdania, to, co mi podadzą to toleruję. Czuję, że tracę siebie. Już dawno temu przestałem biegać, interesować się, teraz czuję, że tracę kolejne ważne rzeczy, pasje. Znaczy, że mniej mnie to interesuje. Nie wiem. A nasz związek jest coraz lepszy. Oboje staramy się by było fajnie, normlanie, pracujemy. Ale ja znów mam głupie myśli, wątpliwości.. Wydaje mi się, że to, czy się kocha to tylko kwestia tego, co w głowie. Wszędzie szukam jakiś wyższych uczuć, mrowienia, motyli. Kochać, to znaczy myśleć, że się kocha, nie dopuszczać innych myśli? Czy ta pewność pochodzi skądinąd? Pomóżcie ...
  12. Ja z kolei jestem bardzo dziwny. Dość dużo myślę i analizuję. Przez to nie wiem co jest rzeczywistością. Przez dwa dni, moja dziewczyna była dla mnie jakby nową osobą, jakbym ją widział po raz pierwszy, a nie od pół roku żył obok. A w jednej chwili potrafię pójść i zrobić jej ulubione naleśniki i przynieść do szkoły, czerpać szczęście ze spędzania czasu z nią. Też macie podobnie? Tak chciałbym po prostu czuć zamiast myśleć!
  13. Wydaje mi się, że właśnie sęk w tym wszystkim polega na tym, że tyle myślę i analizuję. Wszystko chcę interpretować, chcę się przypisywać do jakiś definicji, sztywnych schematów. Czytam, wertuję i szukam w internecie ' co to znaczy kochać?' itp. itd. i próbuję odnieść wszystkie "objawy" do siebie. Chociaż wiem, że nic takiego nie istnieje jak definicja miłości... Dzisiaj już myślałem, że nie dam rady, że powiem jej wszystko i rozstaniemy się. Zacząłem pisać, sam sobie o tym co chciałbym jej powiedzieć (pierwotny pomysł był taki, by to jej wysłać) i mi przeszło. Humor się poprawił, rozmawiałem normalnie. I nie wiem o co chodzi, czy dostałem jakiegoś napadu nerwicy czy co. Ale chyba zacznę częściej pisać takie rzeczy, skoro pomogło teraz, może i ulży mi ponownie.
  14. Mam straszne zmiany nastrojów, nie wiem czy nie obojętnieję w tym wszystkim, czy to tylko chodzi o mój humor. I jak zwykle muszę tak myśleć o tym.. i chcę na wszystko odpowiedzi. Chociaż pokusiłem się na zrobienie prezentu. Na kartce zakodowałem zaproszenie na obiad (oczywiście własnoręcznie zrobiony przeze mnie) i wysłałem do niej pocztą. A kod polegał na takim działaniu pisania smsów, że same cyferki są na kartce i pod nimi ukryta wiadomość. A na obiad ukochane naleśniki z bananami w czekoladzie. Chyba nie obojętnieję...
  15. Podam przykład z dzisiaj. Jest wszystko w porządku, naprawdę śmiejemy się, cudowne humory. I ja w jednej chwili tracę uśmiech, jakoś mi tak nijako. Nie potrafię określić tego, bo ani te myśli, ani złość na nią, po prostu tak bez żadnej przyczyny tracę humor. A pojechałem z nią po szkole do jej koleżanki, byle tylko posiedzieć w samochodzie z nią, pobyć obok, mimo, że potem musiałem wrócić w to samo miejsce, ale to nic. Oczywiście nie żałowałem, że pojechałem tam z nią dla tych kilku chwil, ale humoru nie miałem. Jednak jak już się żegnaliśmy to nagle dostałem przypływu tak pozytywnych myśli, uczuć w stosunku do niej, że sam się zdziwiłem. To nie jest normalne, nie wiem dlaczego tak mam, ale jest to dla mnie dziwne. Powoli widzę, że nasz związek (głównie ja) ewoluuje. W sensie, że nie gniewam się na nią jak gdzieś chce iść, pójść, jak nie możemy się spotkać ( a kiedyś miałem straszny żal, zazdrość i takie tam) . Ale nie wiem czy to jest powodowane moją zmianą (bardzo chciałem zmienić to wszystko, by było takie normalne i piękne = dłużej się utrzymało) czy po prostu jakimś zobojętnieniem przez te myśli. Rozmawiałem z nią, to mówi, że czuje się bezpieczna, czuje się kochana będąc ze mną. Niczego by nie zmieniła i niczego nie żałuje, jest też spełniona.
×