nie wiem, czy dobrze odbieram Twój post, czy to jest właśnie to uczucie, ale chyba wiem, co masz na myśli. przynajmniej jeśli chodzi o pierwsze zdania.
pragnienie "zespolenia się z drugim człowiekiem, zlanie w jedno, potrzeba podarowania komuś maksymalnej ilości tego, a tamtego". to taka uciążliwa dla mnie ostatnio myśl, że ja już nic nie chcę, nic dla siebie, nie chcę nikogo krzywdzić ani być krzywdzoną. dość ucieczek, może spróbuję znów, może tym razem, może jednak... mam w sobie tyle cierpliwości, tyle chęci wysłuchania kogoś, bycia przy kimś, tolerowania największych wad... mam w sobie siłę na to wszystko dla kogoś, czego sama potrzebuję. ale nie chcę już tego dla siebie. bywali gdzieś ludzie, którzy próbowali do mnie dotrzeć, mieli cierpliwość, czas, chęci, ale już ich nie ma... wiadomo, z czyjej winy. wiadomo, kto od nich uciekł. dziś tylko dochodzą mnie słuchy, jak dobrze ułożyli sobie dziś życie beze mnie. z jednej strony czuję spokój, szczęście, radość z powodu ich radości, bo to byli dobrzy ludzie, a z drugiej... są momenty, w których dałabym wszystko, by choć na chwilę cofnąć się w czasie i pozwolić mocno przytulić się tym, którym nie pozwoliłam się oswoić.
może receptą jest to, by zapomnieć o sobie, za to znaleźć kogoś równie beznadziejnego, trudnego, przestraszonego... i jeśli wygra się z jego demonami, to może tym sposobem...
a jeśli nie wyjdzie, to przynajmniej będzie się miało dobrą lekcję, jak to jest "z drugiej strony". jeśli już mnie krzywdzić, to moją własną bronią. karma w końcu podobno wraca.