Skocz do zawartości
Nerwica.com

mimikra

Użytkownik
  • Postów

    8
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez mimikra

  1. Z tym nigdy nie wolno się godzić. Czy to border, czy ktokolwiek z jakąkolwiek "plakietką". To już wtedy nie border, ale nieuczciwy partner. A w zasadzie już nie partner...
  2. Z tym "wszystko" miałam na myśli bardziej to, że nigdy ta osoba, z którą border jest w związku, nie jest tym przysłowiowym "wszystkim", całym światem, tlenem, czy jak to tam się określa... Ktoś może kochać bordera w ten na-zawsze, na-pewno i za-wszystko sposób, a border zawsze stoi w pobliżu jakiejś furtki, w którą można się bezpiecznie oddalić. Albo, jak piszesz, krawędzi, w którą może skoczyć. Oczywiście jednocześnie wciąż na tyle blisko partnera, by widział i furtkę, i krawędź.
  3. Widzisz, Salwas, z mojego punktu widzenia to nie kwestia tego, że odrzucamy kogoś, kto chce nam pomóc. Chodzi o to, kim w istocie jest jest dla nas ta osoba, że w końcu ją odrzucamy. Chodzi o to, kogo do siebie "dopuszczamy"... jeśli to już się jakimś wyjątkowo trafnym zbiegiem okoliczności uda. Bo, jeśli już dopuszczamy, to raczej kogoś, kogo da się trzymać na odpowiedni dystans. Kogoś dobrego, ale nie idealnego. Bo gdyby odszedł TEN idealny... Kogoś, komu nie wręczamy do ręki noża, którym mógłby w nas pogrzebać. Zatem jest to ktoś, kto nie ma mocy, by nas skrzywdzić - ale i tym samym nie ma mocy, by nas naprawić. Taka jest cena dystansu. Związek z borderem to chyba związek z kimś, kto dla poczucia własnego bezpieczeństwa musi mieć dwa warunki - wiedzieć, że jeśli już ktoś odejdzie, to on sam. I że jeśli ktoś poniesie większą stratę w razie rozstania, to na pewno nie on. Nie border. Border nie gra o wszystko i wie, że odejdzie pierwszy. Czasem się tylko zastanawiam, czy taka miłość na dystans w ogóle jest miłością.
  4. nie wiem, czy dobrze odbieram Twój post, czy to jest właśnie to uczucie, ale chyba wiem, co masz na myśli. przynajmniej jeśli chodzi o pierwsze zdania. pragnienie "zespolenia się z drugim człowiekiem, zlanie w jedno, potrzeba podarowania komuś maksymalnej ilości tego, a tamtego". to taka uciążliwa dla mnie ostatnio myśl, że ja już nic nie chcę, nic dla siebie, nie chcę nikogo krzywdzić ani być krzywdzoną. dość ucieczek, może spróbuję znów, może tym razem, może jednak... mam w sobie tyle cierpliwości, tyle chęci wysłuchania kogoś, bycia przy kimś, tolerowania największych wad... mam w sobie siłę na to wszystko dla kogoś, czego sama potrzebuję. ale nie chcę już tego dla siebie. bywali gdzieś ludzie, którzy próbowali do mnie dotrzeć, mieli cierpliwość, czas, chęci, ale już ich nie ma... wiadomo, z czyjej winy. wiadomo, kto od nich uciekł. dziś tylko dochodzą mnie słuchy, jak dobrze ułożyli sobie dziś życie beze mnie. z jednej strony czuję spokój, szczęście, radość z powodu ich radości, bo to byli dobrzy ludzie, a z drugiej... są momenty, w których dałabym wszystko, by choć na chwilę cofnąć się w czasie i pozwolić mocno przytulić się tym, którym nie pozwoliłam się oswoić. może receptą jest to, by zapomnieć o sobie, za to znaleźć kogoś równie beznadziejnego, trudnego, przestraszonego... i jeśli wygra się z jego demonami, to może tym sposobem... a jeśli nie wyjdzie, to przynajmniej będzie się miało dobrą lekcję, jak to jest "z drugiej strony". jeśli już mnie krzywdzić, to moją własną bronią. karma w końcu podobno wraca.
×