Apropos minimalizmu, chodzi o to że życie poza miastem, jest bardzo tanie jesli odpowiednio to zaplanować. Nie ma czynszów, bo to własna ziemia poza jakąś roczną opłatą rzędu kilku stów, woda ze studni, można mieć kilka kur, wspomniany przydomowy ogródek, założyć fotowoltanikę, jeśli chodzi o ogrzewanie to pomijając fakt, ze zimy są coraz lżejsze, w moim przypadku jest jeszcze sad, więc można palić w kominku drewnem przez wiele lat + ściana kaflowa. Dochodzą oczywiście pewne obowiązki, ale wydaje mi się to o niebo lepsze niż motanie się na etacie, co niestety od lat odtwarzam w różnych miejscach, niepewność, wizja ciągłego dokształcania się, aby nadgonić za zmieniającym się z roku na rok rynkiem, automatyzacją i ogólnym szaleństwem cywilizacyjnym. Po prostu każdy ma najpewniej inne okoliczności życiowe, zawodowe, plany na dalsze życie/doświadczenia etc. i patrzy - co jest oczywiste inną optyką na taką ideę. Dodam jeszcze, bo wydaje mi się to sensowne w konfiguracji takiego przeniesienia się na stałe za miasto, aby mieć przynajmniej kilkaset tysięcy złotych w oszczędnościach, aby ze spokojem ducha uniezależnić sie od systemu i olać ten nowoczesny kierat. Dziękuję za odpowiedzi.