Witam wszystkich.
Pragnę od razu przejść do sedna. Cierpię na zaburzenia lękowe od x lat. Natrętne myśli to moje najwierniejsze przyjaciółki – zawsze przy mnie, nigdy mnie nie opuszczają. Jednakże, od kilku dni zaczęłam się ponadprzeciętnie zapętlać. Moje myśli skupiły się wokół tematu choroby psychicznej – aha, znamy to, nic nowego – ALE, problem polega na tym, że zaczęłam bardzo intensywnie poszukiwać u siebie dowodów na to, iż zaczynam wierzyć, że jestem poważnie chora psychicznie. Innymi słowy, zastanawiam się – wierzę w to, czego się boję czy nie? „Hmmm… może jednak wierzę, chyba tak!” i wtem przypływ lęku, no bo przecież zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli uwierzę, że obawy/fantazje/wyobrażnia, która wywołują u mnie lęk są prawdą…. to przepadłam. Podważanie diagnozy i stawianie wiecznego „a może jednak to cos innego…” jest raczej dość typowe przy zaburzeniach lękowych/nerwicy, jednakże – czy aż do tego stopnia?
Doszło już do tego, że chwilami naprawdę czuję, że tracę rozum. Bardzo trudno zachować mi zdrowy rozsądek i bardzo boję się, że któregoś dnia wstanę rano z przeświadczeniem, że TO co mnie przeraża, nie jest irracjonalne, tylko jak najbardziej prawdziwe. Czasem miewam wręcz przebłyski tak jakbym niemalże wierzyła już w te wszystkie absurdy…
Ciekawe jest również to, iż boję się tego, że uwierzę, że zwariowałam… piramida absurdu, dobrze o tym wiem….
Trochę to wszystko uprościłam (najbardziej jak się dało), bo opisanie całości na pewno nie ułatwiłoby przebrnięcia przez ten (i tak już długi i zawiły) post.
A teraz pytanie: czy tego typu obawy to wciąż nerwica? A może skoro momentami sama już nie wiem czy wierzę sobie, czy swoim lękom… to może oznaka tego, że jestem chora psychicznie? Ale z drugiej strony – wciąż tę to rozważam i kwestionują, nie przyjmuję za absolut prawdziwości moich obaw… może jeszcze nie odleciałam kompletnie? )
Czy ktoś zechce skomentować i wyrazić swoje zdanie? Serdecznie dziękuję :)