Skocz do zawartości
Nerwica.com

Lęk przed umysłem

Znaleziono 1 wynik

  1. Cześć Długo zastanawiałam się czy tu napisać, jednak to co się ostatnio ze mną dzieje nie pozostawia mi wyboru, nie umiem sobie z tym poradzić, nie wiem co mi jest do końca. Może ktoś miał podobnie i podsunie jakieś rady? Bardzo o to proszę, potrzebuję wsparcia. Zacznę od początku. Mam 20 lat, czuję się na ogół bardzo szczęśliwa- mam cudownego chłopaka, doskonały kontakt z rodzicami, otaczam się cudownymi ludźmi, osiągam dobre wyniki w nauce i dążę do wyznaczonych przez siebie celów. Jednak nie zawsze tak było i mam wrażenie, że przeszłość się za mną toczy. Co w niej było? W wieku 4 lat moi rodzice się rozwiedli, często jako małe dziecko musiałam między nimi wybierać. Chciałam mieszkać z ojcem, jednak sąd postanowił, że zamieszkam z mamą. Relacje rodziców bardzo się na mnie odbiły, byłam manipulowana przez rodzinę. Jeszcze mój tata jest alkoholikiem i jako bardzo małe dziecko widziałam różne rzeczy, których taka młoda osoba nie powinna wiedzieć. Głównie chodzi o przemoc w rodzinie. ja sama jej nie doświadczyłam, ale widziałam awantury ojca z np. dziadkiem, macochą. Jak już pisałam, mieszkałam z mamą. Ona cały czas była poza domem, więc swój wolny czas spędzałam w samotności w domu, musiałam szybko dorosnąć. Miałam mało przyjaciół, byłam wyśmiewana w szkole przez mój kolor włosów (rudy) i upokarzana. Byłam bardzo nieśmiałym i niepewnym siebie dzieckiem. Jak miałam 12 lat, moja mama znalazła sobie nowego faceta. Ten nowy facet miał takiego znajomego, starszego idę mnie o 31 lat, w którym się zasłużyłam. Tak, w tak młodym wieku zadłużyłam się w starszym o siebie mężczyźnie, który był żonaty. On o tym nie wiedział oczywiście, ale stał się sensem mojego życia. Widziałam różne rzeczy związane z nim, np. widziałam jego seks z kochanką. Po dwóch latach od kad go poznałam popełnił on samobójstwo, co mnie zniszczyło. Gdyby nie moja mama nie było by mnie już na tym świecie. Kiedy doszłam do siebie, zaczęłam na siłę szukać chłopaka, byłam wtedy w gimnazjum. Spodobał mi się taki chłopak, ale dał mi kosza, po czym pocielam się. Później znalazł się inny chłopak, który po prostu się mną zabawił. Po tej sytuacji (miałam 16 lat) postanowiłam sobie, że koniec z wrażliwością i stałam się twarda jak skała, bardzo chłodna dla innych, ale znowu poznałam chłopaka. Jestem z nim już 4 lata i jest cudownie, moje życie jest już takie jakie chciałam żeby było, stałam się przez ten czas wrażliwa i otwarta na ludzi. Ale co się dzieje u mnie w głowie? Czuję lek przed własnym umysłem. Stan derealizacji to dla mnie norma. Jestem hipochondryczką, bardzo interesuje mnie moje ciało i dziwi mnie w nim wszystko- to, że potrafię myśleć, to, że umiem kontrolować swoje ruchy. Dziwi mnie ból fizyczny, bardzo boję się pisku w moich uszach, odczuwam lęk bez powodu. Rozglądam się często po otoczeniu, dziwiąc się, że żyje w takim świecie. Mam stwierdzoną nerwicę przez psychiatrę. Brałam antydepresanty przez miesiąc (escitalopram), ale odstawiłam je sama, bo czułam, że jeszcze bardziej ryją mi psychikę. Od tamtej pory boję się wszystkich leków, nawet witamin. Po jedzeniu nawet analizuje swoje wszystkie uczucia jakie mi towarzyszą przy trawieniu, nie umiem tego opisać. Ale jak się najem, czuję się bardzo źle psychicznie, kontroluje odruchy swego ciała i czasem mam ochotę zwymiotować przez to. To nie bulimia, bo wiem, że jestem szczupła. Wolę czuć głód (wtedy jakoś mi lepiej na psychice) niż być najedzona, wtedy czuję się strasznie. Boję się swojego ciała i psychiki. Jestem wierząca i często sobie powtarzam w myślach "Bóg jest ze mną" co mnie trochę podnosi na duchu. Mam także nerwicę natręctw, natrętnie dodaje wszystko co się da, np. wyświetlenia na YouTube, rejestracje samochodów, daty, itd. Jak pomyśle sobie o jakiejś części ciała to ją odczuwam bardziej (wiem, to jest normalne, ale dla mnie to przerażające) i czuję przymus, by ją np. dotknąć. Co do tego dodawania, jak już dodam i wychodzi mi liczba np. 27 to dodaje do siebie 2+7 co daje 9 i powtarzam sobie przez jakieś pięć minut w myślach "dwa plus siedem to jest dziewięć". Nie lubię być sama. Odczuwam lęk także przed samotnością. To o czym piszę pojawia się nagle, nie trwa cały czas, ale jak już się pojawi to jest strasznie, odczuwam także jakieś zaburzenia widzenia w tej "fazie". Wmawiam sobie różne dziwne rzeczy, np. że wszyscy ludzie, których znam nie istnieją, że istnieją tylko w moim świecie, w moim umyśle. Często czuję się jak po jakichś narkotykach i mam myśli samobójcze, mimo bycia szczęśliwa. Alkohol mi "pomaga" na to wszystko, ale wiem, że nie powinnam go nadużywać i leczyć się nim, więc staram się pić jak najrzadziej, a jak już pije to tylko do tego stanu, aby poczuć się zrelaksowana. Bardzo chcę iść do psychologa, ale nie stać mnie na psychoterapię, dopiero w lipcu będę mogła pójść, jak pójdę do pracy. Wiem, że jest jeszcze opcja na NFZ, ale żeby się zapisać trzeba zadzwonić, a rozmowa przez telefon jest moją fobią i nie umiem się przełamać. Prywatnie zapisywałam się do psychiatry przez stronę internetową i było łatwiej. Panicznie boję się tego, że zachoruje na schizofrenie, dzisiaj słyszałam jakiś głos w mojej głowie i boję się, że to początki tej choroby. Nie wiem co robić, myślicie że będę musiała brać leki? Bardzo się tego obawiam. Mam nadzieję, że sama psychoterapia mi wystarczy, ale ciężko mi uwierzyć, że moje myślenie mogłoby się dzięki niej zmienić. Macie jakieś rady jak radzić sobie w tej "fazie"? Bardzo proszę o pomoc i dziękuję z góry!
×