Hej, piszę tu bo ostatnio mam rezygnacyjne myśli, najebalem trochę syfu sobie w życiu. Zaczęło się od uzależnienia od leków opioidowych, rozpad miałzentwa z którego mamy wspaniałą corke. Ja jestem już po ośrodku ale nie do końca układa się tak jak mogłoby (choć w kilkudziesięciu procentach). Kolejny związek się nie udał, kolejny też nie, z partnerkami w których gustuje a które gustują we mnie tworzymy coś na zasadzie „używania się” i związki kończą się klęską. Po drodze zdiagnozowali mi ADHD, objawia się to u mnie kompletnym nie ogarnianiem życia (no może minimum) ale reszta, szacowanie, kierowanie się logiką, a nie emocjami i impulsem. W domu rodzinnym przyzwyczajono mnie do życia na pewnym poziomie, ale kompletnie nie wyniosłem zaradności życiowej. Czuję jakbym „nie umiał w życie” Dziś jestem w Niemczech gdzie pracuje za grosze, Czuję jakbym bym tu uwięziony. Tęsknię za Polską. Długi w chwilówkach na około -60 tys. Spać przez to nie mogę i mam w sobie mnóstwo strachu. I czuję się samotny. Mam ogarnięte w teorii jak z tego wyjść ale ja totalnie nie mam siły żeby zacząć to ogarniać. Te długi Taka niemoc. Mam wsparcie w byłej dziewczynie, mama naszej córeczki. Codziennie dzwoni albo ja. Chyba się przyjaźnimy. To jest miłość mojego życia. Więc nie wiem czy nazwać to przyjaźnią. Na koniec proszę o uwagi co mogę zmienić żeby w swoim pisanym tekście być bardziej zrozumianym Pozdrawiam