Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Obrazekwramce

Użytkownik
  • Zawartość

    17
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Nie wiem... Ponieważ nie mam w sumie z kim porozmawiać o tym, tak po prostu rzucę, bo siłą rzeczy myślę o tym mocniej niż zwykle... Coraz bliższa jestem opinii, że dla mnie nie ma ratunku i samobójstwo to jedyne wyjście. Kiedyś strasznie się tego bałam, a teraz ten strach jest coraz mniejszy. Może tak ma być właśnie? Może to jest moment do którego dane mi było dojść i już, koniec. Może tak było mi gdzieś zapisane, że mam mieć takie życie i skończyć je tak młodo? W sumie nawet nie szkoda mi tego życia, i tak jest beznadziejne i nic z tego nie mam. Chyba wcześniej bałam się samobójstwa, bo miałam jeszcze nadzieję, że moje życie się odmieni. Teraz, gdy już widzę, że nie, przestałam się bać. Sądzę, że tak to działa, choć mogę się mylić. Zastanawiam się, dlaczego z myślami samobójczymi ludzie chcą walczyć. Może powinno im się poddawać? Ostatecznie śmierć oznacza koniec cierpienia, a jeśli ktoś jest wierzący (ja nie jestem), to śmierć jest wgl dobra. Tak chciałam napisać swoje rozważania, bo nie mam komu. Raz jeszcze dziękuję za wszystkie odpowiedzi i poświęcony czas. Nie widzę tu opcji zamykania tematu, więc po prostu niech wisi, może kiedyś komukolwiek się do czegoś przyda.
  2. Ok, rozumiem. Wobec tego zastanowię się nad terapią, bo nie sądzę, żebym potrafiła się przełamać, żeby mówić o tym f2f. W każdym bądź razie dziękuję wszystkim za udział w tym temacie.
  3. Dlaczego tak uważasz? Pytam poważnie, bo nie miałam nigdy z tym tematem do czynienia, a sama sobie z tym nie poradzę, skoro nie pogodziłam się sama z tym wszystkim przez tyle lat. Łatwiej byłoby mi jednak bez kontaktu takiego bezpośredniego. Dlaczego to nie wchodzi w grę?
  4. A czy uważacie, że terapia, leczenie przez Internet, maile ma sens? Gdzieś mi mignęło takie hasło, ale nie wiem, czy to jest ok. W sensie, mnie by to nie przeszkadzało, o ile po drugiej stronie siedziałby specjalista, a nie Pani Krysia dorabiająca sobie do emerytury polonistycznej... A tutaj ta weryfikacja może być utrudniona. Trochę łatwiej byłoby mi o tym pisać niż mówić, no i zdecydowanie odszedłby stres, że ktoś się na mnie patrzy i ocenia mój wygląd.
  5. Dlatego pytam, jak to wygląda, żeby też wiedzieć, na co się przygotować. No i też nie wiem, gdzie w końcu iść. Bo jak mniemam, psychiatra to nie psychoterapeuta. I czy wgl oni słuchają pacjentów i tego, czego oni chcą, czego oczekują czy z góry wiedzą lepiej od swoich pacjentów, co będzie dla nich najlepsze i jak powinno wyglądać ich życie? Nie wiem kompletnie nic o terapiach i tego typu lekarzach, stąd moje pytania. Chcę uniknąć sytuacji, gdy wpierany jest mi jakiś tam model życia, jakiś tam fałszywy obraz mnie i na siłę ktoś będzie starał się wmówić mi, że na pewno kiedyś spotkam jakiegoś faceta, ale teraz to popracujmy nad moją samooceną za 300 złotych tygodniowo. Nie chcę pracy nad swoją samooceną, bo ona jest w porządku. Chcę tylko się z tym wszystkim raz na zawsze pogodzić.
  6. No właśnie... Ale od razu do psychiatry? Nie znam się na tych sprawach, szczerze mówiąc. Bo czym różni się psycholog, psychoterapeuta i psychiatra i który będzie najodpowiedniejszy dla mnie? I najważniejsze... Czy realne jest, że lekarz mnie wysłucha i faktycznie poprowadzi tę terapię w sposób, jaki JA chcę? Boję się, że mimo moich wyraźnych oczekiwań poprowadzi całe leczenie, terapię, nie wiem, jak to określić w sumie tak, jak sobie będzie chciała, bo stwierdzi, że ona najlepiej wie, co jest mi potrzebne i co będzie dla mnie dobre. A akurat doskonale wiem, czego chcę i co będzie dla mnie najlepsze. Chciałabym uniknąć marnowania swoich pieniędzy i naszego wspólnego czasu na coś, co po prostu pogorszy tylko sytuację.
  7. Chodzi mi o to, że nie zamierzam marnować pieniędzy na ww. bzdury, czyli na wysłuchiwanie, że mam niską samoocenę (podczas gdy moja samoocena jest adekwatna do mojego wyglądu) albo że na pewno kogoś znajdę, bo Pani psycholog miała kiedyś strasznie brzydką koleżankę i do tego niepełnosprawną, ale poznała tak przystojnego rehabilitanta, że każdy jej zazdrościł. A potem okazało się, że ten rehabilitant jest księciem perskim i jest okropnie bogaty. Teraz koleżanka Pani Psycholog jest perską księżniczką, na dodatek nagle bardzo wyładniała i niepełnosprawność jej przeszła - tak, tak właśnie widzę te wszystkie opowieści o tym, że gdzieś ktoś kiedyś był strasznie brzydki, ale ma kogoś. I tak widzę te wszystkie pocieszenia, z których najbardziej drażni mnie to wiejskie powiedzenie zaczynające się "każda potwora...". To czego oczekuję to pomoc w pogodzeniu się ze swoim losem. Na pewno nie chcę zacząć się oszukiwać, że jestem śliczna i każdy facet o mnie marzy. Chcę po prostu pogodzić się z tym, że jestem paskudna i nigdy nikogo nie będę mieć, że żaden facet nawet na mnie nie spojrzy. Dzięki temu, że się z tym pogodzę, będę mogła przechodzić nad tym do porządku dziennego, bo na ten moment, gdy o tym mimowolnie myślę, zaczynam płakać, czuję ogromną pustkę, złość i niesprawiedliwość. Jest mi zwyczajnie przykro i mam myśli samobójcze, które za jakiś czas pewnie zrealizuję, jeśli tak dalej to wszystko będzie wyglądać, bo mam serdecznie dość takiego życia. To jest koszmar, a nie życie. I jeśli to ma trwać całe życie, to po co mi ono? Chciałabym, żeby to było coś w stylu "jestem księgową, w tym tygodniu mam zamknięcie i muszę zostawać po godzinach" - fakt, konsekwencja, rezultat, który mi się nie podoba, ale tak jest i trudno. Nie płacze nad tym, taka jest specyfika mojej pracy. Podobnie chciałabym myśleć o swoim wyglądzie i samotnym życiu, jeśli chodzi o faceta.
  8. Tak, ale co ta terapia mi da realnie? Na czym to polega? Bo jeśli na mówieniu mi, że wszystko będzie dobrze, to nie, nie będzie... Jeśli na mówieniu, że "każda potwora...", to ja tego nie chcę. Napisałam, czego oczekiwałabym od psychologa. Nie wiem jednak, czy moje oczekiwania są realne.
  9. Lepiej męczyć się nawet te dwie trzy godziny, ale potem mieć już spokój niż męczyć się znając moje szczęście 70 lat... Mam dość swojego życia, nienawidzę siebie i swojego wyglądu. Nie rozumiem dlaczego to akurat mnie spotkało, nie zasłużyłam sobie niczym na to. Zawsze brakowało mi odwagi, żeby popełnić samobójstwo, ale co za różnica. Lepsze to niż płakać codziennie po kilka godzin, cierpieć codziennie niewyobrażalnie i wiedzieć, że tak będzie wyglądał każdy dzień mojego życia do końca. Po co mi to życie,skoro ono tak wygląda? To jakiś koszmar, nienawidzę swojego życia.
  10. Coraz częściej mam myśli, że lepiej byłoby zakończyć to wszystko raz na zawsze. Wcześniej jeszcze łudziłam się, że będzie lepiej, że to na pewno minie. Ale teraz widzę, że okłamywałam samą siebie. Nie będzie lepiej, bo niby jak miałoby być? Nie wypiję cudownego płynu po którym położę się jako paskuda, a wstanę jako ładna czy nawet przeciętna dziewczyna. Nic się nigdy nie zmieni. Mam dopiero 23 lata, a już mam dość tej sytuacji. Mam się tak męczyć całe życie? Jeszcze 50, 60 lat nie daj losie? Chciałabym umrzeć, zawsze brakowało mi odwagi, żeby popełnić samobójstwo, ale nie ma innego wyjścia. Tak musi być najwidoczniej.
  11. Nie robię sobie zdjęć, bo jestem paskudna. Nienawidzę na siebie patrzeć i nienawidzę, gdy inni patrzą na mnie. Rozumiem, że jestem paskudna i nigdy nikogo przez to mieć nie będę. Ciężko mi się z tym pogodzić i ciężko mi to tolerować, próbuję już od bardzo długiego czasu. Do tej pory mi się nie udało z tym faktem pogodzić i samej nie uda mi się tego zrobić, to na pewno. Chciałabym, żebyście może mi w tym pomogli jakoś... Jeśli udałoby mi się pogodzić z tym, że jestem paskudna i że nigdy nie będę miała faceta, to może przestałoby mi to aż tak przeszkadzać? Nie wiem, czy psycholog by mi w tym pomógł, bo zaraz zacząłby pracować nad moim poczuciem własnej wartości, a z tym jest ok. Mam poczucie adekwatne do swojego wyglądu. Chodzi o to, żeby mnie to już tak nie męczyło, bo w tym momencie męczy mnie to codziennie i trochę te myśli zaczynają mi przeszkadzać pomijając fakt, że jest mi przez nie zwyczajnie przykro. Chciałabym przechodzić nad tymi myślami i faktami do porządku dziennego tak zwyczajnie, jak nad tym, że trawa jest zielona - zwyczajny fakt, którego się nie zmieni, tak już jest i tyle. Czy komuś jest przykro, że trawa jest zielona? No nie. Nawet, jeśli nie lubi tego koloru. I tak samo ja chciałabym myśleć "ok,jestem paskudna i nigdy nie będę mieć faceta, trudno" bez uczucia smutku, przygnębienia, bez wylewania łez przez godzinę dziennie praktycznie codziennie, bez tej beznadziei, którą ten fakt rodzi, bez poczucia tracenia czegoś (sama nie wiem, czego). Na pewno da się to jakoś zrobić, ale ja to robiłam pewnie w zły sposób.
  12. Racja, że nie tylko perfekcyjni z wyglądu znajdują partnerów, no ale takie paskudy jak ja nie mają na to szans. Takie są zasady gry, jak to nazwałeś zwięźle. I zgadzam się, że związki to trochę barter - jedna strona coś daje i druga coś daje. Problem w tym, że ja nie mam nikomu nic do zaoferowania. Wygląd mam odstraszający, coś między Shrekiem i ET. Co z tego, że o siebie dbam? Wyglądam jedynie jak Shrek próbujący być transwestytą. To jest wręcz żałosne i czasem sobie myślę, że to jest jakiś koszmar, z którego nie mogę się obudzić. Albo jakaś kara za czyjeś winy, bo ja nigdy nikomu nic nie zrobiłam. Żałuję, że w ogóle się urodziłam. Mam żal do rodziców, że urodziłam się. Dobrze, że ja dzieci mieć nie będę. Przynajmniej ten łańcuch paskudztwa się na mnie przerwie.
  13. Dla facetów liczy się wygląd. Tego się nie zmieni, tacy po prostu są. Problem w tym, że ja żadnych zainteresowań nie mam. No lubię swoją pracę i studia, ale to księgowość, więc no nie jest to dobra dziedzina na jakieś eventy... Poza tym... Myślisz, że nie miałam ochoty pójść na jakieś spotkanie czy coś? Ale zawsze miałam poczucie, że tam nie pasuję, że tylko się ośmieszę idąc tam. Że ludzie będą mnie oceniać, oceniać mój wygląd, myśleć o mnie, że jestem okropnie brzydka... Akceptuję, że dla was wyjście do kina samemu jest ok, dla mnie jednak nie i tego nie zmienię. Na pewno się nie przełamię, bo dla mnie to tak głupie i dziwne, że jest w ogóle poza skalą.
  14. No tak, ale terapia nie znajdzie mi znajomych... Problemem jest to, że mam poczucie, że nigdzie nie pasuję. Głównie przez wygląd, ale i osobowość. No bo ok, ludzie lubią brzydkich ludzi (bo są bezpieczni i ich chłopak/dziewczyna nie zostanie odbita), ale muszą chociaż mieć jakieś zainteresowania, pasje... Nie sądzę, żebym miała cokolwiek ciekawego. W sumie jak się dobrze zastanowić, to nie mam żadnej pasji. Lubię swoją pracę, to chyba moje jedyne zajęcie w życiu. No i jeszcze studia, ostatni rok. I tyle. To są moje jedyne zajęcia, bo co mam niby robić sama? To trochę błędne koło - nie mam pasji, bo nie mam znajomych, nie mam znajomych także przez brak pasji. Jakoś w te historie o brzydkich ludziach i ich przystojnych partnerach nie wierzę, wydaje mi się to być głupim pocieszaniem, sorry za szczerość. Ogólnie napisałam o tym chłopaku, bo mi to przeszkadza i jest mi z tego powodu źle, ale wiem, że nie mogę tego zmienić i nie mam na to wpływu. Muszę się z tym jakoś pogodzić, chociaż jest z tym ciężko, bo próbuję już nieprzerwanie od 7 lat i jakoś nie ma rezultatu. Tak musi być. Zwłaszcza, że u mnie to nie jest kwestia bycia brzydką, tylko bycia paskudną. Nie widziałam nigdy brzydszej dziewczyny od siebie na ulicy, studiach, w pracy. To jest ta skala problemu. Genów nie zmienię, muszę pogodzić się z tym, że całe życie będę sama, w sensie nie będę mieć chłopaka. No i trudno, nie jestem pewnie jedyna, choć to mega przykre i niesprawiedliwe. W sumie też przez to zamykam się w domu, bo zwyczajnie jest mi przykro, gdy widzę, że inne dziewczyny kogoś mają, mają powodzenie, a ja nic. Trochę mam wrażenie, że to wszystko, to błędne koło.
  15. Nie bardzo jestem sportową osobą. W mojej okolicy nie ma domów kultury. Problemem jest to też, że nie mam pomysłu, gdzie mogłabym pójść, żeby nie stać jak słup soli i nie udawać, że tu pasuję i wiem, co robię. Masę przyjaciół może miała, ale na chłopaka nie miała szans, prawda? Tak samo jest ze mną... Nawet, jeśli mój wygląd nie byłby problemem przy nawiązywaniu znajomości, to na faceta szans nie mam. Czasem nachodzą mnie myśli, że może tak ma być? Może mam być całe życie sama? Każdy ma jakieś przeznaczenie, może to jest moje? Gdy byłam młodsza miałam nadzieję, że to minie, że ta samotność jest przejściowa. Ale nie jest...
×