Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Grześ12

Użytkownik
  • Zawartość

    2
  • Rejestracja

  1. Grześ12

    Poczucie winy i strach

    Przepraszam za dłuższą nieobecność i dziękuję za wasze opinie. Wiem dobrze, że mam problem z niską samooceną i bardzo prawdopodobne, że praktycznie wszystko co opisałem właśnie z tego wynika, chociaż nie jestem tego pewien. Jestem też perfekcjonistą (może nie 100% ale do pewnego stopnia na pewno). Lubię, gdy wszystko jest zaplanowane i przemyślane. To wszystko nie ułatwia mi życia. Zdaję też sobie sprawę z wielu rzeczy o których pisaliście. Każdy wybór coś daje i zabiera, każdy niesie zagrożenia i szanse. Problem jest taki, że to wszystko wychodzi mniej więcej po równo. Właśnie to jest dla mnie najgorsze. Co do opcji z wyjazdem i powrotem to marzyłbym o tym. Oczywiście w tym momencie włącza się moje analityczne myślenie, które wywala od ręki pisząc następującą listę problemów. 1. Latka lecą (perfekcjonizm dokłada tutaj, że inni już żona, dzieci, kariera, własny dom a ty gdzie?) 2. Znajdziesz kogoś, fajnie, ale czy zechce z Tobą wrócić do miejsca, gdzie zapewne nie ma rodziny/przyjaciół/takiej płacy i możliwości pracy/rozrywek jak w dużym mieście. Wątpliwe. 3. Jeśli będziesz pracował w innym zawodzie (bardzo prawdopodobne) zapomnisz tego czego się nauczyłeś i jak sam wtedy poprowadzisz kancelarię. Wiecie powiem szczerze, że pisząc to widzę ewidentnie, że to perfekcjonizm i jego schemat "człowieka sukcesu" podświadomie mnie hamuje przed tym, czego chcę a co się nie wpisuje w ten schemat. Trudno może nie będę miał własnej rodziny i mieszkania przed 30. Nie ja pierwszy i nie ostatni zwłaszcza w ostatnich czasach. Może nie będę miał planów na najbliższe 10 lat do przodu. Trudno większość planów i tak nie wytrzymuje w konfrontacji z rzeczywistością. Nie muszę mieć wszystkiego i od razu, a Ci których mam za ludzi sukcesu i ideały tzn. mój wiek a już żona, może dzieci, parę szczebli kariery za i jeszcze kilka przed, własne mieszkanko w dużym mieście albo solidne plany na nie, przyjaciele na wyciągnięcie ręki do piwa i grilla co najmniej raz w tygodniu, teatr/wydarzenie kulturalne też z raz w tygodniu itd. itp.. Pkt A praktycznie na 100% takiego życia nie mają, pkt B na 100% mają własne problemy o których zapewne w dużej mierze nie mam pojęcia. Wielką tragedią będzie jeśli moje życie nie będzie rozkładem jazdy wzorowanym na innych na najbliższe 10 lat gdzie sukcesywnie będę odfajkowywał żonę, dzieci, mieszkanie itd. Dziękuję wam bardzo, chociaż ironicznie najbardziej pomogło mi zobaczenie swoich powalonych poglądów napisanych powyżej. Widocznie mówienie to jedno a pisanie drugie.
  2. Nie mam depresji, chociaż od czasu do czasu mam coś podobnego. Zapraszam do długiego i pokręconego życiorysu. Niedawno 26 urodziny, a ja nadal nie jestem pewny co i gdzie chcę robić. 2 lata temu skończyłem prawo na dobrej uczelni i wróciłem do swojego miasteczka (poniżej 20 000) mieszkańców pod patronatem mamy prawniczki robić aplikację prawniczą. I na tym etapie pojawia się pierwszy zgrzyt. Wróciłem do mojego miasteczka. Gdzieś w głębi mojej podświadomości jest to dla mnie synonim porażki. Człowiek sukcesu jedzie do dużego miasta, pracuje w ekskluzywnej, ambitnej kancelarii, chodzi do teatru, opery itd. i pnie się w swojej karierze. Żeby nie było ukończyłem studia na dobrej uczelni kilkaset kilometrów od domu, egzamin na aplikację zdałem jako jeden z lepszych. Mimo to mam poczucie bycia nieudacznikiem. Mogę w swoim miasteczku zastąpić mamę i mieć super pracę, którą chyba naprawdę lubię, dobre zarobki, tanie życie, kontynuowanie rodzinnej tradycji. Męczy mnie jednak jakieś poczucie winy i strach, że nie zasługuję na to, że nie zarobiłem a dostałem, że miasteczko kiedyś wymrze a ja razem z nim. Jest też kwestia życia osobistego a mianowicie moi przyjaciele wyjechali do większych miast poza jednym do którego mam 45km reszta to 120 czy 300. Mam z nimi kontakt, dzwonię, z jednym bardzo często w coś zagram i pogadam, ale fakt faktem na piwo ot tak nie wyskoczymy. I tutaj pojawia się kolejny strach, że ja zostanę tutaj sam, zapomniany przez Boga i ludzi. Nie mam dziewczyny, z miłością studencką mi nie wyszło, a potem przez wirusa słabo było z poznawaniem nowych ludzi. Zresztą ile jest tych opcji poznania kogoś nawet normalnie. Plus do tego podświadomość wrzeszcząca, że tutaj wracają tylko przegrywy życiowe. Siostra zapewne zostanie w dużym mieście po studiach, wszyscy dorobią się dzieci i już nie będą mieli czasu dla tego co to na tym zadupiu został. Nie miałbym pewnie problemu, żeby jakąś pracę znaleźć w większym mieście, ale nie wiem, czy ja naprawdę tego chcę. Czy to kwestia ego, udowodnienia sobie czegoś, niskiego poczucia własnej wartości. Prawników w dużych miastach jest na pęczki, zarobki takie sobie w większości przypadków no i konkurencja, która cięgle rośnie, ale też więcej ludzi i można kogoś łatwiej poznać. Idealnym rozwiązaniem byłoby pojechać na parę lat, zaspokoić ego, znaleźć kogoś i wrócić, ale głupotą byłoby oczekiwać, że ktoś fajny rzuci wszystko i wyjedzie ze mną tam, gdzie dla niej zapewne będzie ciężej z pracą i gdzie zapewne nie zna nikogo. Do tego latka lecą, a oczywiście podświadomość człowiek sukcesu to też rodzina, a rodzice chcą wnuków. I tu bez zaskoczenia rodzice mi nic na ten temat nie mówią, nie męczą ani nic, sam siebie tym dręczę. Podsumowując, mam wybór (w mojej porąbanej głowie) pomiędzy dostatnim, powolnym życiem w małym mieście, które będzie wymierać a ja w samotności razem z nim lub duże miasto, brak czasu, średnie zarobki w najlepszym razie z coraz większą konkurencją, ale w końcu pewnie kogoś znajdę no i paru przyjaciół, może 1 przyjaciela zależy w którym mieście. Ogólnie nie wiem czego chcę i do tego strach przed tym co każda z opcji zabiera. Problem mniejszej wagi ale powiązany. Z racji, że nie wiem co i nie wiem gdzie mieszkam z rodzicami. Mamy duży dom i mam de facto własne piętro, rodzice są naprawdę spoko zwłaszcza na tle niektórych, ale wiadomo spiny bywają jak ludzie mieszkają pod jednym dachem. Pomagam we wszystkim robię co mogę i wiadomo 5 lat na studiach sam przeżyłem. Odłożyłem już trochę grosza i z małą pomocą, a może i bez załatwiłbym sobie jakąś kawalerkę, ale znowu jak nie wiem czy tutaj zostanę to jaki ma sens wiązać się mieszkaniem. Wynajmować to z kolei marnotrawstwo pieniędzy. I znowu największy problem jest w mojej głowie, który ten fakt dokłada do bycia przegrywem życiowym i bycia jedną wielką porażką. I taka to moja męką z moją głową i zanim ktokolwiek powie, że chciałby mieć takie problemy, powiem tak, że kiedy sam sobie wytykasz, że jesteś porażką i wstydem nad którym się wszyscy litują i taka myśl gdzieś w tej czy innej postaci pojawia się codziennie to łatwo też nie jest. Rozmawiałem o tym z przyjaciółmi i zawsze to trochę pomogło, ale problem siedzi we mnie i chciałem się was zapytać obcych ludzi o opinię.
×