Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

zanet72

Użytkownik
  • Zawartość

    1
  • Rejestracja

  1. Witam. Przedstawię się - jestem Zaneta. Trafiłam na to forum juz dawno... ale wiele miesięcy temu obserwowałam "z boku" jako czytelnik bez zalogowania. Dziś coś mnie tchnęło, by sie zarejestrować bo po prostu... jestem rozbita, zrozpaczona.. nie wiem z kim mogę porozmawiać, nie wiem gdzie uzyskać pomoc. Sama nie wiem od czego zacząć... ale czuje potrzebę wyrzucić coś z siebie. Ogólnie, leczę się na depresję od ponad 10 lat - bywały remisje choroby, bywało lepiej, raz gorzej, później ponownie wielkie doły, L4, potem zwolnienie z pracy bo nie byłam w stanie wstawać z łóżka... cóż, co będę tutaj tłumaczyć, kazdy kto choruje na pewno zna ten temat. Od niedawna moja choroba nawróciła... przez moje zmartwienia i troskę o syna... Może od poczatku nie chce sie za bardzo rozpisywac ale po prostu musze zobrazowac sytuacje - jestem samotną matką. Sama zbliżam się niedługo pod 50tkę, mój syn jest jedynakiem i ma 21 lat. Moj maz zostawił nas w 2001 roku gdy syn miał rok.. moi rodzice zmarli w 2003, także byłam zupełnie, calkowicie sama - ja i on... mieliśmy i mamy naprawdę dobrą relację, na pewno dużo bliższą niż wiele innych rodziców. Zawsze mieliśmy siebie i wzajemnie sie wspieralismy, mimo, że uważałam się zawsze za gorszą matke, że nie potrafiłam zapewnić mojemu synowi tego wszystkiego, co inni rodzice - mieszkaliśmy zawsze w wynajmowanym mieszkaniu, ja niewiele zarabiam, w gorszych momentach byliśmy zdani na 'łaskę' mops-u, sąsiadów którzy pożyczali... musiałam się brać w garść, stawiać czoło przeciwko chorobie żeby móc wychować dobrze syna. Musiałam jak ja to mówię- wziąć stery życia i prowadzić ten okręt po tym życiowym sztormie... Było cięzko... naprawdę ciężko. Do tego pod koniec 2017r zdiagnozowano u mnie początki stwardnienia rozsianego, co jeszcze bardziej utrudniło mi życie i funkcjonowanie. Niedawno wyszliśmy na prostą - syn skończył szkołę, poszedł do pracy, bardzo mi pomaga. Syn zawsze bardzo mi pomagał i mnie wspierał, robil zakupy,... jest mądrym inteligentnym młodym człowiekiem. Pomimo wieku sporo osiągnął , ciągle się rozwija, ma dobrą pracę, dobrze zarabia...ma swoje hobby - maluje wspaniałe obrazy, ma uzdolnienia artystyczne, rowniez pomaga charytatywnie w różnych akcjach w okolicy.. Co zawsze wzbudzało we mnie taki hmm niepokój? Zawsze był "inny". I ja to czułam... różnił się od równieśników. Faktycznie zawsze był i nadal pozostał bardzo wrażliwy, delikatny, łatwo go po prostu zranić, skrzyczeć... znajomi zawsze mówili mi, że to to przez "babskie" wychowanie tzn. mnie, przez pewien moment w życiu jak jeszcze był dzieckiem również mojej śwp.Babci która pomagała do 2008r i zmarła... brak mu było ojca, dziadka, męskiego wzorca - to fakt... zawsze miał inne zainteresowania niż koledzy, zawsze trzymał się z boku, miał nie wielką grupkę przyjaciół, raczej jak już to dziewczęce grono. Ale nigdy nie przyprowadził jako tako dziewczyny do domu, tylko co chwilę jakaś inna koleżanka. Ja mu nie wierzyłam - myślałam, że po kryjomu iskrzy pomiędzy nim a którąś z nich coś więcej ale nie chce sie przyznać. Jednak tak naprawdę dziewczynami nigdy się nie interesował, nie opowiadał o nich, jak się pytałam czy mu się jakaś podoba to szybko zmieniał wątek.... jak mówiłam mu że wyobrażam sobie że przyprowadzi kiedyś synową, będzie ślub, dzieci... to też szybko ucinał temat. Myślałam - ma czas, każdy dorasta w swoim czasie, nic na siłę, niech się skupi na nauce itd... na związki przyjdzie czas. Choć gdzieś tam z tyłu głowy jako matka - martwiłam się zawsze, aby w tym życiu nie był wiecznie sam... kiedyś ja się zestarzeję i odejdę, innej rodziny nie ma... Jak był już ciut starszy w wieku ok. 17 lat wychodziliśmy gdzieś np. do kawiarni - zauważyłam że bardzo obserwował mężczyzn. Niekiedy go upominałam i się pytałam co się tak wpatruje. Pomyślałam, że brakuje mu po prostu ojca, męskiego wzorca o ktorym pisałam wyżej... zdarzyło się, że wtedy żalił mi się, że bardzo chciałby mieć przyjaciela, takiego na dobre i na złe, bo nigdy tak naprawdę nie miał takiego dobrego kolegi, kompana, tylko zawsze towarzystwo dziewczyn, a że dziewczyny jakoś mu tej satysfakcji nie dają. A z chłopakami nie umiał się nigdy jako tako dogadać np. z kolegami z klasy. I nigdy, naprawdę nigdy w życiu nie pomyslalabym że on może być gejem. A podobno matki to przeczuwają... ja tego wtedy nie czułam... Mój syn również miał epizody depresyjno-nerwicowe w zyciu... przez właśnie jakby brak akceptacji otoczenia jego osoby - był nieśmiały, trochę wycofany.. brak mu było pewności siebie. Cóż, mijał czas... wreszcie, 1,5 roku temu poznał swojego wymarzonego, młodszego o rok 'przyjaciela'. Wtedy przyjaciela... spędzali ze sobą masę czasu. Po prostu każdą wolną chwilę, każdą. Chodzili razem na rower, wzajemnie odwiedzali się w domach, nocowali u siebie, grali online, rozmawiali do późnych godzin na komunikatorze głosowym, razem chodzili na zakupy, na koncerty itd... dzięki niemu mój syn odżył. Zupełnie inny chłopak.. zrobił się bardziej otwarty, szczęśliwy - to bylo widać. Wszelkie problemy jak ręką odjął... widziałam jak duże szczęście daje mu jego 'przyjaciel'. A że jego szczęście = moje szczęście bardzo się cieszyłam. Oboje bardzo mi pomagali np. w zakupach, często wybieraliśmy się w trójkę np. na zakupy.. zaczęłam mieć jakieś przebłyski. Myśli - "Boże, a może mój syn jest gejem? co jeśli to nie jest tylko jego zwykły przyjaciel" a potem nagle "nie, to nie możliwe.." i tak na przemian. Syn raz oglądał przy mnie film o LGBT - wtedy żeby badać moją reakcję - komentował "patrz mamo, geje się całują, fuj" - w taki sposób mnie prowokował, ja mówiłam mu że to jest ok, to nic złego i zapewniałam go że jak będzie gejem to nic się nie zmieni i nadal będę go kochała. W głębi duszy mając ciche mysli, że mam nadzieję, że tym gejem nie będzie... w myslach głos , że lepiej żeby znalazł sobie dziewczynę.. Teraz myślę, jaka ze mnie hipokrytka i obrzydliwa matka... I tak coraz częściej mnie testował w ten sposob. Zaczął wypytywać co sądzę o ślubach osób homseksualnych, o paradach równości itd..'badał teren' - tak składam teraz te wszystkie sytuacje i fakty. Nie dziwię mu się... I cóż... nie myliłam się. Miesiąc temu oboje przy wspólnym obiedzie wyznali mi, że się kochają... że pewnie się domyślałam, i że przeprasza że dopiero teraz mówi, ale że bał się mi powiedzieć, bo nie chciał mnie skrzywdzić, bo wiedział, że zawsze bardzo chciałam mieć synową i wnuki... to był moment kiedy milion myśli zbierało się naraz i zaniemówiłam. Naprawdę nie potrafię tego opisać... wyszłam i zamknęłam się w łazience, płakałam pół godziny... potem ich przeprosiłam... to po prostu taki szok, nadmiar emocji... nie wiedziałam co odpowiedzieć, żeby ich nie skrzywdzić. Bo dotarło do mnie w jednej chwili, jak bardzo go krzywdziłam opowiadając mu od dziecka "bajki" o szczęśliwej rodzince, że kiedyś pozna żonę, będzie miał własne dzieci itd... Sprostuję - od zawsze byłam tolerancyjna i nadal jestem. Miałam kolegę geja - niestety przez nienawiść jaka panuje w Polsce wyleciał kilka lat temu za granicę, i kontakt się urwał. Zawsze byłam bardziej liberalna i uważałam że miłość to miłość, że trzeba wspierać każdego... ale nigdy nie pomyślałabym ,że to mogłoby się trafić nam, że akurat mój syn miałby być gejem... Tzn. może inaczej, zeby to zle nie zabrzmialo - po prostu to był moj taki szok i niedowierzanie... powiedziałam im również od razu że jestem z ich obojgu bardzo dumna za odwagę i że będę zawsze kochała swojego syna, ale że po prostu musze jakoś uporzadkować fakty w głowie... I co? Minął miesiąc... ja nadal nie potrafię tego pojąć. Niby nic się nie zmieniło, chłopaki jakby przeszli do porządku dziennego, wręcz są jeszcze bardziej otwarci niż byli - przytulają się w domu bez krępacji, czasem dadzą sobie buziaka... ja 'udaję' że wszystko jest ok. Tzn. inaczej... bo wszystko jest ok. Tylko po prostu moja psychika jest sparalizowana. Nie potrafie tego opisac... mieszanina wielu mysli, nastrojow jednoczesnie... ciągłe myśli, że przecież mialo byc inaczej, że przecież wyobrażałam sobie synową itd... Po prostu tez chyba najbardziej to strach, lęk? i to obawy które bardzo ukrywam, nie rozmawiam o tym z synem, nie pokazuje tego po sobie... strach przed tym jakie jest spoleczenstwo i jak ciężko im będzie... łzy mi lecą na myśl że po prostu może go ktoś napaść, pobić, wyśmiać... może nie wrócić do domu. Żyjemy na dosyć smutnym osiedlu w starej kamienicy, jest tutaj niezbyt przyjemne towarzystwo i sąsiedztwo.Nieraz można usłyszeć jak jeden sąsiad wyzywa bezmyślnie kogoś od pedała itd. nie myslac ze moze tym kogos urazic.. Teraz myślę jak bardzo musiały takie słowa boleć mojego syna - nawet jesli nie kierowane bezposrednio do niego, to i tak go krzywdzily... I ten strach gdy syn wychodzi do pracy. Gdy wyjeżdżają gdzieś razem... co prawda na ulicy nadal się ukrywają i raczej niestety muszą się ukrywać ze swoją miłością, bo by ich tu u nas ukamieniowali... ale co jeśli kiedyś ten temat wyjdzie, jakiś ich wspólny znajomy/a piśnie słowko za dużo, informacja ta dotrze do nieodpowiednich osób.. Albo jakby cos sie stalo jego chłopakowi- jego wielkie szczęście... mój syn by się wtedy załamał... A jego chłopaka traktuję praktycznie jak takiego drugiego syna, bo naprawdę zżył się z nami przez te 1,5 roku... syn też powiedział mi że oni już wcześniej ze soba przecież byli i tak sprytnie mnie z tym oswajali zabierając na wspólne zakupy itd... bo dobrze wiedział, że gdyby powiedział tak o, od razu, prosto z mostu że jest gejem to przeżyłabym za duży szok. Kurcze, nie wiem tak naprawdę o co mi chodzi. Jestem tak zmieszana, pełna obaw o syna i jego partnera... oraz o to, że nie przedłuży naszego nazwiska, że nie będzie miał dzieci - nie zostanę babcią... eh, odzywa się we mnie taki chory egoizm, wiem, jestem okropna... ale tak bardzo chciałabym żeby mój syn był szczęśliwy. Mój syn to dla mnie najwieksze szczescie... i tak też mnie uczono od dziecinstwa - szczęście=rodzina,dzieci,dom... Dlatego też na siłę próbowałam wyjść za mąż -a małżeństwo było nieszczęśliwe.. I przez to właśnie też z drugiej strony myslę - mój syn mógłby być hetero, mógł trafić na jakąś dziewczynę jędzę z którą byłby nieszczęśliwy mogłaby go potem np. złapać na dziecko i uwiązać do konca zycia... różne są przypadki.. mi w małżeństwie nie wyszło, teraz też nikt starszej , schorowanej pani takiej jak ja nikt nie chce ... A chłopaki widać że naprawdę są bardzo szczęśliwi... i związek świetnie rokuje. Tylko po prostu się martwię... jako matka, jako człowiek... Martwi mnie też fakt chorób, na jakie narażone są osoby homoseksualne... wiem owszem że jeśli ma się jednego partnera to ryzyka jakiegoś nie ma ale jednak gdzieś z tyłu głowu jest ta myśl - nie wiem, tak jakoś wbita mi w psychikę, że może kiedyś czymś się zarazić... ale tego tematu mocno nie zgłębiam, bo nie chcę wyobrażać sobie, co chłopaki mieliby robić ewentualnie w łóżku - a robić to na pewno robią , jak każda para... zreszta gdyby miał dziewczynę - też bym się w to nie zagłębiała, bo to sprawa prywatna każdego, intymna... lecz martwią mnie te choroby... Zastanawiam się też jak to jest - czy ten homoseksualizm jest przez np. brak ojca, brak mężczyzny w domu? czytałam naprawdę wiele artykułów, ogladalam wiele filmów... ile źródel tyle teorii na ten temat. Są teorie że to genetyczne, że to nie kwestia wyboru... a inne, że kwestie środowiskowe kształtują orientację... czy ja gdzieś popełniłam błąd, bylam moze nadopiekuńcza? bo byłam, to fakt... ale syn naprawdę dobrze sobie radzi w życiu, świetnie zarabia, obecnie tak naprawdę w 80% dochodów domowych to on nas utrzymuje i mieszkanie, bo ja pracuję na pół etatu ze względu na rehabilitację w SM. Stawiają się też inne pytania, takie egzystencjonalne - myslę też czy on na pewno będzie szczęśliwy, z drugim facetem? sami w dwójkę? Bo.. - teraz ja żyję, jest ta kobieta w domu czyli ja... ale czy jak kiedyś ja odejdę - a wiadomo, że śmierć czeka każdego - mnie byc moze szybciej - to czy nie będzie mu brakowało tej kobiety? co wtedy będzie? a może po prostu jakby ma dosyć mnie, czuje taki przesyt matką... że po prostu nasycił się tymi kobiecymi relacjami ze mną, to dalszą część życia chce spędzić z facetem którego mu brakowało w dzieciństwie... to na pewno ma jakiś wpływ... I czuję wyrzuty sumienia. I jednoczesnie widze że są szczęśliwi... ale czy na pewno... w końcu tyle przede mną to ukrywał - to czy nie ukrywa czegoś jeszcze... jest to temat mi tak obcy, nowy, świezy, jestem zagubiona. Przykro jest mi też że tyle to przede mną ukrywał... wyrzucam sobie że byłam złą matką, że wlasne dziecko nie mialo do mnie na tyle zaufania... a z drugiej strony tez jaki przezywalo strach... nie ukrywam, że prześladuje mnie taka nerwicowa-obsesyjna myśl "nigdy nie będziesz babcią" " nie będzie wnuków"... to jest dla mnie straszne smutne. Ale to też takie egoistyczne - i to napęda błędne koło coraz wiekszej rozpaczy... czy on na pewno będzie szczesliwy bez dzieci... ja wiem że istnieje coś takiego jak adopcja... ale w naszym kraju to niemożliwe dla osób LGBT... a wiem, że mój syn jest anty-nastawiony do wyjazdu za granicę. Jest patriotą, kocha polskę, kocha miejsce w którym się urodził i nie chce żyć za granicą... jego chłopak także. Oboje tu chcą żyć, pracować, rozwijać się, uczyć.. jego chłopak też ma tutaj rodziców... A obawiam się, że taka adopcja dzieci będzie przez wiele jeszcze dziecięcioleci u nas nierealna... Czy miał ktoś kiedyś podobne doświadczenia? Czy jest ktos rodzicem homoseksualnego dziecka - jak to u Was wyglądało? Też mieliście takie myśli jak ja - o wnukach, o strachu , bezpieczeństwie, o przyszłości co gdy nas-rodzicow dzieci zabraknie... Albo może z drugiej strony - może są tu młodsze osoby które przeżyły tzw. coming out... fajnie będzie poznac zdanie mlodzieży jak Wasi rodzice zareagowali - to mi też pomoże... Przepraszam, że się tak rozpisałam... czułam potrzebę ujścia emocji... nie mam z kim o tym porozmawiać - dlatego wybrałam forum w Internecie licząc że znajdzie się jakaś dobra dusza...pisalam chaotycznie - wybaczcie.. jeśli ktoś odpisze - będę dozgonnie wdzięczna. Jeśli ktoś w ogóle chociaż przeczyta do końca...również dziękuję. Może to ja mam jakies ograniczone myslenie ? Może ja myślę stereotypowo.. Może zasługuję na mocny ochrzan... jeśli tak to proszę, może przyda mi się parę mocnych slow na 'otrzeźwienie'... nie wiem juz sama... nie wiem czego oczekuję... może właśnie takiego 'strzała w pysk'... nie wiem... proszę, błagam o pomoc, wsparcie, poradę... cokolwiek... dobre i złe słowo... dziękuję...
×