Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Bobby_Bob

Użytkownik
  • Zawartość

    1
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Siemka jestem 20-letnim studentem politechniki i z góry zaznaczam, że w sumie nie szukam tutaj stricte "specjalistycznej pomocy psychologicznej" bo gdyby tak było to udałbym się od razu do poradni a nie stron internetowych Po prostu chciałbym aby ktoś coś dodał od siebie, co sądzi o mojej sytuacji i w ogóle. No więc mój "problem" zaczął się jakoś 10 miesięcy temu gdy zaczełem sobie uświadamiać, że kobieta która mi się podoba, totalnie olewa moje uczucia. Znaliśmy się już od kilku lat, z mojej strony to już dawno nie było "zauroczenie" tylko naprawdę prawdziwe i porządne uczucie, które nie traciło na mocy pomimo iż doskonale dostrzegałem jej wady i przede wszystkim różnice między nami. Niestety już od miesiąca ona spotyka się z innym. I tutaj wychodzi z tego wszystkiego moja frustracja, ponieważ wielokrotnie już szczerze jej mówiłem o uczuciu jednak ona potraktowała mnie jak jakiegoś debila i nigdy nie mogła powiedzieć wprost, czy mam u niej jakiekolwiek szanse ale też nigdy nie powiedziała NIE. Nie chodzi mi tu o odrzucenie, bo to przecież całkowicie normalne, że ktoś może po prostu nie odwzajemnić uczuć, lecz o to, że nie mogła postawić sytuacji jasno, co do mnie czuje.Właśnie przez to, że kolejne miesiące upływały a ja dalej nie miałem pojęcia czy ona mnie traktuje poważnie, wpadłem w pułapke codziennego smutku. Praktycznie nic nie chce mi się robić, zanikła we mnie chęć do osiągania kolejnych celów, po prostu siedzę sobie i wegetuje w swoim mieszkaniu, nie mogę zabrać się za naukę na uczelnie, jeszcze nigdy nie miałem tak silnego efektu prokrastynacji. Nawet jak już się zabiorę za naukę to efekty są totalnie mizerne, nie interesuje mnie już nic co zawsze było powiązane z moimi zainteresowaniami, na wykładach praktycznie zawsze śpię.(tak wiem, że to akurat niby nic nie normalnego , ale jednak nie jestem raczej typem studenta który znalazł się na przypadkowym kierunku, tylko raczej chciałem się rzeczywiście szkolić w kierunku branży której obrałem, i korzystać z wykładów a nie na nich spać. Wcześniej, się udawało czerpać wiedzę). Często chodzę spać o 22 nawet 21 ze słuchawkami na uszach i jakimś cicho lecącym ambientem. Mimo iż praktycznie 6 razy w tygodniu uprawiam sporty które są moją pasją to absolutnie nie czuję z tego radości, jest to raczej swego typu "odhaczanie" treningu i tyle. Tutaj właśnie pojawia się cały mój ból ostatnich miesięcy, albowiem od zawsze byłem raczej typem introwertyka, lubiałem pójść gdzieś do lasu, wejść na jakiś budynek i po prostu rozmyślać nad "wszystkim" w samotności. Nie sprawiało mi to przykrości, że jestem jakiś odizolowany czy coś, wręcz przeciwnie, długie pobyty samemu wraz ze swoimi myślami sprawiały mi po prostu radość. Oczywiście, zaznaczę, że jestem introwertykiem a nie osobą aspołeczną czy coś, nie mam problemów z życiem w społeczności, mam znajomych, świetnie się czuję na imprezach i wogóle. Jednak mimo wszystko mój charakter powodował, że wolałem mieć wąską grupę bliskich mi ludzi niż ogrom "znajomych". Właśnie dlatego tak bardzo odczułem na sobie to rozczarowanie zachowaniem kobiety którą pokochałem. Dodatkowo dodam, że po 20 latach życia, w mojej duszy zagościło odrobinę dekadentyzmu i pragmatyzmu. Takie połączenie spowodowało, że nie zależy mi w sumie na niczym w życiu, nigdy nie ciągnęło mnie do tego aby zostać kimś znanym, bogatym i móc pokazać się w społeczeństwie jako "ten lepszy", "człowiek sukces". Nie chcę brać udziału w wyścigu tych wszystkich ludzi którzy wierzą, że gdy osiągną status, pieniądze to nagle będą szczęśliwi a w rzeczywistości to jedynie uda się im zaspokoić potrzeby z piramidy Maslova. Dlatego sam sobie narzuciłem taką opinie, że skoro to wszystko nie ma sensu to czemu by nie zrobić z tym życiem czegoś więcej niż marna egzystencja przeciętnego człowieka. W ten sposób zaczełem cieszyć się życiem, uczyć się wszystkiego dookoła, czerpać jak najwięcej mogę, bo przecież jak mogę siedzieć codziennie przed telewizorem i gadać pod nosem "byleby do weekendu, i się naj*ebie to będzie fajnie".Zaczełem się rozwijać i korzystać z możliwości "życia". Dopiero jednak ta kobieta uświadomiła mi, że niezależnie od tego co bym nie robił to zawsze będę smutny bez drugiej połówki którą mógłbym darzyć miłością. Mimo iż mam wielu znajomych, rodzinę to jednak bez niej, we wszystkim co robię towarzyszy mi samotność i to poczucie, że idea którą sobie narzuciłem też nie ma sensu. I tak z każdym kolejnym dniem wracam do bycia tymże właśnie "szczurem" z wyścigu, dokładnie tym szarym człowieczkiem którym obiecałem sobie nigdy nie być. Przestaję odczuwać radość z tego wszystkiego, nie chce mi się nawet już wychodzić na miasto z ekipą. Zatapiam się w samotności która kiedyś przynosiła mi ulgę i spokój, teraz wręcz nienawidzę tej samotności, ciągłego głosu z tyłu głowy, że nie mam komu powiedzieć "kocham Cię", a wszystko co robię jest zwykłym jałowym życiem.
×