Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

beznadziejnosc

Użytkownik
  • Zawartość

    7
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy
  1. Dzisiaj kobieta z tej fundacji napisała, ze terapia na Skype, nawet jeśli będę miała dobry internet, nie jest dobrym rozwiązaniem dla mnie i ona się jej nie podejmie. Po naszej próbie połączenia się video, poprosiła, abym opisała sytuacje na maila, aby znała cały obraz. Opisałam i dziś taka odpowiedz dostałam. Jedyna szansa dla mnie to ten al-anon.. Kobiety które kochają za bardzo właśnie znalazłam i zabieram się do czytania. Już pare osób mi te książkę poleciło. Dziękuje
  2. Tak, odezwali się. Próbowałam sie połączyć video, ale mam za słaby net w domu. Mieszkam w małej miejscowości koło Düsseldorfu, przy samym lesie i polu. Okropnie tu z zasięgiem. Tylko rozmowy idą. Niestety nie można się zobaczyć, a kobieta powiedziała ze to bardzo ważne. Ona właśnie prowadzi terapie on-line. Pójdę we wtorek, bo mam wolne do innych sieci, czy mogą mi zaoferować w moim miejscu lepszy internet. Ataków bulimicznych nie mam już długo. Mam nadzieje, ze tak zostanie. Z nim 4 dzień się nie spotykam, ale wczoraj wymieklam i dałam ulżyć swoim zalom, do niego. On pisze non stop, nie mam siły zablokować i nie czytać. Ale nie odbieram i uparcie nie daje sie namówić na spotkanie. Napisałam mu, aby mój klucz od domu zostawił w mojej szafce w pracy. Napisal ze mnie nienawidzi. Nie zostawił klucza, ja nie mam siły nalegać. Dzisiaj jednak widzieliśmy się w pracy, bo niestety razem pracujemy i prosił, żebyśmy porozmawiali. Powiedziałam, ze nie ma o czym. Nawiązałam kontakt z wieloma kobietami w podobnych sytuacjach. Zawsze jakaś ma czas na popisanie, wiec piszemy ze sobą, żeby nie pisać do nich. Czuje się jednak taka bezradna. Tamci faceci się do nich nie odzywają. Ten wciąż pisze o swoim bólu i jak cierpi i to mnie rozwala. Jakbym mogła to proszę o jakieś tytuły książek, najlepiej żebym mogła z neta ściągnąć.
  3. W ogóle jej nie powiedział, ze zdradza. Nie mówił, ze ma kogoś. Ona to jednak wie, bo dlaczego wiecznie poza domem jest ? On chce, aby oni się rozwiedli, a ona po rozwodzie została tu z dziećmi, aby mógł je widywać i zabierać do siebie. Tak czy siak.. ja nie widzę przyszłości. Wczoraj kazałam mu wyjść i jak na razie się nie odzywam. Pisał, dzwonił, przyjechał pod dom. Nie uległam, ale nie wiem jak długo dam radę.. Takich sytuacji już trochę było, ale maksimum po 2 dniach wysiadałam. Na razie staram się trzymać zasady AA: Dzisiaj się nie napije. Bo on cholera jak narkotyk! Chwila ulgi przy nim, odlot, a potem znów cierpienie. We wtorek ide na grupę al-anon. Znalazłam kolo siebie. Rozmawiałam z kobieta, co prowadzi. Mam przyjść. Bałam się, ze nie będą mnie chcieli, ale mogę przyjść. Czekam na ten dzień jak na zbawienie. A póki co leki mnie jakoś wytlumiaja. Przynajmniej chodzę normalnie spać.
  4. On jest akurat chrześcijaninem. Nie ma poligamii i jednak trochę sie różni od muzułmanów. Muzułmanin może np się rozwieść, chrześcijanin nie (jak u nas kiedyś). W sumie może, ale oznacza to, ze rozwód z jego winy, wiec traci dzieci i swoją rodzine także, bo po prostu się jego wyrzekają. Ona na rozwód się godzi, ale właśnie pod tym warunkiem, ze ona wraca z dziećmi do Syrii. On się na to nie godzi. Na zdrowy rozsądek ja rozumiem i jego rozumiem. Na zdrowy rozsądek jednak to ja powinnam odejść. Ale tu właśnie zaczynaja się schody. Nie potrafię. Nie potrafię właśnie ze względu na to, ze mnie nie kłamie. Mówi jasno i wyraźnie, ze jedyna szansa jest jeśli ona tu z dziećmi zostanie. Pewne jest, ze ona się nie zgodzi. Także nie ma tu nikogo, prócz wujka. Gdyby kłamał, gdyby oszukiwał, byłoby mi prościej chyba, bo nie zniosłabym tego bólu na dłuższa metę. Tak czy siak, nasz związek nie ma przyszłości i wiele razy rozmawiamy, ze już nie będziemy się spotykać. Ja się jakoś trzymam, ale on w końcu przychodzi, a ja nie potrafię go nie wpuścić. I znów to samo. Spotykamy się i znów kończymy. To jest chyba tak, ze właśnie jestem przyzwyczajona do bólu. Nie zdążyłam ba terapii przerobić dzieciństwa. Współuzależnienie i moja bulimia były na pierwszym miejscu, wiec nad tym pracowaliśmy z terapeuta. Potem wyjechałam tutaj. Byłam sama i było mi bardzo dobrze ze sobą. Aż poznałam jego. Bóg mi mózg odebrał. Te fundacje tez już znalazłam i się skontaktowałam. Czekam na odpowiedz. Chwytam się teraz wszystkiego co możliwe, co mogłoby pomoc. Znalazłam koło siebie al-anon. Przecież mechanizmy te same - uzależnienie od partnera. Obawiam się tylko reakcji tych kobiet, które najczęściej były tez zdradzane, ze zwyczajnie na mnie najadą. Nic nie szkodzi spróbować. Muszę przełamać wstyd, bo nie ruszę. Odezwałam się także do terapeutki z Polski, ale właśnie wiem, ze ona kiedyś została zdradzona i odpisała, ze nie może mi pomoc. Odezwałam się do znajomych z grup al-anon, z warsztatow, z rekolekcji gdzie kiedyś w Polsce jeździłam. Mam kontakt z paroma kobietami co były w takiej sytuacji lub są nadal. Uspokoiłam się trochę po tych paru dniach leżenia i płakania. Szukam, szukam, aż znajdę.
  5. Syria. Bylam dziś u psychiatry. Dostałam leki. Mam nadzieje, ze pomogą, ale przecież nie pomogą odejść !! Pytalam o terapie. Tutaj za terapie się płaci. Nie ma darmowych. Polecił mi jedna Polkę niedaleko. 180e jedna wizyta. Nie ma szans. Nie mam na tyle kasy. Czuje się jak w pułapce. Na chwile dzisiaj było ok. Zjadłam coś w końcu. Pojechałam nawet do Düsseldorfu szukać szkoły, żeby dalej robić język. Godziny rozmów jednak już były zamknięte, wiec wróciłam z niczym. Zasnęłam w końcu popołudniu ze zmęczenia, ale teraz znów siedzę i płacze i mnie rozrywa od środka. Nienawidzę tego stanu. Nie chce zyc
  6. Skad brać sile ? 3 dzień wegetuje. Płacze, leżę. Wzięłam zwolnienie lekarskie, bo nie jestem w stanie iść do pracy. Boje się, ze sie tam rozpłacze. Oczy mam zapuchnięte i mi wstyd. Już jutro wizyta. Tylko w tym pokładam nadzieje. Ale wiem, ze same leki nic nie pomogą. Mam nadzieje, ze znajdzie się tu w Niemczech jakiś psychoterapeuta..
  7. Nie mam sił zyc. Nie mam sił nic robić. Czuje się tak głupia i niepotrzebna. Czuje totalna pustkę i nienawiść do siebie samej, ze nie potrafię kierować swoim życiem. Sama nie wiem od czego zacząć, jeśli chciałabym nakreślić sytuacje. Spotykam się z żonatym facetem. Tak, wiem, ze wpakowałam się i cierpię na własne życzenie. Chciałabym to skończyć, a nie potrafię. Nie wiem czy go kocham, czy to tylko choroba, ale nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego, ze bez tego człowieka nie mogę zyc. Jestem po rozwodzie z narkomanem i hazardzista. Po 4 latach terapii dla współuzależnionych. Wiedzę mam duża, ale nie umiem się zastosować. Nie miałam tak z mężem. Miałam doły i nie umiałam tez długo odejść, ale bardziej miałam nadzieje, ze uda się coś u nas zmienić, żeby dziecko miało rodzine. Nie udało się, wiec odeszłam. Jestem także DDA, DDD i choruje na bulimię, która od paru lat na szczęście nie jest tak intensywna. Epizody pojawiają się może raz na pół roku. Tego faceta chyba sobie po prostu zastąpiłam, jako przedmiot do swoich chorych potrzeb. Bulimia zajadalam brak miłości. Teraz zajadam nim. Tak to widzę. Chora głowa zawsze znajdzie ujście. Nie mam problemu, ze muszę być w związku. Po rozwodzie nie byłam w żadnym i naprawdę, mimo wielu innych problemów, byłam szczęśliwa. Poznałam jego. Byliśmy przyjaciółmi, ale od samego początku wiedziałam, ze czuje coś więcej. Próbowałam się powstrzymywać, ale niedługo mi się to udawało. Wiedziałam, ze ma rodzine. Wpakowałam się w to z pełna świadomością. Nie wiedziałam, ze dalej to wszystko się tak potoczy. Nie przypuszczałam, ze i z jego strony będzie takie zaangażowanie. Wolałabym żeby był takim zwykłym dupkiem, co kłamie mnie i oszukuje. On tego nie robi. Próbował się rozwieść. Jest z innego kraju. Nie zostawi dzieci, nie sprzeciwi się rodzinie. Żona zgadza się na rozwód, ale tylko pod warunkiem, ze wróci tam do swojej rodziny. On na to się nie zgadza, bo straci dzieci i rodzine. Nie jest tak jak w pospolitych związkach kochanków. Nie wychodzi z nią nigdzie, prócz wyjścia do rodziny, a i to zdarza się rzadko. Mimo to mam ból, jasne, ale rozumiem, ze sama wpakowałam się w taki związek. Nie robi nic, na co ja nie wyraze zgody. Ja go kontroluje, on na to pozwala, po czym widzę, ze go to meczy. Bo ileż można zyc w klatce ? Mówi ze boi się czasem iść wykapać, żebym nie była zła. Boi się jak pójdzie do rodziny z nią, ze będę zła i przestane się odzywać. Wysyła filmiki, zdjęcia, abym miała pewność. Wiele razy go sprawdzałam. Nigdy nie znalazłam czegoś, co świadczyłoby o tym ze kłamie. I to jest chyba najgorsze. Przez to nie umiem odejść. Z drugiej strony wiem, ze to nie jest normalne, abym go ciagle kontrolowała. Czasem odpuszczam, ale nie umiem jeszcze ze wszystkim. W zasadzie to nieważne. Chce go zostawić, bo nie chce tak zyc. Nie umiem. Mam takie okropne stany kiedy go np zablokuje wszędzie i nie odzywam się pare dni, ze nie umiem sama siebie znieść. On przyjeżdża, prosi. Są także momenty, ze on już nie może znieść mojej kontroli i chce odejść. Tak mówi, ale jeszcze nigdy tego nie zrobił. Kiedy tak mówi, to ja wpadam w szał. Bije go, rozwalam rzeczy. Wsiadam w auto i jeżdżę jak szalona. Nie kontroluje się. Nie umiem się opanować. Po czym płacze i nienawidzę siebie jeszcze bardziej, za to ze robię takie rzeczy, ze nie umiem się uwolnić. Czemu on po prostu nie odejdzie ? Tak byłoby lepiej. Cierpiałabym, ale chyba wtedy miałabym tez okazje go do końca znienawidzić. Gdyby nie moje dziecko, które nie ma nikogo prócz mnie, już dawno bym ze sobą skończyła. Czasem mam myśli, ze muszę się zabic dla dobra wszystkich, bo dziecko także przeze mnie cierpi. Mam myśli ze nie mogę zostawić dziecka i powinnam zabic nas oboje. Z drugiej strony mam wiedzę i świadomość, ze to choroba i można się leczyć. Wierze jednak nadal w to, ze mogę zyc normalnie i być szczęśliwa jak kiedyś. Czas po rozwodzie do poznania jego był bardzo dobrym okresem w moim życiu. Terapia dawała mi sile. Miałam wsparcie, przyjaciół . Teraz mieszkam za granica. Nie mam tu nikogo. Nie mam ochoty nazwiazywac tez żadnych znajomosci, bo mam pokręcone życie i to będzie wychodzić w rozmowie. A ja tego nie chce. Kłamania, kręcenia. A prawdy nie powiem, bo mi wstyd. Czuje się tak bardzo samotna z tym wszystkim. W czwartek mam wizytę u psychiatry. Kiedyś brałam leki. Pewnie i teraz mi da, ale ja potrzebuje terapii. Sama nie ma rady. Nie wiem czy ten lekarz jest tez psychoterapeuta. Zobaczę w czwartek. Tu, za granica jest dużo ciężej znaleźć pomoc, w dodatku, ze muszę szukac polskich lekarzy w tej kwestii. Po niemiecku nie będę umiała wyjaśnić sytuacji. Nie umiem jej nawet po polsku normalnie wytłumaczyć. Czy ktoś tu może ma podobnie jak ja ? Czy ktoś może mi jakkolwiek pomoc ? Nie chce umierać. Chce zyc dla siebie i dziecka. Wiem, ze to wszystko bardzo chaotyczne, ale próbowałam nakreślić sytuacje w totalnym skrócie. Może ktoś ze mną porozmawiać ?
×