Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

eirene

Użytkownik
  • Zawartość

    2
  • Rejestracja

  1. Cześć Wam, Mam na imię Justyna, leczę się na zaburzenia nerwicowe od ok 10lat. Miałam teraz tak naprawdę dwa lata spokoju (z małymi "dołkami"), czułam się dobrze, byłam spełniona, w tym okresie odkryłam swoje prawdziwe zainteresowania, z którymi wiąże swoją przyszłość, wszystko hulało. Nagle bach, zmiana pracy (to była moja decyzja) i znów pojawiła się blokada, wstawałam z bólem brzucha (dzięki nerwicy nabawiłam się Zespołu Jelita Drażliwego), a kładłam się ze łzami w oczach. Strach jest tak ogromny, że uniemożliwia mi normalne funkcjonowanie. Mając wolny weekend już od soboty rano myślę o poniedziałku. Słyszę sygnały swojego organizmu, które wołają o pomoc. Wczoraj wieczór spędziłam w łóżku, łzy leciały niekontrolowane, w nocy gorączkowałam. Czemu ta cholera znów do mnie przyszła? W tym momencie brakuje mi mamy, chciałabym powiedzieć jej, że jest mi źle. A tu w październiku będzie piąta rocznica jej śmierci, gdzie można powiedzieć, że umierała na moich oczach. Rak zabierał ją każdego dnia. Mam męża, z którym jestem już kawał czasu. Ale teraz czuję się jakbym była w tym wszystkim sama, to mnie bardzo boli. Chciałabym tak po prostu móc do kogoś powiedzieć/napisać: hej, mam doła. Będę próbowała pójść na wizytę do innego psychiatry, o którym słyszałam dobre opinie. Ale wizyta dopiero w połowie października, ale żyć trzeba tuo teraz...
  2. Od praktycznie 6 lat leczę się na nerwicę lękową, nerwicę natręctw, miałam również stany depresyjne. Cały czas jestem leczona farmakologicznie, uczestniczyłam również w terapii u psychologa, ale szczerze mówiąc chyba nie trafiłam na odpowiednią osobę, ponieważ nie widziałam żadnych rezultatów tych spotkań. Miewałam gorsze i lepsze okresy, pewnie jak każdy z nas. Był czas, kiedy nie byłam w stanie podjąć żadnej pracy, nawet gdy już ją dostawałam , to popracowałam kilka dni i na tym się kończyło, po prostu ogarniał mnie tak paraliżujący strach połączony z dolegliwościami żołądkowymi i sercowymi, że nie byłam w stanie go pokonać. Potem nastąpił przełom, podjęłam pracę, przepracowałam ponad dwa lata, byłam jednym z lepszych pracowników, zrozumiałam, że to jest to, co chcę robić. Jednak nie wszystko było takie piękne .... We wrześniu 2013 roku u mojej mamy wykryto raka (rak płuca, więc pewnie zdajecie sobie sprawę, że jest on praktycznie nie do pokonania). Załamałam się strasznie, z mamą byłam związana jak z nikim innym, lecz nie pokazywałam tego po sobie, udawałam że jestem silna. Pierwsza chemia, potem druga i trzecia, to było dla mnie ciężkie przeżycie, kiedy widziałam jak mama słabnie z dnia na dzień. Potem jednak nastąpiła poprawa i starałam się wykorzystać ten czas najlepiej jak umiem, nawet wyjechaliśmy na rodzinne wakacje (czułam, że to już ostatnia szansa na taki wyjazd). Pod koniec września 2014 nastąpiło gwałtowne pogorszenie, mama była pod opieką lekarza z hospicjum, brała morfinę, z dnia na dzień gasła w oczach i każdy z nas wiedział, że zbliża się koniec walki z chorobą, przegranej walki. W międzyczasie pojawiły się u mnie problemy kardiologiczne i żadnen lekarz nie wiedział, co mi jest. Miałam skierowanie do szpitala, jednak odesłali mnie z kwitkiem bo "brak miejsc". W połowie października mama zmarła i to ja wzięłam na swoje barki załatwienie wszystkich spraw związanych z pogrzebem. Cała ta sytuacja wiązała się z tym, że przebywałam na długotrwałym l4. W listopadzie poczułam, że czas wrócić do życia, miałam duże wsparcie ze strony osób, z którymi pracowałam, z dnia na dzień było coraz lepiej, byłam z siebie dumna, że znalazłam w sobie taką siłę, że po tych wszystkich przeżyciach wróciłam do normalnego życia. Jednak z początkiem roku, dowiedziałam się, że nie przedłużają mi umowy w pracy, ze względu na moje długotrwałe zwolnienie lekarskie. To był dla mnie cios, bo po powrocie dawałam z siebie wszystko, kierownictwo mówiło, że jest ze mnie zadowolone, poczułam się oszukana, wszyscy wiedzieli co się działo w moim życiu, w jakiej byłam sytuacji.... Podniosłam się z tego, szybko znalazłam drugą pracę, jednak zarobki były niskie i nie byłabym w stanie się utrzymać z tej pracy, w międzyczasie dostałam kolejną propozycję, praca marzeń, duże zarobki, elastyczny grafik, czego chcieć więcej? Przepracowałam dwa tygodnie, później miałam dwa tygodnie wolnego i miałam przyjść na cztery dni, jednak do tego nie doszło. Zgłosiłam, że jestem chora. A tak naprawdę wróciły do mnie lęki z przeszłości, znów poczułam ten strach, gdy tylko się budziłam od razu biegłam do toalety i wymiotowałam. Od kilku dni jestem cieniem samej siebie, prawie nic nie jem, źle sypiam. Mój dzień wygląda następująco: wstaję, płaczę, idę z psem na spacer płaczę, idę spać, płaczę i tak na okrągło. Nic nie sprawia mi radości, nie widzę w niczym sensu i tak naprawdę, gdyby nie mój kochany pies, to całymi dnami siedziałabym w domu. Mieszkam ze swoim chłopakiem, z którym jestem w długotrwałym związku, przez cały czas miałam w nim duże wsparcie. Jednak teraz poczułam się strasznie osamotniona, mam wrażenie, że on potraktował moje nie pójście do pracy jako zwykłą fanaberię, gdy zanoszę się płaczem, to nie czuję w nim potrzebnej mi bliskości, zwykłego gestu, Gdy pyta co mi jest, to próbuję to wytłumaczyć, jednak mam wrażenie, że osoba bez problemów "psychicznych" nigdy nie będzie w stanie wczuć się w tą drugą osobę. W tym momencie bardzo brakuje mi mamy, gdy jestem sama w domu , to biorę jej zdjęcie i znów zanoszę się płaczem, ona dla mnie była zawsze największym wsparciem. Jedyne o czym teraz marzę to siła, nie chcę przegrać swojego życia,
×