Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Framboisee

Użytkownik
  • Zawartość

    22
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Witam wszystkich bardzo serdecznie. W lipcu ubiegłego roku odbyła się moja pierwsza wizyta u psychiatry. Moim problemem były napady paniki, autoagresja, myśli samobójcze, wahania nastroju, napady płaczu oraz stany depresyjne. Lekarz przepisał mi Mozarin 10 mg/dzień oraz Absenor na stabilizację nastroju (2 tabletki, rano i wieczorem). Leki okazały się strzałem w dziesiątkę, bo już po kilku dniach poczułam się świetnie (pomimo wciąż utrzymujących się napadów paniki) i ten stan rzeczy trwał przez kilka kolejnych miesięcy. Na następnej wizycie zgłosiłam lekarzowi, że po lekach jestem trochę senna i śpię dłużej niż zwykle, co trochę przeszkadza mi w codziennym funkcjonowaniu. Psychiatra zmniejszył mi dawkę Absenoru i zwiększył Mozarinu do 20 mg dziennie ze względu na wyżej wspomniane ataki. No i tutaj zaczęły się schody. Po wprowadzeniu tych zmian zaczęłam coraz dłużej spać (nawet do 18h ciągłego snu w ciągu doby) i dopadła mnie kompletna demotywacja. Przestałam wychodzić z domu, zaniedbuję pracę. zaprzestałam aktywności fizycznej, zaczęłam tragicznie się odżywiać, czasami ciężko mi się zmusić do takich czynności jak kąpiel czy umycie zębów. I nie jest to na zasadzie "nic nie ma sensu, jestem nieszczęśliwa, więc po co mam się starać", tylko "mam to gdzieś, zwisa mi to, że śmierdzę i zaraz wywalą mnie z pracy, bo ją olewam". Zawsze chciałam nabrać większego dystansu do życia, ale tego, że popadnę ze skrajności w skrajność się nie spodziewałam. Dodam, że od zwiększenia dawki minęły już 3 miesiące. Czy ktoś z Was miał podobne doświadczenia? Czy istnieją jakieś antydepresanty, które mogłyby mnie pobudzić, czy raczej powinnam pogodzić się z takim stanem rzeczy? Z góry dziękuję za wszystkie odpowiedzi.
  2. Bardzo dziękuję za odpowiedź. Tak, ostatnio mam sporo stresujących sytuacji (praca) i faktycznie moje objawy się nasiliły. Ale nawet jak jest w miarę spokojnie, zawsze znajdę powód, żeby siebie ukarać (czasami jestem w stanie wywlec jakąś sytuację sprzed kilku lat). O wizycie u psychiatry oczywiście myślałam, ale jak już podejmę decyzję, że udam się na wizytę, to zostaję sprowadzona na ziemię, a to przez lekarza, bo "przecież każdy się stresuje, poza tym to na pewno wina Hashimoto i nic z tym nie zrobię", a to przez kogoś bliskiego, bo "przecież leki uzależniają i otępiają, nie pakuj się w to". Jedyną osobą, która nieśmiało zasugerowała mi wizytę u psychologa była moja gastrolog, która przez wiele miesięcy bezskutecznie próbowała złagodzić moje gastryczne dolegliwości (bardzo silne i częste bóle brzucha). Dlatego mam potworny mętlik w głowie i chciałabym, żeby ktoś mi po prostu konkretnie doradził, co mogę zrobić, żeby sobie pomóc i w końcu po wielu latach udręki zacząć żyć normalnie.
  3. Witam wszystkich. Postanowiłam założyć ten wątek, bo pilnie potrzebują porady, a wiem, że w tym miejscu można spotkać ludzi z rozmaitymi doświadczeniami. Tak naprawdę każda odpowiedź będzie dla mnie cenna, bo nie mam z kim o tym porozmawiać, a boję się, że niedługo dojdzie do jakiejś tragedii… Żeby rozjaśnić sytuację, napiszę kilka słów o sobie. Mam 26 lat i od zawsze mam problemy natury psychicznej. Niemal od urodzenia miewam stany depresyjne, wahania nastrojów (napady histerii i euforii/podniecenia w ciągu kilku minut) oraz myśli samobójcze (ciągła wizualizacja własnej śmierci, szukanie sposobów na odebranie sobie życia). Sama nie wiem skąd to się wzięło. Wychowałam się w normalnej, pełnej rodzinie, bez awantur, nadużywania alkoholu i problemów finansowych. Od zawsze zmagam się z niską samooceną, nieśmiałością, poczuciem niższości wobec innych i nienawiścią do siebie samej. Do tego dochodzi nadwrażliwość, ogromna podatność na stres i ataki paniki w miejscach publicznych. Jednak od jakiegoś czasu moim największym problemem jest robienie sobie krzywdy… Nie daję już rady z ciągłym napięciem psychicznym, które często bierze się z niczego. Ot, po prostu jest. Jako małe dziecko (ok. 3-4 lat) zaczęłam obgryzać paznokcie i skubać skórki do krwi, co trwało aż do 23 roku życia. Później troszkę się opamiętałam, bo zaczęłam wstydzić się swoich dłoni, choć nawyk skubania i gryzienia skórek pozostał do dzisiaj. Jak uda mi się zapanować nad tym okropnym nawykiem i doprowadzić dłonie do normalnego stanu, to pojawia się stresująca sytuacja i znowu muszę chować ręce pod stół… Kilka miesięcy temu zaczęłam odreagowywać stres w inny sposób. Najpierw było to wyrywanie sobie włosów z głowy, później bicie się butelką z wodą po twarzy. Następnie przerzuciłam się na wbijanie paznokci w różne części ciała (brzuch, twarz, nogi, szyja) uderzanie w twarz pięścią lub butem z gumową podeszwą (chyba nie muszę mówić, jak okropne ślady mam po tym). Ostatnio „na topie” jest gryzienie się po rękach. Kiedy jestem zestresowana lub poirytowana, wbijam sobie zęby w rękę i mocno zaciskam szczękę. Trwa to tak długo, aż całkowicie się „rozładuję”. Czasami towarzyszy temu płacz, ba, wręcz histeria ! Warto wspomnieć o tym, że zdarza się to w rozmaitych sytuacjach. Np. jak mam stres w pracy, zawiesi mi się komputer, nie mogę czegoś znaleźć, albo nie potrafię czegoś zrobić. Bywa tak, że na zakupach w centrum handlowym, czy na spacerze z psem kumuluje się we mnie złość lub żal (bez powodu), wtedy chowam się przed ludźmi, podwijam rękaw i gryzę się po tych rękach, pozostawiając na nich bardzo głębokie, czerwone ślady. Wiem, że jeżeli tego nie zrobię, wybuchnę płaczem i ludzie będą patrzeć na mnie z politowaniem, co zresztą nie raz się zdarzyło. Nie raz, będąc w domu, złapałam za nóż i byłam gotowa pociąć sobie brzuch, nogi, albo ręce, ale zawsze się powstrzymywałam (strach przed bliznami). Dodam, że jakiś czas temu zdiagnozowano u mnie Hashimoto (TSH, ft4, ft3 w normie, bardzo wysokie przeciwciała). Opowiadałam endokrynologowi o swoich problemach, które on skwitował słowami „No wie pani, dzisiaj każdy jest zestresowany, taki urok tej choroby. Jak będzie pani miała kolejny atak, musi pani sobie wytłumaczyć, że nic złego się nie dzieje, to tarczyca daje o sobie znać”. Na pytanie, czy da się coś z tym zrobić, usłyszałam „nie bardzo” i wtedy mój świat jeszcze bardziej się zawalił… Powiedzcie mi proszę, czy naprawdę nie ma dla mnie ratunku ? Czy powinnam gdzieś szukać pomocy ? Robię sobie coraz gorsze rzeczy i boję się, że w końcu popełnię samobójstwo, albo zrobię krzywdę, której będę żałować do końca życia. Chorobę zdiagnozowano u mnie niedawno, a przecież moje problemy pojawiły się już w dzieciństwie. Powiedzcie mi proszę, co ja mogę zrobić ? Z góry dziękuję za wszystkie odpowiedzi i serdecznie pozdrawiam.
  4. kobieta28, bardzo dziękuję Ci za odpowiedź w moim wątku, Twoje słowa, jak i pozostałych użytkowników bardzo mnie motywują ! Wiem, doskonale zdaję sobie z tego sprawę...chyba to jednak prawda, że żeby pokonać lęk, trzeba się z nim po prostu zmierzyć i nawet wiem to z własnego doświadczenia, bo pamiętam jak to było z moją poprzednią pracą. Ja już dawno uświadomiłam sobie, że niszczę własne życie, ale nadal jakoś nie mogę się zmobilizować i skończyć z zawracaniem sobie głowy takimi rzeczami Tak, to prawda. Ja bez przerwy myślę i to negatywnie. Rzadko kiedy powtarzam sobie, że "dam radę, będzie dobrze, poznam nowych ludzi, usamodzielnię się, zarobię pieniądze, nie będą mieli mnie za obiboka" przeważnie jest tak "nie poradzę sobie, pewnie nikt mnie nie będzie lubił, wyrzucą mnie, jestem głupia". Zdarza się, że budzę się w nocy i nie mogę zasnąć ze stresu, bo ciągle myślę ! To jedyna rzecz, która tak naprawdę jest w stanie mnie jakoś podnieść na duchu. Byłam najsłabsza, a skończyłam jako jedna z lepszych. Przetrwałam dość ciężkie studia, nawiązałam fajne znajomości. Wiem, że potrafię, tylko bardzo niska samoocena jest dla mnie barierą ciężką do przeskoczenia... Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa. Chciałabym zmienić tok myślenia i przestać siebie za wszystko krytykować, tylko jak ? Tyle razy próbowałam i wciąż jest to samo. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem wobec siebie zbyt krytyczna. Absolutnie nie chcę, ale nie potrafię o swoje życie zawalczyć i to powoduje u mnie złość i łzy. Chcę korzystać z życia ile się da, ale sama stwarzam sobie jakieś przeszkody, problemy. Mam wiele zapału do pracy, a ludzie niestety mają mnie za zwykłego lenia Sama sobie na taką opinię zapracowałam. Mogę dodać jeszcze tyle, że wciąż stoję z miejscu. Szukanie pracy ogranicza się tylko do przeglądania ogłoszeń. Nie wysłałam ani jednego CV. Usprawiedliwiam się jedynie w ten sposób, że w moim mieście nie ma ciekawej pracy dla osób z wykształceniem podobnym do mojego. Większość moich znajomych powyjeżdżało do różnych miast Polski. I mi nadarzyła się taka okazja. Wiem już wszystko o firmie, w której miałabym pracować i wiem, że jest dobra atmosfera, świetne warunki, nie tylko finansowe, możliwość rozwoju. Bardzo chciałabym spróbować, ale oczywiście się boję i negatywnie nakręcam, że nie dam rady, że nie wytrzymam rozłąki z rodziną, że jako typowy introwertyk będę się strasznie męczyć w nowym miejscu, wśród nowych ludzi. Z drugiej strony myślę, że może właśnie taki wyjazd wzmocniłby mój charakter, udowodniłabym sobie i innym, że jednak jestem zaradna i samodzielna. Może dodałoby mi to wtedy pewności siebie ? Myślicie, że to realne ?
  5. Naprawdę trudno powiedzieć. Boję się pójść do lekarza rodzinnego po skierowanie, bo przed oczami mam sytuację, gdzie ten mi odmawia i tylko się skompromituję. Nie miałabym oporu przed pójściem prywatnie, bo tam płacę, dostanę to, czego wymagam i na pewno będę życzliwie potraktowana. Nie mam problemu z robieniem zakupów, np. ubraniowych, ale będąc w przymierzalni nigdy nie poproszę o inny rozmiar, tylko sama pójdę po mniejsze/większe ubranie, nie będę pani zawracać głowy, no i wstydzę się. Będąc w knajpie złożę zamówienie, a z zaczepieniem kelnera i poproszeniem o rachunek mam już problem, bo "nie chcę przeszkadzać, widzę, że jest zalatany". Nie wejdę do restauracji, w której nigdy nie byłam i nie zamówię jedzenia na wynos - a może nie da rady na wynos i zrobię z siebie głupka ? A co jak tam nikogo nie ma i będę sama ? Dziwnie tak. Nie ma mowy o wykonywaniu połączeń telefonicznych gdziekolwiek - jak mam problemy techniczne z dekoderem/komputerem/inne, zawsze proszę o to rodziców. Nawet do znajomych nie dzwonię, bo może akurat im w czymś przeszkodzę ? Nigdy nie odbieram połączeń od nieznajomych. Chciałabym podciąć włosy, ale nie pójdę do fryzjera, bo może akurat będą inne klientki i nie będzie miała dla mnie czasu ? Jak ja w ogóle mam czelność komukolwiek przeszkadzać i się narzucać ? Nie pójdę sama na basen, bo może będzie dużo ludzi, dojdę jeszcze ja i ciężko będzie pływać innym ? Najbardziej w tym wszystkim chyba boję się kompromitacji i jakichś niezręcznych sytuacji, że ktoś powie mi coś niemiłego, że komuś zawracam głowę, że powiem coś głupiego. Jeszcze trochę i zacznę wszystkich przepraszać za to, że żyję, chodzę i oddycham.Dlatego też siedzę ciągle zamknięta w swoim pokoju, bo wszystko mnie stresuje. Nawet najprostsze czynności, niezbędne do codziennego funkcjonowania.
  6. Dziękuję, że pytasz. No więc, niestety muszę powiedzieć, że bez zmian. Cały czas wyznaczam sobie jakieś granice " od lipca na pewno zacznę szukać pracy". Jest lipiec, to powtarzam sobie, że jednak w sierpniu i tak w kółko. "Posiedzę w domu, poduczę się angielskiego, będę miała większe szanse", "możliwe, że to moje ostatnie takie długie wakacje, więc z nich skorzystam, a od września wezmę się w garść" i wiele innych. Takimi argumentami oszukuję samą siebie. Obiecałam sobie, że pójdę do specjalisty, powiem o swoich lękach, ale oczywiście nic w tym kierunku nie zrobiłam, bo nawet głupie pójście do lekarza to dla mnie nie lada wyzwanie. Od kilku tygodni wybieram się po zwykłe skierowanie na morfologię i odkładam to w nieskończoność. Nie z lenistwa, a ze stresu. Prawie każda prosta czynność, która wymaga ode mnie kontaktu z drugim człowiekiem jest dla mnie często nie do nieprzezwyciężenia, co powoduje, że moja i tak już bardzo niska samoocena pogłębia się jeszcze bardziej. Chyba już zawsze będę tkwiła w tym bagnie.
  7. Tak, zaglądam tu od czasu do czasu :)
  8. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że jednak nie dam rady. Lęk przed pracą, ludźmi, nowymi sytuacjami i ogólnie życiem jest zbyt duży, dlatego też postanowiłam zamknąć się w domu i tak przetrwać najbliższe lata. Co będzie później ? Nie wiem. Niestety wizyta u specjalisty to dla mnie też za dużo. Nie jestem w stanie wszcząć poszukiwań psychoterapeuty, bo nawet to wywołuje u mnie zbyt duży stres. Bardzo dziękuję Wam za wszystkie wskazówki oraz chęć pomocy i każdemu z osobna życzę wszystkiego dobrego. Pozdrawiam
  9. Framboisee

    Depresja a hormony

    Bardzo dziękuję Wam za odpowiedzi :) Mam nadzieję, że tak będzie. Bardzo na to liczę. Tak, badałam i wyniki wyszły w normie. Jeszcze nie byłam, ale się wybieram w najbliższym czasie.
  10. Od lat miewam stany depresyjne i bardzo intensywne wahania nastroju. Napady płaczu, myśli samobójcze, poczucie beznadziei - przez to wszystko przechodziłam. Stało się to na tyle dokuczliwe, że postanowiłam w końcu coś z tym zrobić, bo tak nie da się już żyć. Jednak nie zaczęłam od wizyty u psychiatry/psychologa. Ostatnio natknęłam się na artykuł dotyczący wpływu hormonów na nasze samopoczucie i dowiedziałam się, że zaburzenia hormonalne mogą powodować depresję i lęki. Czytałam też opinie czytelników i okazuje się, że wielu psychoterapeutów zaczyna rozmowę od pytania, czy z hormonami wszystko w porządku. Sama więc wybrałam się do endokrynologa i opowiedziałam o swoich objawach. Pani doktor bez wahania przepisała mi skierowanie na badania i okazuje się, że są odstępstwa od normy (podwyższony testosteron i prawdopodobnie nadmiar estrogenów). Teraz zastanawiam się, czy źródłem moich problemów faktycznie mogą być zaburzenia hormonalne. Chociaż wydaje mi się to trochę mało prawdopodobne. A czy Wy spotkaliście się z czymś takim ? Czy ktoś z Was miał, albo zna osobę, która miała depresję przez rozregulowaną gospodarkę hormonalną ? Czy uważacie, że taka zależność jest możliwa ? Będę bardzo wdzięczna za odpowiedzi :)
  11. Mam 25 lat, a paznokcie obgryzam od 4 roku życia. Moje palce, opuszki są zniekształcone, nieodwracalnie. Skórki obgryzam aż do krwi, wokół paznokci robią mi się obrzydliwe strupy i rany, a mimo to i tak je gryzę, mimo ogromnego bólu. Tak naprawdę palce trzymam w buzi prawie cały czas. Próbowałam już wszystkiego : gorzkie lakiery, malowanie paznokci, tipsy, zajmowanie rąk czymś innym, skubanie pestek dyni czy słonecznika. NIC kompletnie NIC mi to nie daje, bo zawsze te pazury i skórki zjem. Przeraża mnie to, bo czasami jestem w takim transie, że trudno nazwać to zwykłym obgryzaniem. To jest nachalne żarcie paluchów. I nieważne że boli, że krew mam na dłoniach, ustach, czy ubraniach, bo nie przestanę gryźć dopóki się nie uspokoję. Czy ktoś z Was ma, albo miał podobny problem i jakoś sobie z nim poradził ? Bo jestem bardzo ciekawa, czy dla mnie jest jeszcze jakiś ratunek. Pewnie napiszecie mi, że silna wola przede wszystkim. Owszem, zdarzało się, że paznokcie zapuściłam, pomalowałam, rany się wygoiły i moje dłonie wyglądały całkiem znośnie, ale nawet wtedy trzymałam palce w buzi i musiałam je chociaż delikatnie przygryzać, a z czasem oczywiście całkiem obgryźć i wrócić do punktu wyjścia. Czy to czas udać się do jakiegoś specjalisty ? Psychiatra, terapeuta ? Czy to ma sens ? Będę bardzo wdzięczna za wszelkie sugestie i z góry dziękuję :)
  12. To duży sukces, że coś jednak znalazłeś, a ja czuję, że nawet na to mnie nie stać...
  13. Ja mam bardzo podobnie. W dzień najchętniej nie wychodziłabym z domu i nie mogę doczekać się późnego wieczoru, bo wtedy czuję się lepiej, bezpieczniej. Może dlatego, że wtedy nie rzucam się w oczy tak jak w dzień, tak to sobie tłumaczę...
  14. Prakseda, tak, raczej mnie wspierali i byli przy mnie, kiedy tego potrzebowałam. Chociaż pamiętam sytuacje, kiedy celowo dawałam im znaki, że coś się ze mną dzieje (zawsze wstydziłam się mówić wprost o swoich problemach), moja mama potrafiła skwitować to słowami "oj wymyślasz, wyrośniesz z tego, przesadzasz, itp." czasami to moje marudzenie ją nawet wkurzało i miewałam poczucie, że jestem z tym wszystkim sama. Wiem, że gdybym powiedziała wprost, co mi dolega, że potrzebuję pomocy, to bym ją otrzymała, ale wolałam cierpieć w samotności, wstydziłam się.
×