Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

mmebovary

Użytkownik
  • Zawartość

    44
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Pomóżcie. Rodzina wpedza mnie w coraz większe poczucie winy. Ze przeze mnie bardzo się stresuja, żebardzo ich kkrzywdę. To nie pomaga, nie motywuje. Jest mi tylko trudniej. Mimo leków nie rozstaje się z bólem głowy, nudnosciami. Gdyby tylko wiedzieli, jak strasznie ich oklmalam. Przecież oni mnie zabiją. Krzywdze ich i nie umiem nic z tym zrobić.
  2. @NaN masz rację. Nie ma na co czekać. Musi być ktoś, komu powiem prawdę. W poniedziałek spróbuję się umówić. Bez względuna wwszystko.
  3. @mambałaga cieszę się, chociaż w tym miejscu to stanowczo złe słowo, że ktoś mnie rozumie. Bo robię dokładnie to, co Ty. Możemy sobie zatem przybić piątkę, wznieść toast zimnym piwem, tylko...nie wiem, jak możemy sobie pomóc. @NaaN dzisiaj próbowałam. Z ojcem. Tylko, że...oni są na mnie wściekli w tej chwili, kiedy nie wiedzą wszystkiego. Nie znają skali problemu. Gdyby się dowiedzieli, a raczej kiedy się dowiedzą, chyba mnie zabiją. Za to, w jakie bagno się wpakowałam i że ich okłamałam. I nikt nie będzie pamiętał, że powodem jest choroba. Bo ojciec mi dzisiaj powiedział, że choroba też wynika z lenistwa, bo zachorowałam przez zaległości i problemy, które sobie narobiłam, a one są totalnie z lenistwa...
  4. Przyznaję Wam rację. Też wydaje mi się, że rok brania leków bez terapii to rok jakby bez leczenia. Tylko, że mamy koniec roku akademickiego, powinnam bronić pracę, podejść do sesji, a ja siedzę w domu naćpana tym wszystkim, co zapisała mi psychiatra i boję się wyjść. Z domu w ogóle. Nie wspominając o uczelni. I nie potrafię rozmawiać z rodzicami. Zagrozili, że odetną pieniądze, sprzedadzą mieszkanie, wpędzają mnie w poczucie winy za to, jak oni bardzo martwią się o mnie (czyt. o moje studia). Jestem w kropce, totalnej czarnej murzyńskiej sami wiecie czym i nie mam bladego pojęcia, jak stąd wyjść. To, że oni prowadzą ze mną wojnę wcale nie polepsza mojego stanu. Wręcz przeciwnie. I wcale nie powoduje, że mam ochotę wrócić na studia.
  5. I co dalej? Co z tym zrobić? Uciec? Tylko gdzie? I czy to coś zmieni?
  6. Wracam po jakimś czasie, bo odwiedziłam psychiatrę. Leki na chwilę obecną: venlectine 100 mg, elicea 10 mg i imovane na spanie przez 10 dni. Plus, jeżeli chcę psychoterapia. Pani doktor powiedziała, że przesadą jest na przykład nieodbieranie maili od wykładowców, czy strach przed samym budynkiem.... Rodzina jest zła na mnie, że skupiam się na chorobie, że poszłam do lekarza. Grożą, wzbudzają poczucie winy, krzyczą, żeby wymóc na mnie pójście na uczelnię. Ale to nic nie zmienia. Wręcz przeciwnie, boję się tylko bardziej. Co robić? Najchętniej wzięłabym kilka tych na spanie i zasnęła na jakiś czas, żeby nie musieć ciągle słyszeć, jak bardzo właśnie przegrywam swoje życie. Bo przegrywam, wiem o tym. Ale to nie sprawia, że przestaję się bać...
  7. Może nie do końca o to pytasz, ale ja mieszkam z siostrą, obydwie chorujemy na depresję. Są minusy- nie zawsze jesteśmy w stanie się porozumieć, jej złe samopoczucie napędza moje i na odwrót. To też źródło wiecznych porównań, "kto ma gorzej"... Jest natomiast jeden niezaprzeczalny plus. Nikt inny nie jest w stanie zrozumieć, że boję się na przykład odebrać maila. Zdrowy człowiek bierze coś takiego za wybryk, fanaberię, głupotę. Człowiek przechodzący przez coś podobnego jest w stanie to zrozumieć. Poza tym, obydwie możemy zawsze ze sobą na temat choroby porozmawiać, to nigdy nie jest tabu. Między sobą najczęściej doskonale potrafimy nazywać stany, problemy, przez co na zewnątrz, w rozmowie np. z psychologiem jest łatwiej.
  8. Leki pomagają poradzić sobie z wiecznym "dołem" i ciągłym złym samopoczuciem. U mnie jednak, nie wiem jak u innych, nie pomagają w działaniu. Bardziej działają na zasadzie takiej, że jestem w stanie wstać z łóżka, nie zarosnąć brudem i przygotować coś do jedzenia. Nie powodują jednak, że problemy nagle znikną, albo łatwiej jest się z nimi uporać.... W tym pomoże jedynie psycholog.
  9. Dostałam właśnie eliceę 10 mg, biorę od roku venlectine 100 mg plus dostałam na spanie imovane. Pani doktor kazała mi również brać magnez i neurovit. Nie za dużo tego wszystkiego? Przyznaję, z moją depresją jest naprawdę niedobrze, ale czy nie będę po tym wszystkim chodziła jak zombie?
  10. Znacznie bardziej niż praca przeszkadzam sobie sama w chodzeniu tam. Pracodawca ustalił wszystko tak, bym mogła studiować. Nie chodzę tam, bo się boję. W gruncie rzeczy nawet zabrania się do pisania pracy czy czegoś podobnego. To też wiąże się ze stresem. Odbieranie maili od wykładowców...dawno tego nie robię. Odbiera je moja siostra, a potem mówimi, co w nnich jest. W zeszłym roku w takim mailu odebrałam info, ze muszę powtarzać rok...
  11. Wracam tu po raz któryś...Pierwszy raz spotkałam się z Wami przed moją pierwszą wizytą u psychiatry i przed diagnozą. Diagnoza-epizod depresyjny trwający prawie rok. Leczenie-venlectine 150 w docelowej dawce. Zatrzymałam się na 75. Terapia? Na razie niech pani sobie odpocznie. Ok. To odpoczywałam. Najpierw, bo dostałam zwolnienie ze studiów, potem bo były wakacje. Nauczyłam się, w warunkach inkubacyjnych, czytaj pozbawionych stresu, który u mnie wiązał się przede wszystkim z uczelnią, żyć całkiem nieźle. Zaczęłam pracę, wstawałam o 5, z ochotą do pracy, do ludzi, do życia. Aż do października, kiedy powinnam wrócić na studia. Wróciłam z IOSem, tzn. indywidualną organizacją studiów, która pozwalała mi na przykład nie chodzić na część zajęć, albo przyjść tylko na zaliczenie etc. Spowodowane to było bardziej niż chorobą, faktem, że powtarzam rok. I żeby móc za to zapłacić, musiałam iść do pracy. Powtórzenie roku kosztuje mnie 5 tysięcy. Przez pół roku, kiedy spłacałam raty i bardzo dużo pracowałam, jakoś dawałam sobie radę. Baardzo rzadko pojawiałam się na uczelni. Od tego semestru powinnam na niej być co drugi dzień, a nie ma mnie prawie wcale. Boję się tam wracać, tym bardziej, że spotkało mnie tam ogromne upokorzenie ze strony jednego z wykładowców, u którego mam obecnie coś do zrobienia. W głowie mam kilka rzeczy, które zawaliłam, ale boję się o nich komukolwiek opowiedzieć. Bliskim zależy przede wszystkim na tym, żebym skończyła ten rok. Słyszę, że albo jestem leniwa, albo wszystko tłumaczę strachem, albo nie widzę faktów. Fakty są takie, że mogę, albo z dużym prawdopodobieństwem, nie zaliczę tego roku. Nie-fakty są takie, że panicznie boję się tego miejsca, ludzi, wykładowców. Dodam, że nadal biorę leki, nie byłam na terapii, bo nie zaleciła pani doktor. Nie wiem, kto ma rację. Mój strach, lęk, stres, czy wszyscy naokoło, którzy wmawiają mi lenistwo? Lenistwo względem studiów, z pracą radzę sobie nadal nieźle. Co powinnam zrobić? Do kogo się zgłosić? Jestem nadal chora, czy po prostu nieodporna? Albo leniwa?
  12. od dwóch lat leczę niedoczynność i hashimoto, od roku depresję...i stan psychiczny jest dokładnie taki, jak wyglądam. Raz świetnie, wszystko dobrze, chudnę, czuję się całkiem nieźle, żeby zaraz potem spadł nastrój i skoczyła waga...a to wszystko przy raczej niewielkich zmianach tsh...
  13. mmebovary

    Depresja a studia.

    Tylko że ja jadę na tym cały czas...
  14. mmebovary

    Już sobie nie radzę:(

    Wydaje mi się, że po pomoc powinnaś zwrócić się do lekarza.
  15. mmebovary

    Depresja a studia.

    Witajcie, wracam do Was po półrocznej przerwie. W maju zeszłego roku diagnoza-epizod depresyjny trwający rok. Venlectine 150 plus zwolnienie do końca roku akademickiego. W związku ze zwolnieniem i tym, że nie wróciłam w zeszłym roku na uczelnię, w tym roku powtarzam. Jestem na trzecim roku. Żeby móc powtórzyć wszystkie przedmioty, musiałam zapłacić 5 tysięcy, przez co musiałam iść do pracy. Dostałam indywidualną organizację studiów, tzn. że każdy przedmiot zaliczam na zasadach ustalonych razem z wykładowcą. Niestety, całe załatwianie wszystkich papierów zajęło mi w zasadzie miesiąc, przez co z wykładowcami zaczęłam się kontaktować dopiero w listopadzie. Na początku wybrałam tych, których się w ogóle nie bałam. Zwlekałam, czasu było bardzo mało i dzisiaj jestem głęboko wiecie w czym, bo zostało kilku z którymi nie udało mi się ostatecznie dogadać. Z niektórymi się skontaktowałam, chodziłam na zajęcia, lub ustaliłam, że mam przyjść na egzamin. Wydawało mi się, że jest ze mną super. Myśl o tym, że nie wszystko ogarnęłam zepchnęłam gdzieś daleko wgłąb świadomości, pracowałam, studiowałam i ogarniałam swoją rzeczywistość. Szło mi naprawdę dobrze, może raz przez natłok złych wiadomości trochę się załamałam, ale tak mają również ludzie zdrowi. Od Świąt, w obliczu zbliżającej się sesji/konfrontacji ze wszystkim, powoli wracam gdzieś głęboko w bezpieczne emocje strachu, wycofania. Doszły objawy somatyczne, które były ze mną wcześniej i...na chwilę obecną nie wyobrażam sobie, że mogłabym przekroczyć próg uczelni. Nigdy nie uczęszczałam na terapię, u psychiatry byłam zaledwie kilka razy. Potrzebuję wsparcia, pomocy w tym, co powinnam teraz robić. Do kogo powinnam się zwrócić? Co powinnam zrobić?
×