Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

potrzebnapomoc

Użytkownik
  • Zawartość

    5
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. No i właśnie tu leży cały problem decyzji. Powiedzmy, że jestem w takim stanie, że moje myśli przypominają jedną wielką papkę i nie mogę spokojnie przeanalizować swojego podejścia do leku. Dużo osób mi już powiedziało, że pomaga, tyle samo, że lepiej spróbować na razie bez. To samo jest na forum. psychidae, lekarz psychiatra na pewno wie co robi. tzn. nadal myślę, że są tacy, którzy nie wiedzą, ale ja akurat poszłam do b. dobrej, polecanej psychiatry i wykazała się profesjonalizmem. przepisała mi ten lek, ale nie powiedziała, że koniecznie muszę go wziąć, bo bez tego zginę. zaproponowała różne wyjścia: psychoterapia, psychotropy albo to i to. Świadczy to o tym, że wcale nie jest tak, że muszę biec z receptą do apteki. Nie mam myśli samobójczych, ale mam dziwny stan: wydaje mi się, że się wypaliłam i moje życie się skończyło i nic już mnie nie czeka. Zdaje się, że mam objawy derealizacji. wszystko jest jakieś płaskie, trochę jakbym śniła, nic już nie czuję, a przede wszystkim prawie nic nie pamiętam. Czasem jakiś nie całkiem odległy dzień jest dla mnie czarną plamą w głowie i np. nie potrafię sobie przypomnieć czemu nie poszłam na zajęcia. Nie byłabym taka pewna, czy to depresja reaktywna, raczej na mój stan wpłynęły też inne rzeczy, o czym nie napisałam wcześniej. Serio dużo przeczytałam o tym, że po seronilu (czy też już po odstawieniu) można mieć zaburzenia pamięci. Dla mnie w obecnym stanie taka wiadomość jest przerażająca, bo ja chcę tylko, żeby pamięć i koncentracja wróciły i żebym zaczęła normalnie myśleć i patrzeć. Smutek i samotność, mam nadzieję, znikną później. Do tego znam swój organizm i wiem, że kiepsko reaguje na wszystkie leki, mam słaby żołądek, wątrobę itd. oraz to niekoniecznie należy pisać, bo nie chłopa szukam ; )
  2. Nie chcę się źle nastawiać, ale czytam fora na nerwica.com od jakiegoś czasu i przebrnęłam przez setki stron postów o skutkach ubocznych, problemach z odstawianiem, o działaniach pozytywnych, ale też o braku działania w ogóle (m.in. po seronilu). Wiem, ze to jest całkowicie indywidualne, ale czuję, że zaraz zwariuję od pytania brać czy nie brać. Godzinami tylko siedzę jak sparaliżowana i zastanawiam się, czy to że mi się nie układa w życiu minie jak "zapomnę" i poznam zaufane osoby (i wtedy wróci pamięć i energia), czy jednak muszę brać leki i niszczyć sobie zdrowie i męczyć się z tym przez pół roku lub więcej. -- 27 kwi 2014, 00:20 -- marimorena, Ty masz doświadczenie z fluoksetyną?
  3. Dzięki, będę rozmawiać. Najgorsze w systemie eksperckim jest to, że nigdy nie zdołasz powiedzieć w ciągu paru wizyt terapeutycznych tego wszystkiego, co wydarzyło się w twojej głowie od początku choroby. jak powiedzieć, że twoje życie przez parę miesięcy wyglądało jak stuletni bieg z przeszkodami pod górę. Czasem tracę wiarę w psycholożkę, bo tak naprawdę co ona może zrobić? Ale wiem, mam nie dołować się, walka trwa.
  4. Dzięki za odpowiedź ! Niby leki przepisują, ale przecież taka jest rola psychiatry, daje receptę, ale podkreśla, że to moja decyzja. Psycholożka mówi tak samo. Niby "nie będzie gorzej", ale czytałam dużo o trudnych początkach, czasem czujesz się gorzej przez pierwsze tygodnie, czasem trzeba zmienić dawkę/lek. A ja niedługo mam sesję i chociaż nic nie robię w tym kierunku, bo studiowanie to dla mnie wielki wysiłek, to boję się, że na początku zażywania leku zacznie mi się przestawiać w głowie albo będzie złe samopoczucie fizyczne i wtedy nie będę mogła czytać/myśleć tak samo jak teraz, albo jeszcze gorzej, a zależy mi na zaliczeniu tego roku... (?)
  5. Witam : ) Chciałabym krótko opisać swoją sytuację i zadać pytanie: czy obejdzie się bez leków? czy powinnam zacząć je brać? Studiuję, mam 21 lat, depresję i większość typowych jej objawów. 7 miesięcy temu rozpadł mi się związek i zaczęło piekło. Osoba, którą kochałam odeszła ode mnie, po drodze było parę powrotów i rozstań, próby przyjaźni, krótko mówiąc niepotrzebnie męczyłyśmy się obie w tym bałaganie. Oczywiście ja nie umiałam sobie z tym poradzić i każdy dzień był dla mnie niewyobrażalnym trudem, zadawaniem sobie pytań typu: czy naprawdę jestem tak beznadziejna, czy jest jeszcze szansa, dlaczego to się tak potoczyło itd., ona natomiast w międzyczasie zaczęła układać sobie życie i oddalać się ode mnie. Problem w tym, że trzymałam się jej tak kurczowo i na siłę, ponieważ nie mam innych przyjaciół, a moja depresja pogłębiła się w ciągu paru miesięcy tak bardzo, że straciłam kontrolę nad sobą, zaczęłam mieć wielkie luki w pamięci, trudności z koncentracją, parę razy myśli samobójcze. Byłam i nadal jestem tak samotna (nieśmiała właściwie z natury, pewne trudności z łapaniem kontaktów) oraz czułam się tak fatalnie, że wydawało mi się, iż potrzebuję jej żeby stawać na nogi, leczyć się - bo sama nie dam rady. Chciałam tylko, żeby ktoś był obok i jakoś wsparł mnie w tej czarnej dziurze. Chciałam wydobrzeć i dla siebie, dla niej i dla ludzi wokół. Czasem znikałam na 2 tyg. walcząc ze sobą, ale nie dawałam rady; potem wracałam znów prosić o pomoc i wyrozumiałość. Wkrótce brutalnie się przekonałam, że nie dostanę żadnego wsparcia, co więcej, usłyszałam bardzo złe rzeczy o sobie i przekreślone zostały jakiekolwiek dobre wspomnienia nawet z początku związku. Generalnie, dostałam mentalnego kopniaka na do widzenia. Byłam u psychiatrów 2 razy: orzeczona depresja, recepta na fluoksetynę i terapia. Nie wzięłam leków, nie chciałam. Zaczęłam chodzić do psycholożki dopiero 2 tyg. temu i oczywiście wiem, że nie mogę mieć już kontaktu z tą osobą; że muszę chodzić na terapię, znaleźć siłę, a leki to moja własna decyzja. Mam z tym straszny problem, bo depresyjne tendencje miałam już od liceum, na zasadzie częstego ukrytego smutku. Ale dopiero po tym rozstaniu jestem tak rozpieprzona, że rozumiem czym jest prawdziwa depresja. Wylewam hektolitry łez i czuję "nieludzki" ból w sobie. Mam świadomość, że to choroba + samotność, ale zostałam do tego tak strasznie zraniona, że czasem nie mogę wstać z podłogi (niedowierzanie, rozczarowanie, niemożność pogodzenia się z tym). Boję się leków i nie czuję się na nie gotowa. Bardzo chciałabym wydobrzeć, poznać nowych ludzi; wytłumaczyłam już sobie, że jeśli ktoś zostawia mnie w najczarniejszej godzinie i upokarza, to nie zasługuje na mnie, mam iść swoją drogą. Nie mogę się doczekać dnia, kiedy wstanę i będzie mi się chciało żyć, uśmiechnę się. Ale nadal jest pustka. Czy leki (Seronil) to niezbędność dla mnie? Jak myślicie? Nie potrafię zdecydować, czy warto podjąć to ryzyko? Czy kiedy 'zapomnę' i przerobię terapię z psycholożką, to minie i czy warto tak długo czekać, czy jednak się wesprzeć medycyną?
×