Skocz do zawartości
Nerwica.com

Helix

Użytkownik
  • Postów

    7
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Osiągnięcia Helix

  1. To fakt, zauważyłem ostatnio, że im więcej wychodzę i więcej kontaktów z ludźmi mam, tym lepiej się czuję. Próbuję jakoś opanować swój lęk, negować od razu te wszystkie złe domysły, które podsuwa mi moja podświadomość. Może mi to kiedyś wejdzie w nawyk . Czas działa na moją korzyść. Im dalej od śmierci rodzica i tego niefortunnego związku, o którym wspominałem, tym lepiej. U psychiatry byłem. Jakieś 4 lata temu. Po tym co mu opowiedziałem stwierdził, że to prawdopodobnie problemy z dojrzewaniem i że jestem za młody, by szprycować mnie lekami. Niby cieszyłem się wtedy, że nic mi nie jest, że może mi się wydawało, ale z perspektywy czasu stwierdzam, że zostałem zwyczajnie zmyty przez tego konowała . Skierowanie do psychologa jest wymagane, zobacz tutaj: http://www.prawapacjenta.eu/?pId=2661
  2. Wszystko jest zależne od sytuacji. Kiedyś, jeszcze w czasach gdy uczęszczałem do dziennego technikum, byłem z kolegą na wagarach i idąc drogą kierowaliśmy się w stronę grupki jakichś łebków. Ja chciałem ich ominąć, to kolega rzucił tylko do mnie "co, boisz się?". No i przeszedliśmy między nimi, słuchając jakichś głupich komentarzy skierowanych do nas. Traumatyczne przeżycie to nie było, ale sam fakt, że pamiętam o tym do dzisiaj... Nie pojmuję dlaczego tak jest, że zapominam o tym co dobre, o tym co pozytywnego ktoś o mnie powiedział, a te wszystkie złe sytuacje, które miały miejsce, to pamiętam, jakby się wydarzyły wczoraj. Przyjaciele? Jakby się tak nad tym zastanowić, to ciężko mi jakichś wymienić. Kolega, znajomy, rywal, to tak, ale przyjaciel? Mam takiego kolegę, o którym zwykłem mówić, że jest przyjacielem, tylko że ostatnio strasznie działa mi na nerwy to, że jest taki zakompleksiony. Ciągle próbuje coś komuś udowodnić, przez co między nami wytworzyło się coś w rodzaju jakiejś głupiej rywalizacji, której mam serdecznie dość. Tak naprawdę w moim mieście, czy nawet województwie nie mam żadnej takiej osoby, z którą chciałbym często się widywać, wybierać gdzieś, spędzać wolny czas... Lepsze znajomości zawarłem przez Internet, ale z racji odległości między nami rzadko się widujemy, a szkoda... Najbardziej to mnie atakowała moja była. Krótko mówiąc związałem się z najbardziej chwiejną emocjonalnie osobą, jaką tylko mogłem poznać, która mówiła, że mnie kocha, a ciągle miała mi coś do zarzucenia i wynikały z tego potężne konflikty. Jeśli ktoś mnie kocha, a nie akceptuje, to co to za miłość? Na szczęście tą znajomość mam już za sobą i na przyszłość będę bardziej ostrożny przy doborze partnerki .
  3. Witam po dłuższej przerwie :) . Mój post powitalny został napisany 17 października 2013, czyli ponad pół roku temu. Co od tamtej pory się zmieniło? Chciałem napisać absolutnie nic, ale jednak coś - myśli samobójcze ustąpiły, może nie całkowicie, ale przynajmniej nie są tak intensywne jak wtedy. Swoją drogą, ciekawe czemu? Może to za sprawą bardziej przyjaznej aury za oknem? W każdym razie mój stan nie zmienia się. Jest to stan przygnębienia, lęku, zwątpienia... Skąd to się wzięło? Od pewnego momentu (prawdopodobnie późniejsza podstawówka) źle zacząłem znosić wszystkie ataki w moim kierunku. Przestało to po mnie spływać jak po kaczce - zacząłem wszystko brać do siebie. Zarówno ataki ze strony bliskich, jak i zupełnie obcych osób. Z resztą to nie ma żadnego znaczenia, bo nawet najbliżsi niejednokrotnie mnie zaatakowali i to jeszcze bardziej dotkliwie, niż obcy. Zapewne mam problemy z samooceną. Moim zdaniem problemem nie jest to, że jest zaniżona, bo nie atakuję sam siebie, chyba, że w żartach. Wygląda mi to na to, że jest zawyżona, a skonfrontowanie jej z odmiennymi poglądami innych bardzo źle na mnie działa. Przykładowo nie mogę sobie darować, że ktoś mógł powiedzieć, że jestem głupi - nawet jeśli tego nie uargumentował. Źle to znoszę, gdy ktoś mnie widzi w niezręcznej sytuacji. Nie wybaczam sobie błędów. Przegrana nie działa na mnie motywująco, tylko wyjątkowo zniechęcająco. Jakie jest moje podejście do ludzi? Przyjmuję postawę obronną w większości sytuacji. Przykładowo podchodzi do mnie facet z zapytaniem o aktualną godzinę, a niech wygląda chociaż odrobinę podejrzanie wg mnie, to w moim organizmie włączy się alarm. Nie wiem czy widać to z zewnątrz, ale wewnętrznie czuję wtedy spore napięcie. Wyobraźmy sobie jeszcze sytuację w której stoję na ulicy, a w oddali jest jakaś trójka osób, która przez dłuższą chwilę mi się przygląda - nawet nie wezmę pod uwagę, że może im się spodobałem. Nie. Patrzą się na mnie, więc na pewno mnie obgadują i śmieją się ze mnie. Czy byłem u specjalisty? Owszem. W marcu udałem się w końcu do Ośrodka Interwencji Kryzysowej. Umówiony byłem na wizytę z terapeutką, do której kiedyś uczęszczałem. Powiedziałem, że podejrzewam u siebie zaburzenia lękowe i depresyjne i opowiedziałem historię najlepiej jak umiałem. Zaproponowano mi terapię. Niestety okazało się, że ta terapia nie może być zrealizowana w OIK, bo powiedziałem, że mój problem ciągnie się od dłuższego czasu, a OIK świadczy pomoc tylko dla osób, które przeżywają aktualnie jakąś tragedię. Dostałem za to listę miejsc, w które mogę się zgłosić po pomoc. Nie byłem z tego powodu zachwycony, bo jeśli mam fobię społeczną i depresję, to ostatnie czego chcę, to uganiać się za skierowaniami i szukać dalej specjalisty, któremu będę mógł zaufać... Minęło trochę czasu. Pewnego dnia postanowiłem udać się po skierowanie do psychologa. Zdobyłem je. Czułem się jakbym trzymał bilet na wolność, jednak znowu upłynęło trochę czasu nim zdecydowałem się na wizytę. Zdecydowałem, że będzie to psycholog, który jest najbliżej mojego miejsca zamieszkania, chociaż miałem mieszane uczucia - w końcu, psychiatra, który tam pracuje, kiedyś mnie olał, jednak postanowiłem nie mierzyć wszystkich jedną miarą i spróbować mimo to. Okazało się, że moje obawy się sprawdziły. Pani psycholog wysłuchała, zadawała pytania, ale przez całą rozmowę wyglądała, jakby sama nie wiedziała jak mi pomóc. Nie przyszedłem do niej po to, żeby się dowiedzieć, że z lękiem należy nauczyć się żyć. Tym razem wyszedłem z gabinetu zirytowany - zmarnowałem tylko skierowanie! Z drugiej strony nie będzie mi już potrzebne, bo zacząłem myśleć, że lekarze świadczący leczenie refundowne przez NFZ bardziej pogorszą mój stan, niż pomogą. Mógłbym wrócić do tamtej poprzedniej pani i umówić się na wizyty płatne, ale mam do niej mieszane uczucia. Jej mina była bardzo wymowna, gdy jej wymieniłem nazwisko psychiatry, u którego byłem, ale sama poleciła mi panią psycholog, która przyjmuje w tej samej poradni i która jest równie nieudolna jak on... Koniec końców, muszę szukać dalej pomocy. Mam nawet już na oku specjalistę. Tylko to mnie trzyma przy życiu - ta nadzieja, że gdzieś tam jest ktoś, kto się mną naprawdę zainteresuje i pomoże. Aktualnie jestem jak ciężarówka, która wpadła do rowu. Mam moc, ale im bardziej próbuję się wydostać, tym głębiej się zatapiam. Zwykłe osobówki nie mogą mi pomóc, bo nie są do tego przystosowane. Potrzeba ciężkiego sprzętu... Ktoś musi pomóc mi zmienić nieprawidłowe mechanizmy, które we mnie działają, w przeciwnym razie już zawsze będę ze wszystkiego rezygnował, nic mnie nie będzie cieszyć, wszystko mnie będzie przerastać, a jedyne rozwiązanie jakie będę widział to odcięcie się od wszystkiego, już na zawsze... Zastanawiałem się gdzie powinienem zamieścić ten temat, ale z racji tego, że w większości napisałem tu o moich próbach wyjścia z kryzysu, myślę, że to będzie dla niego odpowiednie miejsce. Pozdrawiam wszystkich :) .
  4. Helix

    Czeeść.

    Czołem! To fajowo, że sobie grasz na gitarze, pewnie uspokaja . Ukrywanie swoich problemów jest o tyle dobre, że nie robisz z siebie ofiary, ale jednak gdy odkryjesz karty, to możesz przekonać się, że jednak komuś zależy na tym, aby Ci było lepiej, więc i to ma swoje plusy :) . W końcu wszyscy mamy swoje lepsze i gorsze dni. Pozdrawiam
  5. Helix

    heeej

    Witaj na forum :) . Od kiedy masz taki stan? Coś go zapoczątkowało?
  6. Helix

    Witajcie

    Witam wszystkich użytkowników forum. Od jakiegoś czasu przeglądam znajdujące się na nim treści i w końcu postanowiłem zasilić jego szeregi, bo widzę, że jest tu sporo osób, które męczy coś podobnego i dostanę tu więcej zrozumienia niż od osób z mojego otoczenia, które nie potrafią wymyślić czegoś innego od "weź się w garść". W moim życiu przeszedłem przez wiele przykrych wydarzeń i w pewnym momencie coś jakby się we mnie zablokowało. To smutne, bo gdy się spojrzy na zdjęcia z młodych lat, to od razu widać, że byłem bardzo wesołym i energicznym dzieckiem, a aktualnie jestem 23-letnim wrakiem, który ma problem z ponownym wyjściem na prostą. Każdy mi mówił, że te wydarzenia tylko mnie wzmocnią, niestety w moim przypadku, to nie działa w ten sposób. Popadłem w depresję i ostatnio nie ma dnia, żebym nie miał problemów z sennością, ociężałością i pytaniami w mojej głowie w stylu "i na cholerę to wszystko?". Ponad dwa lata temu uczęszczałem na terapię, było to w czasie choroby mojego ojca (która zakończyła się zgonem), jednak nie było ze mną jeszcze tak źle i przestałem odwiedzać terapeutkę, bo stwierdziłem, że nie potrzebuję pomocy i poradzę sobie sam. Byłem też w tym okresie u psychiatry, jednak zlał mnie on totalnie i powiedział, że to tylko problemy związane z okresem dojrzewania . Chciałbym poradzić sobie sam z tym wszystkim, jednak ostatnio ciągle przegrywam i zastanawiam się nad kontynuacją terapii - jednak najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok. Pozdrawiam .
×