Dziękuję za słowa pocieszenia. Choć pozytywne nastawienie stoi w sprzeczności z depresją i nerwicą (w sumie nerwica rodzaj depresji). Nadzieja, że leki (asentra i mirzaten) zaczną działać daje pewne pocieszenie. Lata temu, przy pierwszych tańcach z nerwicą, również leczono mnie paroksetyną (paxtin). Nie powiem, przyniosło to spodziewany skutek. Pamiętam jeszcze słowa pani psychiatry: "Tylko niech Pan nie zapracuje się na śmierć". Lek jednak stopniowo wyjaławiał mnie z uczuć. Straciłem zupełnie empatię. Nic mnie nie ruszało. Cudze niepowodzenia, tragedie.I nie bawiło, rozluźniało. Byłem nijaki. Efekt był opłakany - rozpadło się moje małżeństwo. Moja była miała swoje "za uszami". Nie chciałem , nie czułem potrzeby walki o związek..Nie ruszało mnie to. Będzie jak będzie. Spróbowałem zatem bez prochów i lęki wróciły. Tak źle i tak nie dobrze. Z tego równania wolę jednak brak lęków. Upośledzają mnie tak bardzo, że życie przestaje istnieć. Jestem tylko ja i moje dolegliwości.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt ale absolutnie nikt nie doświadczając wcześniej ataków nie będzie w stanie nas zrozumieć. Stąd moje skrobanie tutaj...
Odnośnie nerwicy w dzieciństwie. Właśnie. Mam córkę. Bardzo bym nie chciał by przesiąknęła moją przypadłością. Staram się więc w ostatnich tygodniach trochę ograniczyć kontakt. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczy, zrozumie. Trudne to wszystko jak cholera. Mocy przybywaj !