Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

ich.weisse.nicht

Użytkownik
  • Zawartość

    2
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Tak, odczuwam przy tym również przyśpieszone bicie serca, pocenie się no i drgawka większa. Zauważyłem też ostatnio rosnącą agresję w moich zachowaniach. Kolego Artak - masz racje wczoraj w nocy ze zmęczenia faktycznie pomyliłem terminy socjopatia z fobią społeczną. Choć w sumie zdarzyło mi się parokrotnie spotkaniu z osobami po których widać brak pewności siebie wykazać zachowania zbliżone do socjopatii. Co do tekstu - to chyba nie jest forum literackie czy rozrywkowe. Pisząc tu sądziłem, że ludzie są przyzwyczajeni do nudnych i długich historii...
  2. Przejrzalem kilka artykułów, przejrzałem również kilka tematów na tym forum. I sam już nie wiem. Potrafię znaleźć u siebie objawy wielu zaburzeń. W związku z tym waham się w tej sprawie, czy jestem kompletnym psycholem który musi natychmiast udać się do szpitala, czy też znacznie przesadzam i mam jakieś urojenia - choć swoją drogą to także nadawałoby się do leczenia Generalnie są to 3 rzeczy - lęki, natrętne myśli i dobijające przejawy somatyczne. Sprawiają one, że od kilku dobrych lat(od wieku dojrzewania do pojscia na studia_ że niemal każdy dzień to walka w samotności sam ze sobą. Lęki - tu chyba objawy są podobne do socjopatii - kontakty międzypersonalne bywają niezwykle uciążliwe, najczęściej nie chce mi się z nikim gadać - kiedy już się przełamię to potrafię sprawiać wrażenie zupełnie normalnego, często żartuje i potrafię zyskać niemały szacunek do moich umiejętności deliberowania o przysłowiowej dupie maryny. Schody zaczynają się gdy trzeba pogadać o konkretach, a również w dużej mierze rzeczach popularnych wśród młodych ludzi typu muzyka, relacja. Jest to sfera, gdzie wyłania się się potrzeba zaprezentowania samego siebie. Z wielką niechęcią mówię o własnych poglądach, szczególnie w różnych kontrowersyjnych kwestiach typu historia, polityka itd. Gdy już się zmuszę do tego, to potrafię przeżywać nie lada katusze wypowiadając kolejne słowa. Gdy choć trochę się "ujawnię" to miewam nieraz ciężkie, natrętne ataki myśli o tym zdarzeniu które uniemożliwają mi cokolwiek. Strasznie ciężko mi idzie podtrzymywanie relacji z innymi - jak wychodzę z domu to często całą drogę boję się by nie spotkać jakiegoś znajomego, bo ciągle zamartwiam się że nie będe wiedział jak się zachować, co powiedzieć - szczególnie jak kogoś dawno nie widziałem, z obawy że może mnie już niezbyt pamięta i ma gdzieś, a ja się wygłupie nawet z głupim "cześć". Oczywiście zdaję sobie sprawę z absurdu sytuacji i jak już dojdzie co do czego to potrafię sobie jakoś poradzić, nie mniej lęk "przęd" potrafi być naprawdę paraliżujący - jest zapewne przyczyną tego, że potrafię zacząć mówić dziwnie i niezrozumiale, po prostu bełkotać, a wiem że normalnie potrafię mieć czysty, donośny i zrozumiały głos - czy może potrafiłem, bo nerwowy bełkot to u mnie normalka. Często lęk towarzyszy mi przy sprawach formalnych typu załatwianie spraw urzędowych czy zakupy. Dochodzi nawet do kuriozalnych sytuacji gdzie stresuje się tym, że ktoś może się mnie zapytać o dowód przy zakupie alkoholu, choć pelnoletni jestem juz ze 3 lata. Gdy dochodzi do takich sytuacji potrafię zażartować przy innych, że to fajnie że tak młodo wyglądam, jednak podświadomie czuje się jakbym był naprawdę traktowany jak dzieciak. Generalnie kontakty z innymi utrzymuje jedynie w szkole, pracy, akademiku. Nie mam po za tym regularnych znajomości nie wspominajac o dziewczynie czy przyjaciołach. Z rodziną ograniczam kontakty do minimum - strasznie mnie potrafi zdenerwować i podejrzewam że to ona może być jedną z głównych przyczyn moich zaburzeń. Frustruje mnie nie raz fakt, że choć ludzie wydają się mnie lubić, często się zgadzają z moimi opiniami podkreślając jaki to ja mądry i porządny (choć mi zawsze się wydaje, że nic genialnego nie powiedziałem, przez co czasem mam lęk że to jakaś kąśliwa ironia). A gdy przyjdzie co do czego to w sumie jestem olewany - nikt za bardzo nie chce utrzymywac ze mna kontaktu, spotykac sie - z drugiej strony wiem, ze gdyby jakies propozycje towarzyskie sie pojawily to bylby niebywały stres dla mnie. Chyba tylko raz w życiu byłem w sposób normalny zaproszony na impreze - tzn. w taki sposób że to domnie dotarło czyli dosłowny "jesteś zaproszony - przyjdź". Inne, w formie sugestii, gdybania itp wywołowały u mnie taki stres, nieufnosc, podejrzenia że nie wiedzialem jak na to zareagowac i oczywiście nie zrobiłem nic. Podsumowując - czy samotny czy w towarzystwie czuje sie zle. Nie potrafię czerpać radości - nawet z rzadkich sukcesów cieszę się tylko parę godzin, po czym myślę o nowych nieszczęsnych zapewne wyzwaniach. Natrętne myśli - choć tu napiszę mało, to wcale nie jest mniejszy problem. Razem z lękiem tworzą błędne koło. Najczęściej polega to na tym, że przypominam sobie w kółko przykre, krępujące wydarzenia z przeszłości co powoduje niemożliwość skoncentrowania się na czym innym. Powoduje to też odradzanie się lęków - kiedy na studiach trochę się przełamałem i moje socjopatyczne nastawienie się nieco rozmiękczyło - to dalej nie mogłem uwolnić się od natrętnych myśli jak to drzewiej z tym bywało jak i o różnych przykrościach których doznałem od ludzi. W końcu doprowadziło to do tego, że korzyści z przełamania okazały się minimalne - a teraz w okresie wakacyjnym czuje się tak samo samotny i niemal tak samo pogrążony w apatii niż kiedyś. Objawy somatyczne - generalnie jestem w stanie walczyć zarówno z lękiem jak i z natręctwami. Jednak nie mogę walczyć z objawami, z kolei objawy nie pozwalają mi prowadzić udanej walki z nerwami (mimo wygrywanych potyczek). Tak jak natręctwa odradzają, tak objawy konserwują moje lęki i doprowadzają do obniżenia poczucia własnej wartości. Niekiedy zdarza mi się skok własnej wartości, głównie z powodu dostrzegania wszędzie głupoty,niekompetencji,warcholstwa. Gdy jednak zestawie to ze swoimi poprawami nieraz może wprowadzać mnie to w niebezpieczne huśtawki nastrojów (czasem wręcz myśli samobójcze, ale to nic stałego na szczęście). Ale do rzeczy. Doskwiera mi głównie brak koncentracji, przewlekłe zmęczenie, senność, niekiedy wręcz otępienie - krótko mówiąc zamulenie oraz trzęsienie się kończyn, również wspomniany wcześniej bełkotliwy słowotok. Gdy się jakoś "wstrzele" i skoncentruje się, odmule, poczuję się wypoczęty to potrafię osiągnąć bardzo dobrą formę. Kłopot w tym, że zdarza się to bardzo rzadko i krótko, po czym potrafi mnie to jeszcze bardziej zdołować - bo widzę co tracę gdy jestem w "normalnej" dyspozycji. Z tego wszystkiego sądzę, że nie potrzebuje psychologa, lecz psychiatry a raczej prochów przezeń przepisanych Próbowałem kilka razy się przełamać bez leczenia - na razie kilka wielkich klap i minimalne efekty po wyjeździe do dużego miasta na studia. Chciałbym kilka-kilkanascie kolejnych miesiecy być na lekach - myślę że to by wystarczyło by w miare udanie walczyć z nerwami i być może depresją (tj, nie wiem czy do konca ja mam, a jezeli to jakie stadium). Niestety własnie wizyta u psychiatry jest obecnie chyba z największych lękowych wyzwań w mym życiu. Obawiam się, że nie ułoże na tyle zwięzłej historii jak tu - albo, że przesadzę i jeszcze mnie skierują do szpitala czy coś albo ze wstydu powiem zbyt mało i wyjdę na jakiegoś symulanta bądź dostane nieodpowiednie bądź za słabe lekarstwa. Mam nadzieję, że ktoś zaproponuje tu jak mniej więcej całą sytuacje przedstawić u lekarza, by bez niepotrzebnego użalania się czy lania wody dostać upragnione leki. Chciałbym zaoszczędzić sobie nerwów...dopóki czegoś na nie nie dostane. Kończąc najśmieszniejsze jest to, że pewnie jutro rano dopadną mnie natrętne myśli z powodu tego postu - że jestem idiotą otwierając się tak przed innymi, że ktoś mnie rozpozna, że za dużo napisałem, że pewnie i tak żadnych dobrych reakcji się nie doczekam, że ludzie pomyślą cóż to za psychol pisze. I pewnie przez myśl mi nie raz przejdzie, żeby zapomnieć o tym co tu napisałem i prowizorycznie nie zaglądać tu przez conajmniej tydzień pozdrawiam.
×