-
Postów
10 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Ostatnie wizyty
Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.
Osiągnięcia zpomorza
-
No ale właśnie, czy menel? Jaka ilość/częstotliwość spożywania alkoholu to menelstwo?
-
@Becareful dzięki za odpowiedź i inne spojrzenie na temat. W zasadzie najbardziej rozchodzi mi się nie o to kto ma prowadzić auto, tylko o to czy nie wyszukuje problemu w złym miejscu. Reaguje awersja na każdą ilość alkoholu spożywana przez męża czy przez innych, ale czy mam prawo wymagać od niego całkowitej abstynencji w sytuacji, gdy nie zrobiłam wiele, żeby przepracować swoje traumy z dzieciństwa. Być może on rzeczywiście nie ma żadnego problemu, tylko ja nie mogę racjonalnie ocenić sytuacji. Wypowiada się tu dużo osób z jakąś historią alkoholową, więc patrzą przez pryzmat swoich doświadczeń. Argument, że powinien mnie zrozumieć i zrezygnować, bo jestem DDA nawet do mnie nie przemawia.
-
Nie powiedziałam, że z tego powodu z nim jestem, tylko, że z tego powodu trudniej uzmysłowić mu, że może mieć jakiś problem. Powszechność zjawiska sprawia, że staje się ono standardem, łatwiejsze do przełknięcia. Myślę, że tupnięcie nogą i odejście, bez próby zmiany czegokolwiek, byłoby tak samo złym wyborem jak akceptacja tego.
-
Nie bawi, to jest naturalne, że skoro on wypił w towarzystwie, to ja muszę prowadzić. On wie, że ja i tak nie lubie pić, więc raczej nie zastanawia się nad tym, co jeśli ja też bym chciała. Tylko, że właśnie to nie są nasze ustalenia, nigdy nie zgodziłam się być wiecznym kierowcą z jakichś spotkań, ale co mam zrobić. To nie jest też tak, że za każdym razem muszę go siłą prowadzić do auta, bo nie jest w stanie sam. Chodzi o to, że wypił=nie jedzie. To prawda, nie są to łatwe decyzje. Nie rozpatruję tej sytuacji w kategorii odejść czy zostać. Wiem, że jest w stanie zatrzymać się i zawrócić z tej drogi, jeśli będzie chciał. Problemem jest to, że w środowisku w którym się obracamy, nikt nie widzi problemu, wręcz na każdym kroku utwierdzany jest, że jest wszystko w porządku. Zdecydowana większość męskich członków naszej rodziny ma taki sam albo większy problem i nikt nie mówi o tym głośno.
-
No właśnie, każdy żyje w jakiejś bańce, w tej to akurat ja jestem świrem, bo mam z tym problem. Jeździmy autem, on prowadzi w jedną stronę, a z powrotem to zazwyczaj ja, bo on już nie może. Niezręcznie (delikatnie mówiąc) robi się, kiedy nasz syn mówi, że tata nie kieruje, bo pił alkohol. Przykre jest, że nie widzi tego, co ja widzę. Nie jest głupim facetem, myślę, że ma jakieś refleksje, ale boi się przyznać, że rzeczywiście może mieć jakiś problem. Jakby bał się, że wypowiedzenie tego na głos zaszufladkuje go i wtedy już spełnią się te wszystkie moje wizje, że skończy pod sklepem itp.
-
Dziękuję za Wasze odpowiedzi! Tak, tak, to że on nie ma problemu żadnego i w każdej chwili może przestać już przerabialiśmy. On twierdzi dokładnie, że lubi dla relaksu wypić to piwo, odprężyć się po stresującym dniu itp. że to przecież normalne i wszyscy tak robią. I o zgrozo w naszym otoczeniu to jest rzeczywiście normalne. Kiedy odwiedzamy teściów czy jego siostrę, pytanie czy się czegoś napije pada zaraz po zdjęciu butów (i nie jest to pytanie o kawę czy herbatę). W takich sytuacjach czasami się zastanawiam, czy aby na pewno nie przesadzam. Każda impreza, nawet urodzinki dzieci kręcą się wokół alkoholu, każde spotkanie nawet takie spontaniczne bez okazji musi być okraszone alkoholem. To nie jest też tak, że ja całe życie byłam abstynentką. Jak "uciekłam" po maturze do innego miasta odczułam, że w końcu ten problem z domu mam już za sobą, też poszalałam trochę, popróbowałam życia jak inni. Ale trochę dorosłam, pojawiły się dzieci, zmieniły się priorytety, potrafię się bawić i relaksować bez tego. A mój mąż nie chce/nie potrafi sobie tego odmówić. Na pytanie "ze mną się nie napijesz?" to już w ogóle nie potrafi odmówić. Myślę, że czeka mnie kolejna już rozmowa z nim z postawieniem sytuacji jasno. Do tej pory nie stawiałam, żadnych warunków, ale może taki silny bodziec będzie w stanie go otrzeźwić w myśleniu.
-
Pochodzę z domu, w którym alkohol był i sprawiał problemy. Mówiąć wprost, ojciec chlał, jako dziecko widziałam różne sceny, awantury, spotkania jakichś koleżków, leżącego ojca w różnych miejscach. W tym wszystkim matka zgrywająca męczennice, tuszująca to wszystko przed pozostałą rodziną, babcia obwiniająca o wszystko mamę, broniąca swojego jedynego syna itp. Jakby tego było mało, to ojciec stracił sprawność fizyczną jak miałam 2 lata, więc poza samymi awanturami po alkoholu dochodziło też wieczne pilnowanie go czy nie zrobi sobie krzywdy. No ale nie do końca o tym chcę napisać. Otóż mam swoją rodzinę, męża i jest ogólnie w porządku. Ale on nie ma takich doświadczeń z domu, rozumie mnie, przynjamniej się stara, też był świadkiem niektórych scen. Ale jestem przez to wszystko spaczona. Bardzo denerwuje mnie, kiedy on pije alkohol. W mojej głowie pojawia się tylko jedna wizja: skończę jak moja matka, a moje dzieci jak ja. Mój mąż lubi alkohol, nie wiem czy bardziej niż powinien, pije na imprezach rodzinnych, w domu przy weekendzie jakiegoś drinka, w tygodniu piwo. Moim zdaniem to i tak jest za dużo, bo alkohol to syf, ale czasami się zastanawiam, czy nie przesadzam. Czy to nie jest rzeczywiście mój problem, który wyolbrzymiam za sprawą doświadczeń z dzieciństwa. Mój mąż nigdy nie robił awantur po alkoholu, nie jest agresywny itp. Wkurza mnie, że taka kultura picia z każdej okazji nadal ma się dobrze, przynajmniej w moim otoczeniu. A kiedy próbuję coś na ten temat mówić, to jest to zbijane argumentem, że przecież alkohol jest dla ludzi. Czy ja powinnam to sobie przepracować i dać mu spokój, czy jednak moja krucjata antylkoholowa ma jakiś sens?
-
Jeśli chodzi o aktywność zawodową, to mam nadzieję, że kiedy młodszy syn pójdzie do przedszkola to coś znajdę. Myślę, że wyjście do ludzi dobrze by mi zrobiło. Nie mam koleżanek z dziećmi, nie mam w zasadzie żadnych bliższych koleżanek, z którymi mogłabym porozmawiać. Mam wrażenie, że ludzie nie chcą wchodzić w bliższe relacje, każdy żyje w swoim małym środowisku i nie chce angażować sił w coś dodatkowego. Dlatego też czasami szukam jakiegoś kontaktu nawet w sieci, na forach. Czasami łatwiej tak znaleźć z kimś wspólny język.
-
Te 6 lat to czas od kiedy zaszłam w pierwszą ciążę, wtedy była jeszcze pandemia, mieszkaliśmy z mężem za granicą. Potem stwierdziliśmy, że zostanę z dziećmi w domu, w międzyczasie przeprowadzaliśmy się i tak naturalnie podzieliliśmy się obowiązkami. Czy przedtem byłam bardziej rozrywkowa? Pewnie nie aż tak bardzo, ale miałam więcej niezależności, żyłam w dużym mieście z możliwościami. Teraz mieszkam na wsi, z rozrywek pozostaje mi wyjście na spacer do lasu albo podstawowe zakupy w biedrze. Dawne znajomości się rozleciały lata temu, teraz każdy ma już swoje życie, poznać kogoś nowego też jest truno, zwłaszcza jeśli miałaby to być głębsza znajomość niż przypadkowe spotkania raz na rok.
-
Hej wszystkim! Jestem tu nowa i nie jestem zdiagnozowana. Jednak od dłuższego już czasu czuję się słabiej, jestem zlękniona, zestresowana, łatwo się denerwuję. Funkcjonuję na autopilocie i w zasadzie czekam na wiosnę, żeby wyjść z tego zimowego osłabienia. Prywatnie jestem mamą dwójki i od prawie 6 lat moje życie toczy się głównie w domu. Czuję, że się zasiedziałam, a jednocześnie boję się coś zmienić.