Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Halem17

Użytkownik
  • Zawartość

    2
  • Rejestracja

  1. Cześć. Co o tym myślicie? Uwielbialam swoje gimnazjum,kochałam do niego chodzić,uczyć się. Miałam świetne oceny,zapał do nauki, fajne koleżanki, tytuły laureatów dwóch olimpiad gimnazjalnych. Nic nie sprawiało mi problemu. Nie umiałam pogodzić się ze zakończeniem gimnazjum,bardzo plakalam przez całe wakacje. Uparłam sie, że chce iść do liceum dwujęzycznego z rzadkim językiem w innym mieście (Katowice),bo bardzo kochałam się to uczyc. Trafiłam tam po ostrej selekcji na egzaminach wstępnych,ale szkoła kompletnie mnie rozczarowała. Byla to szkoła bardzo specyficzna,do której ciezko bylo sie przyzwyczaić osobom z Katowic czy ze Śląska,a co dopiero osobie spoza regionu. Poza tym, prawie wszyscy znali się już wcześniej z gimnazjum dwujęzycznego znajdującego się w tym samym budynku. Bylam jedna z 6 osob,które były spoza tego gimnazjum. Nikogo nie znałam, czulam sie obco,niekomfortowo. Bylam z daleka od domu, wypłynęłam na "głęboką wodę" od razu po szoku,jakim był dla mnie koniec gimnazjum. Dodatkowo, moja naiczycielka polskiego,ktora najpierw zachwalała moj styl pisania i zaczela mnie przygotowywac do olimpiady polonistycznej,nagle na forum klasy stwierdzila,ze jednak nic nie umiem i nie powinnam startować w konkursie. Postanowiłam zmienić liceum na szkole w moim mieście. Jest to jedno z najlepszych liceów w Polsce i województwie, a najlepsze w mieście. Bez zastanowienia przepisałam sie do klasy humanistycznej,bo nie dość,że bylam laureatką konkursu przedmiotowego z polskiego,to od dziecka lubiłam pisac,czytać,interesowałam sie kulturą i filmem. Poszłam za swoimi zainteresowaniami, nie myslalam przyszłościowo,perspektywicznie. Cieszyłam sie,że jestem w szkole,w której znam duzo osob,było mimo wszystko lepiej. Niestety,w tej szkole najlepszych nauczycieli dostają tylko klasy matematyczne. Dyrektor jest matematykiem i klasy o profilu ścisłym to jego oczko w głowie. Na własne życzenie więc trafilam do najgorszej,"najgłupszej" klasy w szkole. Do tego,po tych dwoch miesiacach, ludzie zdazyli sie juz poznac,a ja znowu bylam "tą nową". Klasa jest dzielona na pół. Połowa ma rozszerzenia biologiczno-chemiczne,połowa humanistyczne. Ludzie z biolchemu byli albo nijacy albo imprezowi i nieco puści albo skrajnie "kujonowaci". Na humanie za to chłopcy typu "dojrzałe gimnazjum": głupie odzywki, zaczepki, przeszkadzanie na lekcjach, irytowanie nauczycieli, śmianie się z innych,palenie,picie na pokaz. Są inteligentni,ale bardzo dziecinni. Kilka dziewczyn podobnego typu,skupionych na makijażu,olewających naukę,które dostaly sie na humana tylko dlatego,że miały za mało punktów,żeby dostać się na innych profil ( jest w naszym roczniku jest niz demograficzny,a niektorzy i tak dostali sie dopiero na początku roku szkolnego, bo mieli za mało punktów,zeby dostac sie w pierwszej turze) Niektóre osoby są w miarę okej, inne nieco przemądrzałe,ale z nikim w tej klasie nie umiałam znaleźć wspólnego języka (w gimnazjum miałam klasę żeńską i z każda z dziewczyn utrzymywałam jakiś kontakt) W nowej klasie nie rozmawiałam z nikim,trzymałam się na uboczu,modląc się,żeby rok szkolny sie jak najszybciej skończył. Nie jeździłam na wycieczki, stres zżeral mnie każdego dnia,gdy tam przychodziłam. Wychodzilo na to,ze w kolejnej szkole czuje sie jak na polu minowym, dziwnie,obco,samotnie. Nie mialam do kogo otworzyc buzi,nikt mnie nie znal,nie cenil. Dodatkowo mialam okropnych nauczycieli. Dostaliśmy bardzo młoda polonistke,byliśmy jej pierwszą klasa,którą uczyła. Przyszła tylko na rok,niby na zzastępstwo. Byla bardzo dziwna,nerwowa,wyzywala sie na nas. Krytykowała nasze umiejętności na forum klasy. Pytala nas co lekcję,wprowadząjac miniterror. Nikt tak naprawfe sie jej nie bal,bo byla w tym swoim terrorze bardzo zabawna. Nie umiała sobie poradzić z klasą,pilnować jej,wszyscy sobie z niej żartowali,przeszkadzali na lekcjach,śpiewali. Wszyscy czuli jednak niechęć, jaka od niej płynęła w nasza stronę, nie umiała jej ukryć,zachować się profesjonalnie. Pomimo to,że później zaczela mnie chwalić, na początku krytykowala moj styl pisania,mówiąc,że tylko traci czas czytajac moje prace. Do tego moi koledzy z klasy ciagle sie ze mnie smiali,a ja nawet nie zdawalam sobie do konca z tego sprawy. Bylam inna,nie chodzilam na imprezy, nie szalalam,nie integrowałam się z nimi. Jeden kolega udawal,ze mu sie podobam,po cxym okazalo sie,ze robil sobie ze mnie jaja,mowiąc kolokwialnie. Doczekalam sie zakonczenia roku, wybieglam przeszczęsliwa ze szkoly. To byly najpiekniejsze wakacje mojego zycia. Pracowalam w redakcji festiwalu filmowego, zaczelam pisac z pewnym chlopakiem ze szkoly. Wydal mi sie idealny. Oczytany,madry,zdolny matematyk. Zakochalam sie w nim. Zwiazalismy sie na poczatku wrzesnia. Zaczelam namiętnie chodzić do szkoły, nie chciałam opuścić ani dnia,bo mogłam sie z nim wtedy zobaczyc. Byl bardzo ambitny,az nazbyt. Zalezalo mu tylko na nauce,olimpiadach I ocenach. Chcialam mu dorownac,co wywolywalo u mnie ogromny stres,ale przynajmniej mialam motywację do nauki. Dodatkowo okazalo sie,ze zwolnili nauczycielke od polskiego,a dostalismy wspanialą polonistkę na polskim podstawowym oraz "legendarną kosę szkoly"(ktora jest juz w wieku emerytalnym) na rozszerzonym. Tej drugiej nie znosilam, jej lekcje byly totalną pseudointeligencką paplaniną o wszystkim i o niczym,te pierwsza pokochałam. Znowu zaczelam się interesować literaturą, pokochałam jej lekcje. Uczyłam się wszystkiego najdokładniej jak się da. Ona zauważyła moje zdolności,bo przez całą drugą klasę namawiała mnie do olimpiady z polskiego. Po akcjach z tamtymi polonistkami nie bylam co do tego przekonana,ale nie dawała za wygraną. Wierzyła w mój styl,talent. Moj chlopak za to okazał się toksycznym człowiekiem,mialam z nim okropne przejścia. Gdy ze mną zerwał (a powinnam zrobić to ja)nauczycielka mnie pocieszala,rozmawiała ze mną,przytulala itd. Juz wtedy powoli tracilam chęć do nauki,do przychldzenia do szkoly,ciwzko to przezylam. Widzialam go codziennie,co potęgowalo moj stres i smutek. Widzialam do tego,ze on ma to zupelnie gdzieś, rozrywalo mnie od srodka. Ale mialam swoją nauczycielkę Spelnilo sie moje marzenie o posiadaniu w szkole kogoś,kto uważa mnie za zdolną osobę,ceni,wspiera,dopinguje. Ta polonistka to wszystko robiła,a jednak czasami czulam jej niechęć. Często zachowywała się jakby miała wypalenie zawodowe:nie przynosiła kartkowek na czas,mówiła,że ma dość szkoly,papierologii,że tak naprawdę chciala pracować w redakcji,przy filmie (pisze recenzję filmowe,jeżdżę na festiwale jako dziennikarz, opowiadałam jej o tym)Z drugiej strony wiedziałam,że mnie lubi. Duzo ze mną rozmawiała, w ogole spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Na koniec roku powiedziala dla mnie wtedy dziwną rzecz. Na forum klasy rzucila,ze nie wie,czy bedziemy miec dalej lekcje razem. Pozniej zapytala sie nas,czy w zeszlym roku human i biolchem miał osobno polski (tak bylo). Zapytała wtedy,czemu ona ma w takim razie z dwiema grupami. Bardzo mnie przerazila ta informacja i myslalam o tym cale wakacje Niestety pomimo bardzo sympatycznego sposobu bycia jest bardzo nieslowna. Umówiłyśmy sie,że będziemy pracować nad olimpiadą w wakacje. Mowila mi,ze tak jest najlepiej,bo potem bedzie wiecej czasu we wrzesniu. Obiecywala zlote gory, to jak bardzo mi pomoze w wakacje,ze zrobimy bibliografię, wybierzemy ksiązki, doradzi mi ktory temat wybrac itd. Dała mi swój numer telefonu I powiedziala,że mam pisać,gdy już będą tematy na stronie. Spotkałam ją później na mieście,kazala mi napisac jej smsa z informacją o tym,który temat wybrałam. Wieczorem próbowałam do niej zadzwonić,nie odebrała dwa razy,odrzucila połączenie. Napisalam więc smsa,odpisała na drugi dzień,że da mi znać za dwa dni. Nic nie napisała. Spróbowałam ponownie na początku lipca, napisalam do niej z prośbą o jakies wskazówki, tym razem zupełnie zignorowala smsa. No nic. Zaczelam pracować sama. Wybrałam trudny temat nie zdając sobie sprawy z tego,że mogę nie dać rady. Zaczelam czytać sama lektury,napisalam konspekt,który jej wyslalam. Dopiero wtedy się odezwala pisząc,że spotkamy się we wrześniu. Tymczasem okazało się,że nie będziemy mieć już z nią lekcji,bedzie uczyla tylko biolchem, zaś humana polskiego będzie uczyc znienawidzona nauczycielka z rozszerzenia. Zalamalam sie. Plakalam. Najpierw straciłam chlopaka,w którym bylam zakochana,A teraz ukochane lekcje,które mnie inspirowały i sprawiały,że chcialo mi sie chodzić do szkoły. Próbowaliśmy z humanem wszystkiego,zeby przywrócić zeszłoroczny układ,ale niestety nieugięty,narcystyczny dyrektor nie chciał się zgodzić. Nawet owa nauczycielka próbowała coś uwskórać,niestety na daremno. Bardzo cierpiałam,wiedząc,że kiedy ja siedzę na znirnawidzonycu lekcjach,druga część klasy ma lekcje z moją ulubioną nauczycielka. Całkowicie stracilam chec do chodzenia do szkoly. Zaczelam opuszczac mnostwo zajec, odczuwac ogromny stres,gdy pomyslalam o tym,ze musze danego dnia przyjsc do szkoly. Zaczelam bardzo duzo spac, mialam mysli samobojcze, brak motywacji do niczego,przestalam sie uczyc,zupelnie przestało mi zalezec na czymkolwiek,a tym bardziej na ocenach. Potrafilam spac po 16 godzin dziennie, nie miałam do niczego energii,było mi niedobrze,słabo, nie mialam siły dosłownie na nic,nawet na najprostsze czynnosci. Czesto sie nawet nie mylam, przesypialam problemy. Sprawe pogorszyla wizyta u psychologa szkolnego,do ktorego na sile poszli rowniez moi rodzice. Zaczela mi wtedy wymyslac na sile zaburzenia osobowisci,choroby psychiczne, traktowala mnie z wyzszoscią jak osobę niespelna rozumu. Rozdmuchala sprawę wsrod nauczycieli, rozgadywala moim rodzicom to, o czym jej mowilam,pomimo,ze jestem juz od dluzszego czasu pełnoletnia. Zaczelam wagarować, uciekać ze szkoly. Sama zaczelam myslec o sobie,ze jestem chora psychicznie. Przychodzilam do szkoly,rozmawiałam z moją nauczycielką i albo wychodzilam do domu albo siedzialam w szkole w roznych miejscach:na korytarzu,przy szafkach, w schowku,ale nie na lekcjach. Nie umiałam na nich wytrwać, mialam wrazenie,ze marnuje czas. Co prawda,współpracowałam dalej z moją ulubioną nauczycielką nad olimpiada. Ale ciężko to nazwać współpraca. Rozmawiałyśmy jedynie na przerwach, siedzialam z nią w jej sali, spracerowalysmy razem na korytarzu,ale w niczym mi nie pomogła. Wyglądało to bardziej na nienaturalnie przyjacielską relację niż na wspolprsce olimpijską, bo nawet nauczyciele zauwazali,ze ciagle ze sobą W szkole rozmawiamy. Nie podpowiedziala mi zupełnie nic, nie sprawdzała fragmentów pracy,które jej dawałam, nie otrzymałam ,od niej ,żadnej merytorycznej pomocy (a potrzebowałam tego,bo pierwszy raz brałam udział w olimpiadzie). Ciagle odwoływała nasze spotkania w sprawie rozprawki,spotkaliśmy się może dwa razy,ale nie dala mi zupelnie zadnych wzkazowek ani uwag co do pracy Mówiła,ze mam przyniesc cala prace i wtedy ona dopiero podsuwa niektore fragmenty,porobimy przeróbki,korektę itd. Mnie było ciężko przynieść od razu gotową pracę,bo nie do konca wiedziałam,jak się pisze coś takiego. Niestety złamała obojczyk miesiąc przed oddaniem pracy. Zadzwoniła do wicedyrektor z prośbą,zeby mi kogoś wyznaczyli jako opiekuna,bo ona nie może nic podpisać będąc na L4. Wicedyrektor zawiadomila moich rodziców, kiedy byli na spotkaniu ze szkolnym psychologiem w sprawie moich problemów I frekwencji. Powiedziala,że mojej nauczycielce bardzo zależy na tym,żebym dokonczyła swoją pracę. Mialam juz wtedy zagrożenie z matematyki, ale wcześniej nie dbałamm o to,bo chodziły mi po głowie mysli,ze najwyżej odbiorę sobie życie,zanim mi te jedynkę postawią. Potem poszłam sama do vicedyrektor,która z głupim uśmiechem powiedziala mi,że moja nauczycielka "pomagała mi" w pisaniu pracy tylko z grzeczności, tak naprawdę to uczy mnie ktoś inny. I jeśli traktowałam ją jako "swoją terapię" to mam przestać,bo ta nauczycielka nie ma takich uprawnień i spytała czy "pojde sie leczyć". Wyszłam stamtąd szybko,prosiłam różnych nauczycieli o pomoc przy olimpiadzie,jednak wszyscy mnie ignorowali. Vicedyrektor powiedziala,ze albo kończę to sama albo idę do mojej aktualnej nauczycielki. Wybrałam pierwsza opcję. Bardzo mi było żal nauczycielki,która miała wypadek,złamała obojczyk. Plakalam,bo wyobrażałam sobie jak cierpi,jak ja boli. Zrobilam co mogłam,pisałam prace samodzielnie,samodzielnie ją wyslalam,po szczęśliwym rozwiązaniu sprawy z recenzjami i protokołem. Napisalam do nauczycielki miłego smsa,ona odpisała,że gratuluje mi pracy i cieszy się,że ma taką mądrą i wrażliwą uczennice. Wcześniej rozmawiałyśmy jeszcze przez telefon,ale wpieedalam mi,ze nie jest w stanie mi pomóc,bo jezt tak lekach i jest nie życia. Uwierzyłam jej. Później były święta i wróciła na chwilę po feriach. znowu dużo rozmawiałyśmy, ciągle chciala,żebym do niej przychodziła,chociaż tradycyjnie potem mnie od siebie wyganiała. Nadszedł czas ogłoszenia wyników (I tak jak podejrzewalam) nie dostałam sie. Przyszłam rano do niej, spytałam jak jest. Byla ogromnie zdenerwowana. Powiedziala,że mam bardzo mało punktów,ze sie nie dostałam. Na początku jeszcze panowała nad sobą,ale później wybuchla,pytała co zchrzanilam, mówiła,że to moja wina. Zachowała się nieprofesjonalnie. Nie pomogła mi prawie w ogole,a teraz winę za niepowodzenie zrzucila na mnie. Zaczela mi mówić przykre rzeczy,dokuczać, mialam wrazenie,że mnie odrzucila, że już nie jestem jej potrzebna. Powiedziala,żebym pojechała obejrzećobejrzeć recenzję pracy i wyslala jej to mailem, a potem możemy się spotkać. Domyśliłamł sie,że kłamie i na pewno tego nie zrobi,więc wyslalam jej te zdjęcia dopiero po feriach. Napisalam,że chciałam się wobec niej dobrze zachować, bo wiedziałam,że zalezy jej na tym,żebym ukończyła pracę i dlatego ja wyslalam. Podejrzewałam,ze sie nie dostanę,ale ważniejsze od wyniku bylo dla mnie to,żeby zachować się dobrze. Że się tym nie przejmuje I o wiele bardziej przykro mi jest z tego powodu,że nie mamy razem lekcji. Napisalam tez (dobitnie) ze nikt mi nie pomógł I zwyczajnie nie umiałam sobie poradzić samej z pracą takiego kalibru jak rozprawka olimpijską i ze przykro mi,jeśli ja zawiodłam,ale robiłam co mogłam. Niestety,nauczycielka olala mojego smsa. U psychiatry okazało się,że mam nerwice i przeszłam załamanie nerwowe. Kiedys mialam same piątki,w tym roku spałam na dopuszczające. Na polrocze mialam jedynkę matematyki, moja frekwencja jest okropna. Kiedy mam przyjść do szkoły,robi mi sie nie dobrze,słabo,jestem nerwowa, trzęse się,chodzę spięta. Czuje wtedy podswiadomie ogromny lęk.Od sytyacji z nauczycielką (bylo to 9 stycznia,potem byly ferie,teraz znowu musze chodzic do szkoly) nawet nie mogę wysiedzieć na lekcjach, nie mogę nawet na nie przyjść,bo odczuwam ogromny lęk i dyskomfort. Z osoby ciekawej świata,pełnej pasji,z dużą wiedzą,zrobił się że mnie jeśli jeszcze nie wrak człowieka,to wrak ucznia. Najgorsze jest to,że moja szkoła jest obiektywnie fajna, nie chcialabym jrj zmienic. Chodzą tam w gruncie rzeczy porządni ludzie,w innej szkole czulabym sie o wiele gprzej. Problem w tym,ze mialam tutaj mnóstwo nieprzyjemnych przeżyć,które rzutują na ogólne postrzeganie tej szkoły. Straciłam teraz nawet zaufaną nauczycielkę. jestem w klasie maturalnej, boje sie nawet niezaliczenia roku. Tragedia.
  2. Dzień dobry. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że bez względu na to, co tutaj napiszę nie jestem złym człowiekiem i nigdy nikomu nie życzyłam źle. Nie czuję się nim chociaż moi rodzice często mnie takim nazywają. Zacznijmy od początku: Kiedy byłam małym dzieckiem zachorowałam na paskudną chorobę. Przeżyłam ją dwa razy i od tego czasu rodzice zwariowali na moim punkcie. Mogłam robić bez nich bardzo niewiele. Właściwie nic. Często chorowałam. Co prawda, chodziłam do przedszkola, ale tam też zawsze odstawiali cyrki. Inne dzieci jechały na basen- ja nie, bo jestem zbyt krucha i mogłabym zachorować. Na wycieczkę- też strach puścić. Na to, na tamto, na wyjście. Niekiedy miałam wrażenie, że wszystkim wokół każą traktować mnie jak inwalidę. We wszystkim mnie wyręczali. Sprzątali za mnie. Pomagali nawet w najbardziej błahych czynnościach. "Tu nie wolno ci stanąć, bo przeciąg. Ona nie może kłaść się na podłodze, bo podłoga zimna. Ona musi chodzić w chustce na głowie, bo przewieje jej uszy" Czasem zostawałam w przedszkolu sama z panią. Bywało, że działo się tak na moją własną prośbę, bo nawet takiemu małemu dziecku jak ja dźwięczało w uszach " ty nie możesz, bo miałaś porażenie". Słuchałam ich wtedy i wyprzedzałam ich myślenie. W przedszkolu byłam dzieckiem chwalonym i towarzyskim. Chociaż według mamy i taty od małego uchodziłam za nieznośną, płaczliwą i męczącą. Już wtedy panie wysyłały mnie na konkursy i namawiały moich rodziców, żeby posłali mnie wcześniej do szkoły. I ta propozycja spotkała się z odrzuceniem- stwierdzili, że sobie nie poradzę. Kiedy przyszła pora na szkołę podstawową przepowiednie pań z przedszkola się sprawdziły. Zaczęłam swoją karierę szkolną z przytupem, jako najlepsza uczennica w klasie. Nadal dużo chorowałam, ale bez problemu nadrabiałam cały materiał z wymiernym efektem. Kochałam chodzić do szkoły. Tam zawsze mnie chwalono. W domu często czułam w tym aspekcie niedosyt. Nie pamiętam zbyt dużo znaczących zdarzeń z moimi rodzicami z tego okresu, być może było ich więcej, ale pewnie nie ze wszystkiego zdawałam sobie sprawę i nie wszystko brałam tak poważnie do serca. Za to jedno wspomnienie bardzo mocno utkwiło mi w głowie. Miałam jeden z badziewnych dzienników dla dziewczynek, w których zapisuje się swoje myśli i wypełnia różne strony i informacje o sobie. Zastanawiałam się nad podpunktem " jaka jesteś". Zapytałam o to mamę. Odpowiedziała mi, że mam odpisać: " niegrzeczna, kłótliwa i uparta" Małe dziecko, chociaż jest małe, na pewno też ma uczucia. Wydaje mi się, że już wtedy coś mnie od nich odpychało. Potem nastały czasy klas 4-6. I tutaj brylowałam w nauce i licznych osiągnięciach. Miałam już trochę więcej swobody, bo wypuszczali mnie samą na osiedle z kolegami, ale nie mogłam ruszać się nigdzie dalej niż w obrębie bloku i najbliższej okolicy. W sumie, wtedy nie bardzo mi to przeszkadzało. Wiem jednak, że zapisałam w tym okresie masę stron z pamiętnika, w których wylewałam łzy przez ich zachowanie. No i w końcu przyszło gimnazjum. Tutaj zaczęły się największe problemy w naszych relacjach. Moi rodzice zawsze wszystko załatwiają krzykiem. Pamiętam, że kiedy w pierwszej klasie nie umiałam do końca utrzymać porządku w pokoju- no cóż, taką mam naturę, zupełnie odwrotną niż oni- wywalali mi niepoukładane ciuchy na środek. Mama czasem robiła zdjęcia i groziła, że pokaże to komuś albo mojej wychowawczyni, która nawiasem mówiąc była jedną z moich powiernic smutków. Kiedy płakałam i wchodziła we mnie fala buntu, mówiła, ze zadzwoni po pogotowie albo właśnie do mojej pani. Dla moich rodziców naczelną wartością życia jest porządek i wypolerowany do cna dom. Wolą przemęczyć się i przewrócić, ale dom musi błyszczeć. Jest to dla nich ważniejsze od prawdziwej rozmowy z drugim człowiekiem i okazania mu wsparcia słowem i dobrą radą. Jeśli nie umiesz dobrze posprzątać, jesteś dzieckiem złym i niewychowanym. A tak naprawdę, kiedy miałam się nauczyć idealnego sprzątania? Wtedy, gdy wszystko robili za mnie? W moim domu czuć ciągły smutek, przygnębienie. Rodzice, kiedy nie sprzątają, to leżą i warczą na siebie albo na mnie. Nic im nie odpowiada, wszyscy wokoło są źli i mają same wady. A ten to taki, a ten taki. Brzydki, gruby, niedorobiony. Wiecznie źle się czują i na nic nie mają siły.Kiedy chcę z nimi porozmawiać, zbywają mnie. W szkole nauczycielki zawsze przechwalały mnie na prawo i lewo,że jestem mądra i wartościowa. Moi rodzice tego nie widzą. Widzą we mnie same wady i patrzą tylko na to, co złego mogą w danej chwili mi wytknąć. Mam " nie gadać głupot i iść sprzątać" Zawsze moje zdanie jest głupotą i pierdołą. Bardzo często, kiedy się z nimi nie zgadzam, uznają to co mowię za bezwartościowe. Takie słowa jeszcze mocniej odbierają mi chęci, żeby im w czymkolwiek pomóc. Przez to robię wszystko na przekór. Nie mam ochoty być szlachetna dla kogoś, kto sądzi o mnie to, co sądzi. Myślą, że krzyk jest wychowawczy, że przywoła mnie do porządku. Tak nie jest nigdy. Często mnie krytykują. Jak kazdego z osobna. I używają przy tym nieeleganckich epitetów, bo to ma niby pomóc w zrozumieniu przeze mnie tego, że chcą mnie czegoś nauczyć na dalsze życie. " Musisz wyjść na ludzi, bo jak na razie nic nie umiesz" Mój tata ciągle porównuje mnie do swojej siostry, której nie lubi i od paru lat nie ma z nią kontaktu. Mówi, ze skończę tak samo i zostanę sama. " Jak ta głupia..." Mają do mnie wieczne pretensje. " Bo ja wszystko ci poświęciłam, a ty masz mnie gdzieś. Dostajesz najdroższe ciuchy, najdroższe rzeczy, wszystko masz." Ale nie mam emocjonalnego wsparcia. Emocjonalnej więzi. Według mnie w tej sferze wszystko jest wypaczone. Nawet kiedy na nich patrzę, czuję coś, czego do innych ludzi zupelnie nie czuję. Denerwuje mnie w nich dosłownie wszystko. Mama często mnie kontroluje. Kiedy przychodzą do mnie kolezanki, wchodzi bez pukania i nagminnie czegoś chce. Nawet, gdy jestem sama wchodzi i krytykuje to, co robię i jak wygląda mój pokój. Bywa, że nie pasuje jej w co danego dnia jestem ubrana. Do drugiej gimnazjum nie mogłam dojeżdżać tramwajem do szkoły, a własnych kluczy nie miałam praktycznie aż do teraz. W tym roku skończyłam gimnazjum z bardzo wysoką średnią. Jestem olimpijką z języka polskiego. Moja nauczycielka nieraz przemawiała do moich rodziców na mój temat. Mówiła, że jestem uzdolniona i mądra i stać mnie na wielkie rzeczy. Ale co z tego, zachowują się jakby mieli to gdzieś. Inni rodzice cieszą się nawet ze świadectwa z paskiem na marne 4,75, a oni nie potrafią docenić nawet tego, że mam przed sobą otwarte wszystkie licea. Jestem samotnicą. Rzadko kiedy wychodzę gdziekolwiek i z kimkolwiek. A kiedy już się z kimś umówię, zawsze mają jakieś ' ale". A to burza będzie, a to zawiewa, a to za gorąco i w ogóle " po kiego tam pójdziesz" Przepraszam za tak długi post, ale potrzebuję porady i świeżego spojrzenia na moje relacje z rodzicami. Już od dawna chciałam o tym porozmawiać z jakimś psychologiem, ale coś mnie powstrzymuje, żeby opowiadać o tym na żywo. Będę bardzo wdzięczna, jesli ktoś da mi rozsądną rade. I muszę jeszcze zaznaczyć, że pochodze z naprawdę dobrego domu. Moi rodzice to porządni ludzie z dobrą posadą. Tylko tutaj, miedzy nami, coś po prostu nie gra.
×