Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

kukuryk

Użytkownik
  • Zawartość

    2
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Witam. Bardzo proszę o pomoc, w diagnozie i ewentualne wskazówki jak rozmawiać z tą osobą. Bez zbędnych wstępów przechodzę do opisu przypadku: dziewczyna, 20 lat, 1 rok studiów. Od lutego twierdzi, że "boli ją brzuch". Gdziekolwiek wyjdzie, myśli o tym gdzie jest toaleta, żeby w razie czego wyjść. Nigdy nie doszło do wymiotów. Generalnie osoba brzydzi się wymiotami. Nigdy ich nie prowokowała. Wcześniej przez kilka lat była "fit". Dieta wegetariańska. Jedzenie na godzinę, liczenie kalorii, liczenie gramów. Treningi, dbanie o ciało, generowanie mięśni. Od tego nieszczęsnego lutego porzucenie wszelkiej aktywności bo "nie jest w stanie". Często całe dnie na suchym chlebie i herbacie. Śniadanie wielkanocne to jedynie pół jajka, ogólnie w trakcie Wielkanocy z moich obserwacji wynika, że spożyła bardzo niewiele. Głównie płyny. Zero przyjemności z jedzenia w żadnej postaci. Twierdzi że po każdym posiłku ma uczucie jak przy zatruciu pokarmowym. Że nie je nie dlatego, że boi się przytyć, a dlatego, że boi się że będzie "odstawiała jakieś cyrki po jedzeniu". Dlatego prewencyjnie woli nie jesc. Awersja do lekarzy. Jakaś kuracja antybiotykowa od gastrologa, multum badań, wszystkie wyniki "w normie"-wg jej relacji. Od dłuższego czasu (rok-dwa) brak miesiączki, ale oczywiście nie ma argumentów żeby przekonać ją do wizyty u ginekologa: bo dostanę hormony (i przytyję) a nie chce ich brać. Ponadto "ginekolog będzie kazal mi przytyć i zakaże sportu". Podejrzewam, że zaburzenia hormonalne również mogą wpływać znacznie na kłopoty z odżywianiem. Wizyta u psychiatry była. Jednakże trudno mówić o jej rezultacie. Trudno mówić, czy leki są zażywane. Osoba głównie skupia się na czytaniu ulotek i szukaniu skutków ubocznych. Np. pomimo braku zauważalnego wzrostu wagi, w jej oczach "tyje jak świnia". Oczywiście po tych lekarstwach "czuje się jeszcze gorzej, ale tak pisali że będę czuła się źle". Trudno w ogóle powiedzieć czy lekarstwa są zażywane. Kolejne tabletki od pozostałych lekarzy, które "nie działają" nakręcają ją jeszcze bardziej, czuje już że "marnuje swoje życie", ale "to jest silniejsze od niej". Z członkami rodziny bardzo pragnie rozmawiać, jednak w momencie kiedy temat schodzi na nią, gdy próbuje się użyć jakichś logicznych argumentów, następuje odwrót i efekt wyparcia. Że "to nie problem głowy bo mnei boli brzuch". Powtarzam: wyniki nic nie wykazały. USG brzucha pokazało jedynie gazy, które mogą się chyba zbierać ze względu na to, że osoba bardzo niewiele je, a jeśli już to głównie warzywa. Twierdzi że "w domu rodzinnym czuje się lepiej". Można zaobserwować jednak wahania nastrojów, często stany lękowe (kilka miesięcy nocowała w innym pokoju, w swoim się "bała"). Wygląda tak, jakby wytworzyła sobie tam swój mały "azyl". Wszystkie kąty zna, wszędzie się dobrze czuje. Spaceruje długo po okolicy gdzie nikogo nie ma opcji spotkać (samotność). Nigdzie nie wychodzi bo "ma złe samopoczucie". Wyjazd na studia to jedna wielka loteria "pojedzie-nie pojedzie" w ciągu godziny potrafi kilkanaście razy zmienić decyzję. Domownicy starają się być dla niej wyrozumiali, ale niestety nie są w stanie jej w żaden sposób pomóc. Wszystkie gadania, prośby, zmuszania do psychologa czy psychiatry kończą się tym, że "ona musi sobie to najpierw w głowie poukładać" i "ty nigdy nie będziesz wiedział/a co ja czuję". A jak już się gdzieś zapisze, to jest szukanie argumentów, byle tylko nie pójść. Kochani, z grubsza opisałem sprawę. Wiem, ze to tylko część. Nie jestem psychologiem, cholernie chciałbym jej pomóc. Czy ktoś mógłby nas nakierować jak z nią rozmawiać? Bo przecież na siłę nie uda się jej zawieźć do lekarza. Czy to są zaburzenia odżywiania? Czy już jakieś objawy nerwicy albo innego zaburzenia psychicznego? Czy wizyta na SORze, bo "przewlekle boli brzuch" zaimplikuje przyjęcie do szpitala? Czy po ewentualnej obserwacji lekarze szpitalni będą w stanie np. wystawić skierowanie na oddział psychiatryczny? Chętnie odpowiem na więcej pytań, bo zdaję sobie sprawę, że zaledwie naszkicowałem sytuację, ale mam nadzieję, że ktoś pomoże mi tu opracować schemat działania. Wszyscy wokół stosują filozofię "szanuję Twoje zdanie". Może warto by było w końcu zacząć na nią krzyczeć, czy wręcz wzbudzić awanturę? Dziękuję, pzdr.
  2. Witam. Wiem, że temat nie będzie oddawał tego, co zaraz opisze i z góry za to przepraszam, jednak martwi mnie od jakiegoś czasu zachowanie jednego z moich najbliższych i chciałbym poruszyć z kimś ten temat, kto wie na temat psychologii więcej. Po przeanalizowaniu kilku wątków na tym forum i po konsultacji z wikipedią, postanowiłem napisać w tym dziale, jednak do rzeczy. Od jakiegoś czasu jedna z osób w mojej rodzinie - mężczyzna, 44 lata, sytuacja finansowa i zawodowa stabilna - zachowuje się co najmniej dziwnie. Otóż przychodzą takie okresy, że przy tej osobie nie można się odezwać, nie można jej zwrócić uwagi, powiedzieć nic negatywnego, ponieważ momentalnie pojawiają się wymówki, że "on od 20 lat jest poniewierany, był dobry dopóki przynosił więcej pieniędzy (pracując na jednej z tzw. fuch, z której sam, z własnej woli zrezygnował), dopóki się nie odzywał" itp. itd. Że teraz "jest najgorszy" i "wszyscy na nim wieszają psy". Osoba ta przy tym -ogólnie- używa bardzo dużo słów powszechnie uważanych za wulgarne. Każda próba zwrócenia uwagi na to że pozycja społeczna oraz towarzystwo dzieci nie pozwala na takie używanie wulgaryzmów kończy się kłótnią z argumentami podobnymi jak powyżej. Ponadto, wg tej osoby wiele innych osób to "dziwaki" i "głupki", to drugie w szczególności dotyczy kierownictwa zakładu pracy oraz niektórych członków rodziny, to pierwsze głównie osób reprezentujących ten sam zawód co ta osoba. Co jeszcze jest warte uwagi, to np. fakt uwielbiania przez tą osobę wszelkiego typu seriali paradokumentalnych, "fanaberii" pseudoczystości naczyń, czyli: szybkie zjedzenie, odejście od stołu, umycie swojego talerzyka (i tylko swojego) i powtarzanie "tylko po sobie umyjcie" oraz prania, wieszania i suszenia ubrań - tutaj już ogólnie całej rodziny. Myślę, że istotny jest tutaj także fakt wypijania kilku piw każdego wieczora. Co ciekawe, jest to najczęściej w samotności - w piwnicy. Jak już wspomniałem, każda próba rozmowy kończy się kłótnią oraz krzykiem. Trudno rozpocząć rzeczową dyskusję, gdyż jest się wyzwanym i przekrzyczanym. Członkowie rodziny przeważnie mają "wytknięte" że nic nie robią i wszystko zawdzięczają jemu (co nie do końca jest prawdą). Jak wspomniałem, czasami jest dobrze, po czym wystarczy iskra do wielkiej kłótni i powtarzania litanii tych samych pseudoargumentów. Co ciekawe, przy "obcych" następuje gloryfikowanie swojej osoby i nadanie sobie martyrologicznego charakteru. Wiem, że najlepszym sposobem rozwiązania tej sytuacji byłaby interwencja kogoś z zewnątrz, być może jakiegoś obserwatora, specjalisty. Trudno jednak kogoś takiego wprowadzić. Jednocześnie jednak wiadomo że zainteresowany na żadną interwencję się nie zgodzi, gdyż sam u siebie "problemu" nie widzi, tylko każe "spojrzeć na siebie". Próba dyskusji kończy się jak wyżej. Czy na tym forum jest ktoś, kto jest w stanie na podstawie tych opisów określić, w jaki sposób sobie z tym poradzić? Pozdrawiam.
×