Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

anako

Użytkownik
  • Zawartość

    12
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. estera1, dzięki za te parę słów pociechy, też mam nadzieję, że kiedyś wszystko wróci do normy,swoją drogą sen to rzeczywiście niesamowite zjawisko... zaczarowana, czy u Ciebie bezsenność pojawiła się w trakcie brania escitalopramu, czy dopiero po odstawieniu?
  2. Witajcie, dzięki za odpowiedzi. Nie biorę na razie żadnych prochów, (wczoraj właśnie minęło pięć miesięcy, jak wzięłam ostatnią tabletkę). Sypiam tak sobie, w sumie ok. sześciu godzin, ale bardzo często w nocy się budzę. Rzadko kiedy tak naprawdę uda mi się wyspać, ale i tak jest lepiej niż jak brałam prochy. Wtedy nie funkcjonowałam w ogóle, nie umiałam często nawet podać bieżącej daty, ani dnia tygodnia. To było naprawdę okropne, bo czułam jak z normalnej osoby staję się debilem. Po wszystkich lekach było tak samo beznadziejnie, a brałam różne preparaty. Mam chyba jakąś wyjątkowo "złosliwą" postać bezsenności. Teraz też nie jest zupełnie tak, jak powinno. W maju jadę z mężem do Stanów i korzystając z okazji spróbuję zrobić sobie kilka badań głowy, takich, których w Polsce nie da się zrobić na poważnie, myślę przede wszystkim o badaniu spect i rezonansie funkcjonalnym. W Polsce robiłam sobie eeg i zwykły rezonans, ale nic nie wykazały.
  3. No bo to cukierki są. 50-100 mg plus 25-75 mg dipherganu plus 30-60 mg miansy plus okazjonalnie 25-50 difenhydraminy i po takim koktajlu mogę spać Nie boicie się, że po kilku latach takiego "leczenia" bezsenności z mózgu zostanie Wam g..no? Ludzie, proszę, napiszcie coś, jak Wy po tych lekach funkcjonujecie? Jak funkcjonuje Wam pamięć, co z koncentracją uwagi, z refleksem, kojarzeniem faktów, itp? Chodzicie do pracy, szkoły? Jak sobie radzcie? Jesteście zdolni do większego wysiłku intelektualnego, wymagającego intensywnego myślenia i skupienia uwagi przez długi czas? Pytam o to, bo ja, kiedy brałam prochy w ogóle nie mogłam funkcjonować, nie pracowałam, a w domu też nie mogłam się niczym zająć. Zrobił się ze mnie normalny debil po prostu. Co prawda sama bezsenność okropnie upośledza, ale w moim przypadku żadne leki nie poprawiały sytuacji.
  4. oczywiście zrezygnowałam ale do dziś nie mam pojęcia co mi miało niby dać rozmawianie o swojej przeszłości. trzeba bylo nie rezygnowac to bys sie dowiedziala Niby czego mogłaby się dowiedzieć? Ludzie, jeśli jest ktoś, kto dzięki psychoterapii wyleczył się z nerwicy i bezsenności i zaczął spać kamiennym, zdrowym snem, bardzo proszę o namiar do takiego psychoterapeuty - cudotwórcy. Od razu do niego uderzam.
  5. Kiedy czytam wasze wypowiedzi, jak się człowiek czuje kiedy przestaje spać, te wszystkie lęki, że zaraz się umrze, że coś się stanie, niemożność normalnego funkcjonowania, strach o przyszłośc, poczucie totalnej bezradności, rozpaczliwe szukanie pomocy, myśli samobójcze itp. - jak ja doskonalne to wszystko znam, niestety - to dziwię się, że o bezsenności tak mało wiadomo, w sytuacji kiedy to w sumie wcale nie taka rzadka choroba. Ja kiedy zachorowałam, to zupełnie nie wiedziałam co robić, nie wiedziałam, że w ogóle można nagle przestać zupełnie spać, że coś takiego jest w ogóle biologicznie możliwe. Przez całe zycie spałam bardzo dobrze i nagle trach... całkowity brak snu. W ciągu kilku tygodni dosłownie. Myślałam wtedy, że to co mnie spatkało jest czyms bardzo rzadkim i niespotykanym, dopiero później przekonałam się, że takich ludzi jest całkiem sporo. Ludzi, którym bezsennośc strasznie skomplikowała zycie, zawdowe i rodzinne, plany na przyszłość itp. Najgorsze, że tak trudno jest nam pomóc. Wiedza lekarzy jest bardzo powierzchowna i praktycznie żadna. Pamiętam, że jeden z pierwszych lekarzy psychiatrów, których odwiedziłam zaraz na początku choroby powiedział, że nie można nie spać dłużej niż siedem dni, bo później się umiera. To oczywista bzdura, ale przeraziłam się tego tak, że natychmiast naćpałam się prochów. Gdybym wtedy wiedziała, że bezsennośc może minąć samoistnie, tylko trzeba przeczekać te kilka najgorszych tygodni, albo miesięcy, kiedy snu nie ma w ogóle, albo w szczątkowej ilości, ale później jest duża szansa że się wszystko unormuje - nigdy nie wpędziłabym się w uzależnieni od prochów. Dopiero później dowiedziałam się jednak, że medycyna snu na świecie dopiero zaczyna się rozwijać, a w Polsce praktycznie nie istnieje. No cóż - okazuje się, że tak z pozoru banalne zjawisko jak sen, jest czymś niesłychanie tajemniczym i wymykającym się metodologii badań, co jest tym bardziej smutne, że sen jest podstawowym warunkiem zdrowia - psychicznego i fizycznego, ale o tym przekonują się tak naprawdę ci którzy sen stracili.
  6. estera 1, jak też tak miałam, myślałam, że już po mnie i że mi się na pewno nie uda. Też myślałam, że innym się może udało, ale mi nie musi. Byłam zrozpaczona i myślałam, że straciłam życie i planowałam samobójstwo. Ale wierz mi, teraz wiem, że mozna walczyć, trzeba tylko morderczej, wytrwałej determinacji. Nie ma żadngo sensu chodzenie do psychiatrów, ani jeżdżenie do jakichś "poradni snu". Byłam w takiej poradni, w Polsce i za granicą - to bzdury, niczego się nowego się tam nie dowiecie. Taki porady to można sobie poczytać w "pani domu". Od snu nie ma żadnych specjalistów, bo to chyba najbardziej skomplikowane i niezracjonalizowane zajwisko w przyrodzie. Trzeba się spiąć, odstawić syfiastą chemię i zacząć "na siłę" coś robić. Moim zdaniem nie ma sensu bać się, że nagłe odstawienie coś nam w mózgu spieprzy, ja tak zrobiłam i żyję. Nie jest to wcale bardziej szkodliwe niż odstawianie stopniowe, nikt przecież nie wie, tak naprawdę co dzieje się w mózgu. Na początku nie będzie w ogóle snu, samopoczucie koszmarne, całkowite otępienie, zero koncentracji, totalne rozbicie - koszmar. Ale nie wolno się poddać. Trzeba się umyć, ubrać, przygotować posiłek, wyjść do sklepu i na siłę, na siłę coś robić, cokolwiek. Nawet coś totalnie bez sensu, ale pracować, zająć czymś ręce i umysł. Ta porada co do pracy w kopalni nie jest wcale głupia I wierzcie, sen przyjdzie, na pocztąku sen krótki, nie dający wcale odpoczynku ani nawet świadomości tego że się spało, ale z czasem, po milimetrze dosłownie, sen będzie się wydłużał i polepszał. Ja teraz śpię mniej więcej po 6 godzin na dobę, wybudzam się średnio 2 razy, ale na krótko i znowu zasypiam. I co najważniejsze, czuję jak mózg mi się "odświeża" po tych prochach. A jeszcze pół roku temu nie uwierzyłabym, że to jest możliwe. Organizm ma niesamowite, niepojęte zupełnie zdolności regeneracyjne, tylko trzeba mu dać szansę i nie truć się prochami.
  7. zaczarowana, to oczywiste, że ludzie zrobią wszystko żeby w dzisiejszych czasach nie stracić pracy. Najgorsze, że biorąc leki można tylko pogorszyć swoje samopoczucie i wcale się nie wyleczyć z bezsenności. Ja biorąc psychotropy, spałam wprawdzie, ale miałam zaniki pamięci, lęki, jakieś dziwne uczucie odrealnienia, tak że w ogóle nie mogłam funkcjonować. Z rozpaczy otarłam się niemal o próbę samobójczą. Wszędzie szukałam pomocy i nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Aż wreszcie zrozumiałam, że muszę walczyć sama. Teraz widzę, że jest możliwe wyjście na prostą i z bezsenności i z uzależnienia od leków. Trzeba przeorganizować życie, przynajmniej na pewien czas, walczyć i się nie poddawać.
  8. Kiedy zachorowałam na bezsenność i nie spałam już kilka miesięcy, dowiedziałam się, że podobną historię sześćdziesiąt lat wcześniej przechodziła moja babcia. Też nagle, z powodu silnego przeżycia emocjonalnego, dostała nerwicy i przestała spać. Nie była zdolna w ogóle funkcjonować, nie mogła zajmować się domem, dziećmi, nie mogła pracować (była nauczycielką), była pewna, że umrze itp. Na szczęście dla niej były to lata 50. ubiegłego wieku i nikt wtedy nie na polskiej prowincji nie słyszał o chodzeniu do psychiatry i "leczeniu" bezsenności psychotropami. Jedyne co było to waleriana. Babcia z bezsenności wyleczyła się poprzez zmianę trybu życia. Musiała przerwać pracę i wyjechała na wieś do jakiejś rodziny czy coś takiego. Tam po prostu pracowała, wykonywała jakieś proste prace w polu,w ogrodzie itp. głównie na świeżym powietrzu. Wyjechała w maju, a wróciła dopiero przed Bożym Narodzeniem. Podobno wtedy też jeszcze nie sypiała całkiem dobrze, ale mogła już funkcjonować. Tyle wiem z opowiadań mojej mamy. Gdybym znała tę historię wcześniej, nigdy w życiu nie wzięłabym do ust żadngo psychotropa. Jasne, że moża próbować tych leków i rozważać nad wyższością jednego gówna nad innym, że niby to czy tamto jest mniej szkodliwe. Ja po swoich doświadczeniach wiem, że wszystko może bardzo zaszkodzić i prowadzić do uzależnienia. To nieprawda co mówią psychiatrzy, że są jakieś leki nieuzależniające. Każde jedno gówno może uzależnić. Nie ma żadnego bezpiecznego i skutecznego leku na bezsenność. O układzie nerwowym i zaburzeniach snu nauka nic nie wie. Przez dwa lata zdążyłam się o tym przekonać. Konsultowałam się z najlepszymi w Polsce "specjalistami" od bezsenności, byłam nawet u dwóch lekarzy somnologów za granicą - ich wiedza jest banalna i nic nie warta, rady, które dają ci profesorowie, doktorowie nauk medycznych itp., można przeczytać w każdym kobiecym szmatławcu i na stronie polka.pl. To tylko stek ciągle powtarzanych głupot. Przy silnej nerwicy, żadna "higiena snu" inne "psychoterapie" g.. dadzą. Jedyne w czym można upatrywać jakąś szansę to uregulowany, niemal wojskowy tryb życia i praca, praca, zajęcie, jakiekolwiek, aż do skrajnego, niemal śmiertelnego wyczerpania organizmu. Trzeba doprowadzić organizm do takiego stanu wyczerpania, żeby zasnął, dosłownie ratując się przed śmiercią. Teraz wiem, że nie należy bać się braku regeneracji, tego, że coś się stanie z mózgiem, z sercem itp. Ja, kiedy odstawiłam psychotropy, przez dwa miesiące nie spałam w ogóle, albo po 10 -15 min. i żyję, myślę i funkcjonuję. Zresztą, patrząc na przyklad mojej babci, zastanawiam się co robili ludzie dawnej, kiedy nie było psychiatrów, psychotropów itp. Przecież też mieli różne zaburzenia nerwowe, też nie spali i co? Co brali, jak nie było leków nasennych? Jak sobie radzili? Wariowali? Popełniali samobójstwa? A może po prostu nie spali, nie spali, cierpieli, aż w końcu bezsenność mijała. Moja babcia nie spała ok. 1 roku. Miała wtedy trzydzieści lat. Dożyła prawie 90-siątki i nigdy już później nie miała poważnych problemów ze snem. Naprawdę lekami nieczego nie leczymy, tylko jeszcze bardziej pogłębiamy zaburzenia. Oczywiście praca, szkoła, itp., jakoś trzeba żyć. Ja przez bezsenność od dwóch lat nie pracuję. Ale mija właśnie piąty miesiąc jak niczego nie ćpam i czuję wyraźnie, że powracam do życia i dam sobie radę. Zdrowie to największy kapitał jaki posiadamy, jeżeli je stracimy, popadniemy w uzależnienie, to ryzykujemy i tak stracimy pracę i nie skończymy szkoły.
  9. Tristita, całkowity brak snu będzie występował na początku, ale jeśli uda się przezwyciężyć ten najbardziej dramatyczny okres, to organizm powoli, powoli, ale jednak wróci do nautralnego snu. Poza tym, nie wiem jak u Ciebie, ale u mnie to czego doświadczałam po lekach, to na pewno nie był sen dający regenerację. To było coś jak utrata przytomności z upicia się, a później budziłam się na mega kacu i zupełnie nie mogłam funkcjonować. Dzisiaj spałam tylko trzy godziny, a i tak czuję się o niebo lepiej niż jak ćpałam psychotropy i odlatywałam np. na siedem godzin. Zaczarowana, nie mam wykształcenia chemicznego, ani farmaceutycznego, ale po osobistych przejściach nie widzę wielkiej różnicy między neuroleptykami a mirtazapiną, którą brałam. I jedno i drugie tak samo ryje łeb i zamula. Zresztą, jak wynika z opisu, wszystkie te gówna mają bardzo podobne działanie - działają hamująco głównie na receptory związane z serotoniną, dopaminą i adrenaliną. To, że o jednych mówi się "neuroleptyki" a o drugich "antydepresanty" to tylko kwestia nazwy. Mnie mirzaten upośledzał tak samo jak ketrel. Skutki uboczne wymienione na ulotkach są w sumie podobne.
  10. Tristitia, moja historia jest za długa, żeby opisać ją w jednym poście. Jeśli chodzi o psychotropy to brałam różne gówna: typowo nasenne (imovane, stilnox, na sen, senzop, estazolam), brałam antydepresanty (z grupy SSRI, trittico - tylko pogłębiły u mnie bezsenność), brałam też neuroleptyki (pernazynę, zolafren, ketrel), ale to straszliwe zamulacze i naprawdę ogłupiają. Ćpałam ten syf przez półtora roku i prawie wcale nie spałam, bo ten stan, który miałam po tych "lekach" trudno nazwać snem. Nawet jeśli urywał mi się film na kilka godzin, to budziłam się zamulona, jak na cięzkim kacu i zupełnie nie do życia. W końcu dotarło do mnie, że albo zacznę wreszcie normalnie spać, albo zdechnę, bo tak dalej byc nie może. Odstawiłam całe to gówno i zaczęłam "pracować na sen". Co robiłam? Cokolwiek, żeby tylko czymś zając ręce i zmęczony umysł. Oczywiście w stanie w jakim byłam nie mogłam robic niczego, co wymagało uwagi, energii i koncentracji, więc wymyślałam sobie na siłe różne głupie, bezsensowne zajęcia, żeby tylko coś robić. Przekładałam ubrania w szafie, książki na półkach, czyściłam jakies domowe pizdryki, wycierałam meble z kurzu, wszystko to po 10 razy nawet w ciągu nocy, nieważne co, cokolwiek, jakies najprostsze, głupie zajęcie, żeby tylko czymś wypełnić czas. Na początku przez kilka nocy nie spałam w ogóle, później zaczęłam sypiać może godzinę na dobę i to z przerwami - trzy razy po 20 min. Tego zresztą też nie można było nazwać prawdziwym snem, o tym że zasypiałam na chwilę wiedziałam, bo miałam sny, ale nie zero regeneracji. W końcu po jakimś czasie, nawet trudno mi powiedzieć dokładnie po jakim, po kilku tygodniach może zaczęłam odczuwać, że jakość snu minimalnie się poprawia. Sypiam coraz dłużej i coraz lepiej. Ten postęp jest wolniutki, ale jest. Teraz śpię różnie, czasami sześć godzin, czasami tylko trzy. Bardzo często budzę się np. o trzeciej w nocy i wiem, że już nie zasnę, więc wstaję i na siłe szukam sobie różnych zajęć. Nie jest jeszcze tak, jak być powinno, dalej bardzo często jestem tak zmęczona, że padam na pysk, ale wierzę, że to z czasem minie, chociaż wymaga to wielkiej cierpliwości. Na szczęście nie mam już zaników pamięci i znaczenie poprawiła mi się koncentracja w porównaniu do tego, co się działo jak ćpałam "leki". Naprawdę, nie wiem jak u innych, ale w moim przypadku trzy godziny snu biologicznego więcej znaczny, niż osiem godzin po tabletce. Warto walczyc o sen naturalny, w każdym przypadku jest wielka nadzieja, że bezsenność minie, bo każdy organizm dąży do równowagi, tylko nie trzeba mu przeszkadzać biorąc psychotropy. To naprawdę jest slepa uliczka i bardzo łatwo popaść w uzależnienie, z którego później strasznie ciężko jest się wypląać. Bezsenność jest strasznym, bezwzględym przeciwnikim, ale można stawić mu czoła i to bez pomocy trującej tabletki, potrzeba na to straszliwej motywacji i mobilizacji resztek zmęczonego do granic możliwości umysłu, ale naprawde warto, bo to jest gra o zycie.
  11. Witam, właśnie wychodzę z okrutnej, dwuletniej bezsenności, przez którą o mały włos zupełnie nie spieprzyłam sobie życia. Półtora roku trułam się różnymi psychotropami, które g.. pomagały i byłam już na granicy samobójstwa, zanim dotarło do mnie, że albo wywalczę sobie naturalny sen, albo umrę, bo na tych prochach dłużej nie da się życ. Obecnie mija piąty miesiąc jak nic nie biorę, sypiam już po 4,5 - 6 godzin na dobę i zaczynam wreszcie normalnie funkcjonować. Nie wiem, może są ludzie, którym le "leki" pomagają, ale mi o mało nie zniszczyły życia i rozumu. NIE MA LEKU NA BEZSENNOŚĆ. Przy dzisiejszym nikłym stanie wiedzy na temat snu, nie może być mowy o skutecznym leku. Bezsenność trzeba zwalczyć samemu i trzeba robić wszystko, żeby wypracować sobie biologiczny sen. Inaczej można wpędzić się w okropne gó... i skończyć jak ćpun. Tabletka nie rozwiąże problemu.
×