Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

alpra

Użytkownik
  • Zawartość

    11
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. I znów zakładam wątek, bo muszę się kogoś poradzić. Wybaczcie długość moich jęków. Nie wiem za bardzo, co ja mam robić, ludzi się radzić nie umiem, może ktoś, kto ma mnie za Galla Anonima może dać jakąś radę. Pisałam wcześniej – jak rozwaliłam sobie życie, bo facet zostawia mnie trzy miesiące przed ślubem, bo ja robiłam awantury, on się czuł nieszczęśliwy, bo ja zazdrosna i awanturnicza. Uprosiłam, cholera, żeby się zastanowił – siedzimy dalej razem w jednym mieszkaniu, gadamy, oglądamy filmy, śmiejemy się, on do mnie ładnie mówi – i jednocześnie zero fizycznego kontaktu (już nie o seksie mówię, o czymkolwiek), a ja czekam. Czekam na cholernego Godota i nie wiem, co dalej. Na razie schudłam cztery kilo i zbliżyłam się do raka płuc/zawału dzięki tonom nikotyny i litrom kawy. Te dwa tygodnie dały mi też czas na przemyślenia. Oczywiście dzień zero znaczył obwinienie siebie w stu procentach i płacz, że ja się zmienię. Dzień szesnasty wygląda już trochę inaczej. Wiecie, gros naszych awantur dotyczyło jego chorych relacji z rodziną. Matka jego to toksyna sama w sobie – jednocześnie wielbiąca syna i nie umiejąca bez niego żyć, co skutkuje tym, że nie pozwala mu na własne życie. Nie zliczę przypadków, kiedy psuła nam nasz czas wolny, wspólny, WAKACJE, a on biegł na każde wezwanie. Kiedy on zerwał taki kontakt (bo trzeba mu oddać, że podjął starania), zaczęło się wydzwanianie jego ojca (znieś opony, zmień mi opony w aucie, ustaw telefon, bo ja nie umiem, w ogóle przyjedź, przyjedź, przyjedź) i babci (całe tony bzdur). I co z tego, że z matką się skończyło, jak zaczęło się z wszystkimi innymi? Podejrzewam, że mama, zorientowawszy się, że jej gierki nie działają - podpuszcza wszystkich dookoła, żeby ściągnąć syna do siebie. Raz zdarzyło się, że kiedy wróciliśmy z wakacji i po nocnym locie nie pojechał do mamy i babci, bo chciał się przespać, mama urządziła babci taką histerię na tle "syn mnie porzucił", że po babcię przyjechała karetka, tak się zdenerwowała. Awantury były o ślub (jej się nie podobało, że ja chciałam inne pieśni, niż te, które chciała ona, że nie chciałam rosołu i dzieci na weselu), działy się walki o syna. Po prostu miks cudowny – pozbawione własnej poczucia własnej wartości i chore ze strachu przed porzuceniem DD i facet uzależniony od własnej rodziny. Do tego dochodził w tym fatalnym okresie jego totalny chłód emocjonalny (bo tak reagował na awantury) nie zliczę razy, kiedy na spokojnie tłumaczyłam mu, że ja potrzebuję od niego ciepła i jakiegoś kontaktu fizycznego, że musimy rozmawiać, musi mi mówić jak się czuje. Ni chu chu. Jak się coś stało, nie mówił tydzień, a po siedmiu dniach indagowania czemu jest smutny/obrażony dopiero ujawniał, co takiego zrobiłam. Zaczynam się zastanawiać, czy nie byłoby inaczej, gdyby on też słuchał, co do niego mówię i gdyby chciał, do diabła, nad sobą też popracować. A ja bałam się coraz bardziej i – oczywiście - zaraz pojawiały się kłótnie. Wywrzaskiwałam z siebie cały strach i zazdrość. Nie wiem, czy to ja zawaliłam i może próbuję teraz zrzucać z siebie winę, czy on też zawalił, naprawdę. Co robić do cholery w takiej sytuacji? Niby w domu razem, niby miło jest, niby on się uśmiecha i nawet „kotek” do mnie powie. Ale nie da buziaka, nie przytuli, nie zbliża się. „Nie chce mi dawać nadziei” rzekł „bo nie wie, co będzie za dwa tygodnie”. Mętlik mam, mętlik. A kiedy nacisnęłam dowiedziałam się, że „on nie odczuwa żadnych emocji, ani do mnie ani do niczego – nic go nie cieszy, nie smuci”. I ja siedzę i boję się, że powie, że to koniec, zaczynam się zastanawiać czy sama nie odejść i dręczę się nadzieją, że może się poukłada. Zgłupiałam i tyle. A boli jak bolało.
  2. Dziękuję bardzo wszystkim za słowa pokrzepienia:)
  3. A terapia? Pracujesz gdzieś nad tym? Może nie zauważyłam w tekście. Tak mnie to uderzyło z tym wyjazdem, bo mnie terapeutka sugeruje (kiedy mam te same pomysły, a słowo "wyjechać" pojawia mi się w głowie regularnie co dzień, więc chyba Cię rozumiem), że rzucam się do ucieczki - i zwraca uwagę, że problemy ruszą w drogę ze mną :). Z takimi przeżyciami trzeba prędziutko biec po pomoc. Ja sama żałuję, że nie poszłam wcześniej. Wątek - dwa poniżej płaczę nad konsekwencjami. Także myślę, że pierwsze kroki powinny być skierowane po profesjonalną pomoc, co by się w tych emocjach i całej tej przeszłości nie utopić później. DDXYZ - moje prywatne wrażenie - najładniej pieprzy sobie życie wtedy, kiedy powinno być już teoretycznie "happily ever after".
  4. Dzięki piękne:) zawsze miło usłyszeć miłe słowo. Wiem doskonale jak trudno się pozbyć tej potrzeby uczepienia się drugiej osoby, horror jakiś. A może inny terapeuta może pomóc? Może próbować terapii do skutku, a w końcu się uda? (Nie to, żebym miała jakieś doświadczenie w takiej terapii, ale wiem, że z nerwicą chodziłam dość długo zanim poznałam konkretną terapeutkę, która po prostu się nie pieściła z analizami, zafundowała mi behawioralno-poznawczą, dzięki czemu od niej z gabinetu wyszłam jak nowa). Staram się emanować optymizmem i wiarą w skuteczność terapii, ale muszę powiedzieć, że od partnera raczej uciekam. Powrót do domu powoduje u mnie nerwowy skurcz żołądka, a do niego to się boję odezwać. Dzisiaj wstałam wcześniej, więc mało nóg nie połamałam, żeby wyjść zanim zadzwoni jego budzik. Rany Julek, nie wiem, co się ze mną dzieje, a z terapią klops na dwa tygodnie, bo się nie wcisnęłam w termin i muszę poczekać z tym mętlikiem w głowie. Trening cierpliwości za darmo i na dużą skalę. Żeby się człowiek tylko tak cholera nie bał, bo ten dygot bezustanny jest wyjątkowo paskudny. Ja tam wierzę, że zawsze można sobie z sobą poradzić, Siergiej Arbuzow, także może jeszcze to nie koniec walki?:) Nerwica, to były kiedyś moje Himalaje. Ściana pionowa, normalnie, 8 km w górę. Wspięłam się na cholerę. Zawsze wierzę w ludzi. Tylko w siebie nie.
  5. Dziękuję serdecznie za odpowiedzi :) Rzecz w tym, że to nawet nie chodzi o to, że może sobie to jeszcze ułożymy (chociaż, nie przeczę, to byłoby wspaniałe), raczej o to, jak sobie poradzić z sytuacją, kiedy ta moja potrzeba bycia "uczepioną" człowieka, zostaje wystawiona na próbę. Czuję potrzebę kontaktu, chciałabym z nim porozmawiać, a wiem, że jeśli zacznę wydzwaniać, to znów udowodnię, że nie jestem w stanie zostawić mu nawet odrobiny przestrzeni. Trochę się miotam, bo tu potrzeba do zrealizowania, tu znów świadomość, że ta potrzeba jest chora i nie powinna być realizowana. Mam być pełnowartościowym człowiekiem i radzić sobie bez tego "uczepienia". Nie dla związku nawet chyba - dla siebie.
  6. Na początku przepraszam za długi post. Może komuś się będzie chciało przeczytać. Dawno temu byłam sobie na tym forum. Bo nerwica, bo lęki, bo panika. Na dzień dzisiejszy chciałabym prosić o pomoc, bo narobiłam sobie w życiu cholernego bajzlu, a teraz płaczę nad przysłowiowym rozlanym mlekiem. Lat temu X podczas leczenia cholernej nerwicy, terapeutka oznajmiła mi, że to wygląda na DDD (historia rodzinna urocza, rozwody, zdrady, rodzice agresywni, alkohol, odrobina przemocy i poniżanie). Ja oczywiście natychmiast po tym wszystkim zwiałam i na terapię już nie wróciłam (jakże charakterystyczne). Oczywiście dalej szalałam, cierpiałam, zaglądałam do butelki, byłam agresywna, w szufladzie kurzą się cztery indeksy (jeden dyplom ukończenia studiów - niech żyje nieumiejętność kończenia, co się zaczęło), ale na terapię już nie poszłam. Napady paniki się skończyły, to i po co chodzić. Ot, debilne myślenie głupiej kobiety. Dwa lata temu poznałam fantastycznego faceta. Dobry, szczery, przyjazny i uczciwy. Wspaniały. Szczęście to mnie po prostu obezwładniło (przy czym - naturalnie - od razu pojawiły się myśli z gatunku "ja - szczęśliwa? To niemożliwe. Sytuacja nierealna"). Było super, a potem zaczęłam wszystko pieprzyć. Zaczęłam robić awantury. Zazdrość o rodzinę, z którą był bardzo blisko przesłaniała mi świat - kończyło się to dzikimi awanturami, krzykiem, wyzwiskami kierowanymi w jego stronę i w stronę jego najbliższych, jego byłych. Kazałam mu kasować jakieś fotki z osiemnastki, bo tam była jego była, węszyłam nawet za wszelkimi śladami. Czemu próbowałam to robić - za cholerę pojęcia nie mam. Było mi wstyd, a potem robiłam dokładnie to samo. Paranoja. Awantura - trochę spokoju - awantura - trochę spokoju i tak w koło, Macieju. Jak można się domyślić, facet nie wytrzymał - powiedział, że mnie kocha, ale nie chce takiego życia (i tak wytrzymał to długo) i zaciął się. Zawsze dawał nam szanse, teraz powiedział wyraźnie, że szans nie ma. Że za bardzo go zraniłam, że nawet nie wie czy byłby w stanie cokolwiek zrobić. Urabiałam dwa dni. Powiedział, że się zastanowi. Ale przecież, do jasnej cholery, widzę, że to taki moment, kiedy nie da się nic zrobić. Ślub miał być za około 3 miesiące. Najbardziej cholerne jest to, że to się zdarzyło, kiedy ja się zaczęłam w końcu przyznawać do bycia Dorosłym Dzieckiem. Kiedy zdecydowałam się na terapię. Kiedy podjęłam kroki, mające na celu odczepienie się od niego i znalezienie życia też dla siebie (zapisałam się, to tylko przykład, na kurs fotografii, specjalnie sama, żeby się odpiąć od niego i mieć swoje rzeczy), wyszłam z domu, zaczełam się zaszywać z książką czy robić coś sama. Za późno. Siedzę i buczę, bo rozwaliłam coś, co dla mnie miało wartość złota. Jasna cholera, zaraza, mór, franca i trąd. Jezusie, jak to boli, jakby mi ktoś na żywca wyrwał kawałek ciała. Nie zadzwonię do nikogo, bo mi wstyd, nie odezwę się do nikogo, bo jak...? A gdzieś to muszę wygadać, bo czuję się strasznie. Czy ktoś był w takiej sytuacji? Jak sobie z tym poradzić?
  7. Chciałam podziękować za wsparcie - wszystko się da, jak się okazuje:) Doleciałam i wróciłam, bez większych sensacji - fakt, że z większą ilością ginu z tonikiem, ale cóż, grunt, że dawałam radę! Nie dość, że jestem z siebie niesamowicie dumna, bo to była takie największe dla mnie wyzwanie, to mogę jeszcze ze spokojnym sumieniem powiedzieć: przełamać się i lecieć, jeśli tylko trzeba. Można dać radę. A dla mnie to naprawdę wydawało się być przeszkodą nie do pokonania. Czuję się jakby świat się przede mną otworzył na nowo:) 13 h w powietrzu i oglądanie filmów. I chociaż panika się pojawiała, udawało mi się ją stłumić. Pozdrawiam wszystkich, którzy cierpią w samolotach. Dzięki za wsparcie i życzę wam takich samych sukcesów:)
  8. Nerwa, dzięki bardzo, podniosło mnie to na duchu. W ogóle jutro wylot i czuję się całkiem spokojna. Nie wiem, czy mnie to powinno niepokoić czy cieszyć :) Mam ze sobą ten nieszczęsny lorafen, aczkolwiek troszkę się go obawiam, bo benzo nigdy nie brałam i nie wiem, jak zareaguję... czyli wychodzi na to, że albo zaciskam zęby, albo przez 12 godzin utrzymuję stężenie około jednego promila we krwi Staram się pocieszać też tym, że to machina - boeing 777 potężny samolot, nie puszka na sardynki... Ale fajnie wiedzieć, że nie ja jedna mam takie jazdy.
  9. witam:) Szukam porady od ludzi, którzy może mają podobny (jak w tytule) problem i jednak latają, bądź radzą sobie z panicznym lękiem w stuacjach analogicznych. Moja sytuacja wygląda tak, że na nerwicę chorowałam całe lata i po ciężkiej batalii praktycznie w całości sobie z tą diablicą poradziłam. Mówię praktycznie, bo został mi się potworny lęk przed byciem w zamkniętym, zatłoczonym miejscu. A teraz dostałam prezent... przepiękne wakacje, na które trzeba jeszcze jednak dolecieć. A tu w samolocie uczucie duszności, jakby mi ktoś folią aluminiową owinął twarz, panika, uczucie słabości, pełny zestaw. Jestem w stanie wysiedzieć, ale męczę się potwornie. Nie mogę też wyjazdu odmówić. Szach mat:) Lekarz przepisał mi proplanolol i lorafen... może ktoś miał coś do czynienia z takim fajnym combo? Uzależnienia się nie boję, bo mam to wziąć tylko doraźnie, acz zawsze mam lęk że nic nie pomoże. Jedyne co mnie na krótkodystansowych lotach ratowało to Angry Birds:) i dwa shoty wodki... Czy ktoś może był w takiej sytuacji i doleciał spokojnie? Fajnie by było się troszkę podbudować:) Z góry bardzo dziękuję za odpowiedzi.
  10. Witam, Dziękuję bardzo za rady. Chciałabym dowiedzieć się od Was jeszcze jednego - czy przy depresji mogą pojawiać się napady furii? Otóż dzisiaj mój chłopak upił się okropnie i zdemolował pół mieszkania. Zaczęłam się bać, że i ja przy okazji oberwę, nie wydawało się to mało prawdopodobne. Co robić, jeśli to wróci? Uciekać? W życiu się tak nie bałam, szczególnie, że przez ostatnie dni było wręcz fantastycznie, był radosny, chętny do życia... I nagle dzisiaj to. Czy to normalne zachowanie przy depresji?
  11. Witam, To mój pierwszy post na tym forum ever. Znałam je od lat i poczytywanie go pomogło mi niesamowicie w walce z nerwicą, za co do dzisiaj jestem bardzo wdzięczna. Teraz okazuje się, że muszę tu wrócić z przyczyn diametralnie innych. Krótko: szukam jakiegoś sposobu na to, żeby pomóc bardzo bliskiej osobie, bo sama już nie wiem, co dalej robić. Sytuacja przedstawia się w następujący sposób: wydaje mi się, że mój partner cierpi na depresję. Z tego, co udało mi się posklejać z jego opowieści takie stany trwają bez mała od lat już kilkunastu i że jedyne, co odczuwa przez ten cały okres życia to smutek, zniechęcenie, brak poczucia jakiegokolwiek sensu. Do tego zauważyłam, że strasznie "lubi" sam się katować i bez ustanku słucham o tym, jaki jest beznadziejny, jak spaprał sobie życie, jak jest przegrany i za najwyżej kilka lat dołączy do pijaczków pod monopolowym. Te nastroje są chwiejne, raz jest odrobinę lepiej, raz mocno gorzej. Poranki są koszmarne, w ciągu dnia to wszystko jakoś się poprawia, ale chyba w żadnym momencie nie powiedziałabym, że jest dobrze. Ewentualna poprawa następuje tylko po jakichkolwiek środkach odurzających, których - nie ukrywam - jest za dużo w jego życiu. No i clue programu - zaczęłam wychwytywać w jego wypowiedziach jakieś aluzje do tego, że chciałby umrzeć. Nigdy nie był u psychiatry. Bezskutecznie proszę go o to, żeby wybrał się do lekarza, żeby chociaż porozmawiać o tym, co mu się dzieje - tu napotykam na opór jak ściana. Nigdzie nie pójdzie, bo on nie jest chory, on ma taką osobowość, a nawet jeśli jest chory, to i tak jemu się nie da pomóc. Wczoraj niemalże na mnie nawrzeszczał i cały czas powtarza, że jest skazany na dno, a ja powinnam odejść, bo będę przy nim bardzo nieszczęśliwa, a on mnie tak kocha, że nie chce skazywać na los życia z nim. Jak mu pomóc? Czy jest cokolwiek co można zrobić? Zaczynam myśleć, że to powoli przemienia się w kwestię życia i śmierci i potwornie się o niego boję. A może ja się mylę i rację ma on, twierdząc, że to nie choroba, tylko taki typ osobowości i nie da się tu pomóc? Bardzo przepraszam, jeśli ten temat już gdzieś jest, ale nie udało mi się znaleźć. Pozdrawiam.
×