Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

pieta3

Użytkownik
  • Zawartość

    11
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Jak osoba z OCD może Ciebie nie rozumieć? Po co wywlekasz chorobę na każdym kroku...chwalisz się nią? Tu nie ma czym się chwalić czy żalić, Mój mąż po roku znajomości dowiedział się że choruje. Spotkasz dziewczynę, spodoba Ci się i od razu powiesz ,,Cześć mam OCD''. Rozumiem Cię jak nikt inny.... nie jesteś wyjątkowy ze swoją chorobą, nie jesteś nie spotykaną odmianą OCD. Ta choroba ma różne objawy, ani Twoje ani moje nie są lepsze czy gorsze. Z tym trzeba po prostu walczyć, żeby zacząć normalnie żyć. Jeśli sam sobie nie będziesz chciał pomóc to nikt Ci nie pomoże, a już na pewno nie pomogą Ci słowa obcych ludzi mówiące ,,Oj jak mi przykro, że Ciebie to spotyka''. Owszem, wyrazy współczucia są też potrzebne, ale nie na nich opiera się walka z tą chorobą. Mi jest żal samej siebie, że cierpię na to wszystko... nie taki żal, że mogłabym się zagłaskać bo taka jestem biedna.... Tylko podły żal, że przez moją chorobę wali mi się życie i wymyka się z pod kontroli cała codzienność. I nie wmawiaj mi że nie rozumiem Ciebie bo chorujesz kilkanaście lat, ja również borykam się z tym g*wnem prawie 10 lat. Ale tu nie chodzi o ściganie się w latach.... Ty chyba sam już nie wierzysz, że może być lepiej. Ja też nie wierzyłam... 10 lat to prawie pół mojego życia (mam 23 lata) myślisz, że nie przeraża mnie wizja dnia bez choroby? Wizja normalnego dnia.... pomyśl o tym. Ale tak na prawdę.... jak mogłoby być fajnie. Piękny dzień bez OCD. Nie chce żebyś mnie źle zrozumiał, ale tak na prawdę nikt inny jak chorzy na OCD nie zrozumie Ciebie lepiej. Słuchaj przecież napisałem wyraźnie po co założyłem ten wątek, nie z potrzeby współczucia ani użalania się nad sobą. Moją intencją przy zakładaniu postu była wartość merytoryczna dla osób zainteresowanych tematem(m. in chorych, lekarzy, piszących prace naukowe), chciałem coś wnieść od siebie, nie wiem ile jeszcze wytrzymam a tak przynajmniej coś po mnie zostanie., może komuś studiowanie mojego przypadku się przyda, pomoże. Może jakiejś matce której dziecko ma podobne objawy co ja w wieku dziecięcym, da sygnał do rozpoczęcia leczenia. Więc po co ta fala krytyki i emocjonalnych uniesień, wyluzuj.
  2. wszystkie te leki brałem (anfranil do dnia dzisiejszego w maksymalnej dawce, anfranil początkowo trochę pomógł, natomiast pozostałe nic nie wniosły pozytywnego, ale na każdy organizm mogą działać indywidualnie
  3. Widzę że ladywind najbardziej mnie rozumie, a co do portali randkowych właśnie jak miałe lepszy okres założyłem profil na sympatii, dając na końcu wzmiankę o mojej chorobie,odezwały się 2 osoby (walczące z podobną chorobą i poprosiły mnie o opis mojej oraz jak sobie z nią radzę.- to skłoniło mnie do stworzenia bloga. oczywiście napisałem im mniej wiecej to co w założonym temacie. Obie uznały mój przypadek nieporównywalnie bardziej dramatyczny od swoich odniosłem wrażenie że przestraszyły się po prostu i rozmowa się urwała, także arate i zima, może trochę mniej zacietrzewienia a więcej zrozumiemia i wyobraźni -- 06 lis 2013, 11:50 -- No, dokładnie. Bo lepiej założyć blog i nie walczyć o swoje życie. Ale to chyba normalny objaw w NN, bo i ja czasem boje się dnia kiedy po NN nie zostanie już nic... i co wtedy? W sumie... mam to gdzieś, ja chce żyć, i myślę że on w głębi duszy też. Jakbym nie walczył to by już mnie nie było na tym świecie. Każdy dzień jest walką, walką były studia, walką było sklecenie opisu który zamieściłem n a tym forum, walką jest czytanie waszych postów i założenie owego bloga. A co do samej choroby walcząc przez kilkanaście lat przy każdym nowym leku miałem nadzieję że mi cokolwiek pomoże i do spotkania z każdym nowym lekarzem podchodziłem z entuzjazmem, mimo wszystko. Coraz mniejszym za każdym razem. To czego ode mnie oczekujecie, żebym tryskał optymizmem, po tylu latach beznadziejnej walki i wierzył że się stanie cud
  4. Moją intencją przy zakładaniu postu raczej nie była prośba o pomoc tylko wartość merytoryczna dla osób zainteresowanych tematem(m. in chorych, lekarzy, piszących prace naukowe), chciałem coś wnieść od siebie, nie wiem ile jeszcze wytrzymam a tak przynajmniej coś po mnie zostanie., może komuś studiowanie mojego przypadku się przyda, pomoże. Może jakiejś matce której dziecko ma podobne objawy co ja w wieku dziecięcym, da sygnał do rozpoczęcia leczenia. -- 05 lis 2013, 05:34 -- Na psychoterapię jak najbardziej bym się pisał, z tym że psychoterapeutka(powiedzmy o bardzo dobrej renomie) zagrała ze mną w otwarte karty, mówiąc: tak jak napisałem w założonym temacie: określiła mój stan jako fatalny, że psychoterapia to kwestia lat bez gwarancji poprawy. Zanim był dobrze zaczął uczęszczać poszedłbym z torbami bo spotkania zalecane 2 razy w tygodniu, minimum 1 raz, 100 zł/za spotkanie, a co do lekarzy miałem styczność z dziewięcioma i tylko dwoje w tym obecnie mnie prowadzący podeszło do sprawy tak jak należy, z zaangażowaniem, indywidualnie nie traktując mnie z góry z wyższością. Oboje mieli podobną wizję leczenia więc wybrałem ten tańszy i bliższy mojego miejsca zamieszkania. -- 05 lis 2013, 05:36 -- Moją intencją przy zakładaniu postu raczej nie była prośba o pomoc tylko wartość merytoryczna dla osób zainteresowanych tematem(m. in chorych, lekarzy, piszących prace naukowe), chciałem coś wnieść od siebie, nie wiem ile jeszcze wytrzymam a tak przynajmniej coś po mnie zostanie., może komuś studiowanie mojego przypadku się przyda, pomoże. Może jakiejś matce której dziecko ma podobne objawy co ja w wieku dziecięcym, da sygnał do rozpoczęcia leczenia. -- 05 lis 2013, 05:34 -- Na psychoterapię jak najbardziej bym się pisał, z tym że psychoterapeuta (powiedzmy o bardzo dobrej renomie) zagrała ze mną w otwarte karty, mówiąc: tak jak napisałem w założonym temacie: określiła mój stan jako fatalny, że psychoterapia to kwestia lat bez gwarancji poprawy. Zanim był dobrze zaczął uczęszczać poszedłbym z torbami bo spotkania zalecane 2 razy w tygodniu, minimum 1 raz, 100 zł/za spotkanie, a co do lekarzy miałem styczność z dziewięcioma i tylko dwoje w tym obecnie mnie prowadzący podeszło do sprawy tak jak należy, z zaangażowaniem, indywidualnie nie traktując mnie z góry z wyższością. Oboje mieli podobną wizję leczenia więc wybrałem ten tańszy i bliższy mojego miejsca zamieszkania. -- 05 lis 2013, 05:40 -- no i przez pomyłkę zdublowałem post
  5. Dziękuję za "merytoryczne" i pełne empatii podejście, oraz rady które mają się nijak do tego co napisałem. Temat do zamknięcia
  6. Anafranil biorę od 11 lat, na początku pomógł trochę ale później przestałem odczuwać jego działanie. Na dzień dzisiejszy biorę maksymalną możliwą dawkę
  7. biorę leki garściami, stan fatalny ale stabilny, bez leków napięcie(rozsadzanie) się potęguje 10 krotnie i człowiek fizycznie nie jest w stanie wstać z podłogi tylko leży i wydaje jęki, każda minuta jest horrorem
  8. Choruję od dzieciństwa . Najpierw objawiało się to niewinnie; ustawianiem ludzików, samochodzików, sprawdzaniem gazu, sprawdzaniem czy drzwi są zamknięte, ustawianiem ciapów, ustawianiem szczoteczki do zębów, odkręcaniem i dokręcaniem długopisu, itp oczywiście po wielokroć. Innym elementem było powtarzanie pewnych wyrazów czy zdań aż do wyimaginowanej perfekcji, w myślach albo na głos. Z biegiem lat choroba ewoluowała i się pogłębiała. Obsesje ruchowe zaczynały przechodzić w myśli, przez całą dobę a najbardziej natężone przed spaniem. Były to informacje zasłyszana w trakcie dnia, rozmowy, teksty piosenek, powiedzenia, informacje nabyte w szkole, natłok różnych myśli które musiałem przetworzyć tak żeby mnie to zadowalało oczywiście natręctwa ruchowe nie ustawały tylko zeszły na dalszy plan. Innym problemem było odtwarzanie (wizualizowanie pewnych obrazów w głowie np. aktorów i różnych twarzy ludzi którzy w danej chwili przyszli mi do głowy) Zawsze choroba dotykała rzeczy na których mi zależało. Pod koniec szkoły podstawowej nastąpił moment przełomowy Choroba zaczęła atakować moje mocne strony( to w czym byłem dobry, na czym mi zależało: wiedza , poglądy, informacje nabyte w szkole). Obsesje ruchowe zaczynały schodzić na dalszy plan a większym problemem stawały się myśli. Jeśli byłem np dobry z angielskiego to choroba to atakowała na zasadzie całkowitej odwrotności i zamazywała wiedzę na jakiś czas, nie miałem do niej dostępu albo utrudniony i nigdy po iluś godzinach, dniach nie powracało to do pierwotnego stanu rzeczy, musiałem ta wiedzę odświeżać poprzez ponowne jej przyswojenie.Było to horrorem i zniechęcało mnie do czegokolwiek, zabijało moje walory,aspiracje, potencjał. Oczywiście cały czas atakowały mnie myśli typu( muszę powtórzyć coś ileś razy aż do wyimaginowanej perfekcji, natłok myśli, które musiałem przetworzyć, bo inaczej zaczynałem się fizycznie czuć fatalnie,(niesamowity ból głowy(karku) nie do z walczenia przez leki, odruchy wymiotne, krztuszenie się, drżenie rak, pieczenie w gardle. Choroba atakowała nawet takie aspekty jak mój wygląd, czy formę fizyczną Kiedy zacząłem chodzić na siłownię na początku ogólniaka i uzyskiwać lepsze wyniki w pewnych ćwiczeniach czy lepszą muskulaturę ciała było to atakowane tak jak wiedza, na zasadzie odwrotności. Myśli były tak silne że zaczynały mnie bolec mięśnie z którymi były one związane cierpnąć poszczególne partie ciała, zaczynałem tracić siłę co przekładało się na moje wyniki na siłowni(np nie mogłem zrobić tylu powtórzeń danym ciężarem co wcześniej tylko powiedzmy jedno czy dwa. Innym elementem był urojony wpływ niektórych rzeczy takich jak telefony komórkowe, kable, gniazdka, przedmioty skierowane czubkiem w moją stronę na moje myślenie. W sytuacji gdy ktoś rozmawiając skierował tel. kom. w moja stronę urajałem sobie że fale mogą wpływać na moje procesy myślowe i tak się działo. Wszystkie moje walory malały nie potrafiłem wydusić z siebie słowa i sformułować zdania tak jak przedtem, podobnie było z wyimaginowanym wpływem gniazdek elektrycznych,( nie mogłem leżeć blisko nich bo zachodził mechanizm taki jak powyżej), czy kabli przez które płynął prąd Zacząłem się leczyć na początku 4tej klasy liceum, o dużo za późno i to był błąd(kiedy jedyną alternatywą było samobójstwo. Początkowo leki zaczęły działać pozytywnie przez ok 1sze pół roku leczenia( ale wciąż było do dupy z tym że znośnie) Zdałem maturę dostałem się na studia itd. Z biegiem lat choroba zmieniała swoje oblicze, jedne problemy przeradzały się w inne gorsze, leki nie pomagały. dostawałem inne, które albo nie działały w ogóle albo pogarszały sytuację. Całe studia były droga przez mękę, objawy zaczęły wracać, przeradzać się w gorsze o większym natężeniu. Nieraz jedna stronę książki czytałem godzinę. Wiedza którą przyswoiłem przed egzaminem potrafiła rozmyć się w jednej chwili na zasadzie całkowitej odwrotności jak opisałem powyżej. Początkowo powiedzmy umiałem na piątkę a finalnie zdawałem ledwo co na 3jkę W połowie studiów oblałem semestr i przeniosłem się na studia zaoczne i jakoś dopchałem je do końca . Studia kosztowały mnie o wiele więcej wysiłku energii, nerwów i poświeceń niż gdybym nie był chory. Można powiedzieć że studia były heroiczna walką. W międzyczasie różni lekarze przetestowali na mnie ok 30 różnych substancji( leków). Jedne działały albo negatywnie albo w ogóle, po drugich czułem same objawy niepożądane. Na dzień dzisiejszy choroba wygląda tak( składa się z 4 różnych elementów). Pierwszy element – Napięcie – ogromne rozpieranie w całym organizmie (nieraz wiję się na łóżku tak jakbym miał eksplodować. Napięcie jest najsilniejsze rano i jak coś zjem. Sam się zastanawiam jak ja je wytrzymuje. Piję co jest pod ręką hydroxizinę, melissę, krople nasercowe, szyszki chmielowe. Czasami uda się je jakoś opanować a czasami tarzam się po podłodze cały dzień aż zachce mi się spać. Drugi element – przetwarzanie informacji i problemy z koncentracją (są one związane nie tylko z samą chorobą ale i z negatywnym działaniem leków, które otępiają, co wielokrotnie mówili mi lekarze) do tego stopnia ze nieraz jeden wyraz przetwarzam kilkanaście minut, zdanie godzinę, nawet sam czas na zegarku elektronicznym często przetwarzam kilka minut. Najgorzej idzie mi z tym na czym mi najbardziej zależy( choć to nie reguła). Owe przetwarzania niezmiernie potęguje moją depresję i zniechęca do czegokolwiek. Powoduje frustrację nie do opisania. Trzeci element – Natręctwa i natłok myśli, które muszę przetworzyć bo inaczej zaczynają się objawy takie jak napisałem powyżej. Natręctwa takie jak przesuwanie kabla od modemu czy poprawianie innych rzeczy. Oczywiście dotyczy to głównie rzeczy na których mi w danej chwili zależy.Nieraz jedna czynność wykonuje parę godzin aż coś spieprzę i wtedy dochodzi u mnie do ekstazy nerwowej (jakbym miał pistolet albo truciznę natychmiast bym ja zażył bo jest to szał nie do wytrzymania). Poza tym w moim pokoju panuje niesamowity bajzel. Jednak jest część rzeczy których nikt dotykać nie może bo są ustawione co do mm. W ogóle nie lubię jak mi sie ktoś kręci po pokoju bo może coś nieopatrznie ruszyć przesunąć itp. Czwarty element (wypadkowa powyższych)- niesamowita depresja i zniechęcenie do wykonywania czegokolwiek, wychodzę z domu jak muszę, robię tylko to co muszę, nic ponadto. Nawet kiedy już mam nóż na gardle i jestem zmuszony do wyjścia z domu, cały czas jestem zawieszony pomiędzy myślami a światem otaczającym i nieobecny, pochłonięty przetwarzaniem bodźców z otoczenia i myślami które mi w danej chwili przyjdą do głowy. Nie jestem w stanie w pełni się skupić nad tym gdzie idę, co robię. Wielokrotnie bywało że wszedłem na słup od latarni, znak drogowy, zderzyłem się z kimś, nie zauważyłem krawężnika. Moim największym marzeniem od wielu lat jest jak najszybsze zejście z tego świata,. Raz się wieszałem ale sznurek się urwał (ważę) ok 100 kilo) w momencie kiedy traciłem już przytomność, podcinanie żył, próbowałem (ale to tylko na filmie), chyba że tętnicę szyjną. Poza domem i w towarzystwie nawet jednej osoby(bliskiej) moje objawy się nasilają. Percepcja i zdolności poznawcze drastycznie maleją pod wpływem nerwów Przez 14 lat miałem psa o imieniu Hektor. To że był ze mną dodawało mi siły by walczyć z chorobą. Z czasem stał się jedyną istota na której mi zależało i dla której żyłem Odszedł ok 5 lat temu. Od tego czasu i w sumie dużo wcześniej moje życie to wegetacja. Czekam na śmierć jak na zbawienie chyba że znajdę kogoś dla kogo będzie warto mimo wszystko z tym wszystkim walczyć ale to jest tak prawdopodobne jak trafienie 6ki w totka. To tak w skrócie bo można by na temat mojej choroby i przeżyć napisać książkę. Dwa razy byłem w szpitalu 1szy raz w Chełmie ( bez sensu), poszedłem na odczepnego bo mnie rodzice molestowali, 2gi raz w klinice w Abramowicach,to także nie przyniosło najmniejszego efektu, lekarz wręcz mi powiedział że szpital nie jest placówką która mogłaby mi pomóc, może wręcz pogorszyć sytuację bo jest więcej ludzi więcej rzeczy do przetworzenia, w związku z tym objawy się nasilają. Powiedziano mi że w tym stadium choroby jedyna rzeczą jaka może mi pomóc jest terapia behawioralna CBT Byłem u psychoterapeuty od terapii behawioralnej który mi powiedział ze na to wszystko za późno, można spróbować terapii w która ja osobiście nie wierzę, ale trwałaby ona kilka lat i ów psychoterapeuta nie daje mi gwarancji jakiejkolwiek poprawy, więc dałem sobie spokój Mam 30 lat, znam swoją chorobę na wylot, tylko niestety nic związku z tym nie mogę zrobić, to jest jak piekło(jeżeli wierzycie w piekło jako stan umysłu) to to jest właśnie to Powiem tak. Życie to chwila śmierć to wieczność, przynajmniej mam taka nadzieję. Ja osobiście znalazłem się już w takim punkcie gdzie nic nie ma sensu, od wielu wielu lat nie jestem w stanie czerpać jakiejkolwiek radości z życia, jest tylko smutek i męczarnia. Nic mnie tu nie trzyma, to dlaczego , w imię czego się męczyć, przecież i tak w końcu się umrze.Sprawdzian z wytrzymałości na cierpienie zdałem bo przeżywszy to co ja większość ludzi powiesiłaby się na własnych jelitach. Nie mam dla kogo żyć, ostatnia istotą dla której byłem gotów walczyć z tym kurewstwem był mój pies. Niestety nie ma go już na tym świecie. Nie wierzę w niebo nie wierzę w piekło takie jakie wykreowała religia katolicka i inne pokrewne , wierzę w swobodną egzystencje bytów w świecie astralnym do którego możemy trafić po śmierci. Nie neguję reinkarnacji ale wolałbym żeby jej nie było . Może być już tylko lepiej albo wcale, gorzej na pewno nie. Nawet gdyby śmierć była końcem wszystkiego i po śmierci miałbym zmienić się w nicość(to jest lepsze niż takie życie) Zapraszam na bloga http://nerwicanatrectwpieklonaziemi.blog.pl/2013/11/03/nerwica-natrectw-pieklo-na-ziemi/
  9. Choruję od dzieciństwa . Najpierw objawiało się to niewinnie; ustawianiem ludzików, samochodzików, sprawdzaniem gazu, sprawdzaniem czy drzwi są zamknięte, ustawianiem ciapów, ustawianiem szczoteczki do zębów, odkręcaniem i dokręcaniem długopisu, itp oczywiście po wielokroć. Innym elementem było powtarzanie pewnych wyrazów czy zdań aż do wyimaginowanej perfekcji, w myślach albo na głos. Z biegiem lat choroba ewoluowała i się pogłębiała. Obsesje ruchowe zaczynały przechodzić w myśli, przez całą dobę a najbardziej natężone przed spaniem. Były to informacje zasłyszana w trakcie dnia, rozmowy, teksty piosenek, powiedzenia, informacje nabyte w szkole, natłok różnych myśli które musiałem przetworzyć tak żeby mnie to zadowalało oczywiście natręctwa ruchowe nie ustawały tylko zeszły na dalszy plan. Innym problemem było odtwarzanie (wizualizowanie pewnych obrazów w głowie np. aktorów i różnych twarzy ludzi którzy w danej chwili przyszli mi do głowy) Zawsze choroba dotykała rzeczy na których mi zależało. Pod koniec szkoły podstawowej nastąpił moment przełomowy Choroba zaczęła atakować moje mocne strony( to w czym byłem dobry, na czym mi zależało: wiedza , poglądy, informacje nabyte w szkole). Obsesje ruchowe zaczynały schodzić na dalszy plan a większym problemem stawały się myśli. Jeśli byłem np dobry z angielskiego to choroba to atakowała na zasadzie całkowitej odwrotności i zamazywała wiedzę na jakiś czas, nie miałem do niej dostępu albo utrudniony i nigdy po iluś godzinach, dniach nie powracało to do pierwotnego stanu rzeczy, musiałem ta wiedzę odświeżać poprzez ponowne jej przyswojenie.Było to horrorem i zniechęcało mnie do czegokolwiek, zabijało moje walory,aspiracje, potencjał. Oczywiście cały czas atakowały mnie myśli typu( muszę powtórzyć coś ileś razy aż do wyimaginowanej perfekcji, natłok myśli, które musiałem przetworzyć, bo inaczej zaczynałem się fizycznie czuć fatalnie,(niesamowity ból głowy(karku) nie do z walczenia przez leki, odruchy wymiotne, krztuszenie się, drżenie rak, pieczenie w gardle. Choroba atakowała nawet takie aspekty jak mój wygląd, czy formę fizyczną Kiedy zacząłem chodzić na siłownię na początku ogólniaka i uzyskiwać lepsze wyniki w pewnych ćwiczeniach czy lepszą muskulaturę ciała było to atakowane tak jak wiedza, na zasadzie odwrotności. Myśli były tak silne że zaczynały mnie bolec mięśnie z którymi były one związane cierpnąć poszczególne partie ciała, zaczynałem tracić siłę co przekładało się na moje wyniki na siłowni(np nie mogłem zrobić tylu powtórzeń danym ciężarem co wcześniej tylko powiedzmy jedno czy dwa. Innym elementem był urojony wpływ niektórych rzeczy takich jak telefony komórkowe, kable, gniazdka, przedmioty skierowane czubkiem w moją stronę na moje myślenie. W sytuacji gdy ktoś rozmawiając skierował tel. kom. w moja stronę urajałem sobie że fale mogą wpływać na moje procesy myślowe i tak się działo. Wszystkie moje walory malały nie potrafiłem wydusić z siebie słowa i sformułować zdania tak jak przedtem, podobnie było z wyimaginowanym wpływem gniazdek elektrycznych,( nie mogłem leżeć blisko nich bo zachodził mechanizm taki jak powyżej), czy kabli przez które płynął prąd Zacząłem się leczyć na początku 4tej klasy liceum, o dużo za późno i to był błąd(kiedy jedyną alternatywą było samobójstwo. Początkowo leki zaczęły działać pozytywnie przez ok 1sze pół roku leczenia( ale wciąż było do dupy z tym że znośnie) Zdałem maturę dostałem się na studia itd. Z biegiem lat choroba zmieniała swoje oblicze, jedne problemy przeradzały się w inne gorsze, leki nie pomagały. dostawałem inne, które albo nie działały w ogóle albo pogarszały sytuację. Całe studia były droga przez mękę, objawy zaczęły wracać, przeradzać się w gorsze o większym natężeniu. Nieraz jedna stronę książki czytałem godzinę. Wiedza którą przyswoiłem przed egzaminem potrafiła rozmyć się w jednej chwili na zasadzie całkowitej odwrotności jak opisałem powyżej. Początkowo powiedzmy umiałem na piątkę a finalnie zdawałem ledwo co na 3jkę W połowie studiów oblałem semestr i przeniosłem się na studia zaoczne i jakoś dopchałem je do końca . Studia kosztowały mnie o wiele więcej wysiłku energii, nerwów i poświeceń niż gdybym nie był chory. Można powiedzieć że studia były heroiczna walką. W międzyczasie różni lekarze przetestowali na mnie ok 30 różnych substancji( leków). Jedne działały albo negatywnie albo w ogóle, po drugich czułem same objawy niepożądane. Na dzień dzisiejszy choroba wygląda tak( składa się z 4 różnych elementów). Pierwszy element – Napięcie – ogromne rozpieranie w całym organizmie (nieraz wiję się na łóżku tak jakbym miał eksplodować. Napięcie jest najsilniejsze rano i jak coś zjem. Sam się zastanawiam jak ja je wytrzymuje. Piję co jest pod ręką hydroxizinę, melissę, krople nasercowe, szyszki chmielowe. Czasami uda się je jakoś opanować a czasami tarzam się po podłodze cały dzień aż zachce mi się spać. Drugi element – przetwarzanie informacji i problemy z koncentracją (są one związane nie tylko z samą chorobą ale i z negatywnym działaniem leków, które otępiają, co wielokrotnie mówili mi lekarze) do tego stopnia ze nieraz jeden wyraz przetwarzam kilkanaście minut, zdanie godzinę, nawet sam czas na zegarku elektronicznym często przetwarzam kilka minut. Najgorzej idzie mi z tym na czym mi najbardziej zależy( choć to nie reguła). Owe przetwarzania niezmiernie potęguje moją depresję i zniechęca do czegokolwiek. Powoduje frustrację nie do opisania. Trzeci element – Natręctwa i natłok myśli, które muszę przetworzyć bo inaczej zaczynają się objawy takie jak napisałem powyżej. Natręctwa takie jak przesuwanie kabla od modemu czy poprawianie innych rzeczy. Oczywiście dotyczy to głównie rzeczy na których mi w danej chwili zależy.Nieraz jedna czynność wykonuje parę godzin aż coś spieprzę i wtedy dochodzi u mnie do ekstazy nerwowej (jakbym miał pistolet albo truciznę natychmiast bym ja zażył bo jest to szał nie do wytrzymania). Poza tym w moim pokoju panuje niesamowity bajzel. Jednak jest część rzeczy których nikt dotykać nie może bo są ustawione co do mm. W ogóle nie lubię jak mi sie ktoś kręci po pokoju bo może coś nieopatrznie ruszyć przesunąć itp. Czwarty element (wypadkowa powyższych)- niesamowita depresja i zniechęcenie do wykonywania czegokolwiek, wychodzę z domu jak muszę, robię tylko to co muszę, nic ponadto. Nawet kiedy już mam nóż na gardle i jestem zmuszony do wyjścia z domu, cały czas jestem zawieszony pomiędzy myślami a światem otaczającym i nieobecny, pochłonięty przetwarzaniem bodźców z otoczenia i myślami które mi w danej chwili przyjdą do głowy. Nie jestem w stanie w pełni się skupić nad tym gdzie idę, co robię. Wielokrotnie bywało że wszedłem na słup od latarni, znak drogowy, zderzyłem się z kimś, nie zauważyłem krawężnika. Moim największym marzeniem od wielu lat jest jak najszybsze zejście z tego świata,. Raz się wieszałem ale sznurek się urwał (ważę) ok 100 kilo) w momencie kiedy traciłem już przytomność, podcinanie żył, próbowałem (ale to tylko na filmie), chyba że tętnicę szyjną. Poza domem i w towarzystwie nawet jednej osoby(bliskiej) moje objawy się nasilają. Percepcja i zdolności poznawcze drastycznie maleją pod wpływem nerwów Przez 14 lat miałem psa o imieniu Hektor. To że był ze mną dodawało mi siły by walczyć z chorobą. Z czasem stał się jedyną istota na której mi zależało i dla której żyłem Odszedł ok 5 lat temu. Od tego czasu i w sumie dużo wcześniej moje życie to wegetacja. Czekam na śmierć jak na zbawienie chyba że znajdę kogoś dla kogo będzie warto mimo wszystko z tym wszystkim walczyć ale to jest tak prawdopodobne jak trafienie 6ki w totka. To tak w skrócie bo można by na temat mojej choroby i przeżyć napisać książkę. Dwa razy byłem w szpitalu 1szy raz w Chełmie ( bez sensu), poszedłem na odczepnego bo mnie rodzice molestowali, 2gi raz w klinice w Abramowicach,to także nie przyniosło najmniejszego efektu, lekarz wręcz mi powiedział że szpital nie jest placówką która mogłaby mi pomóc, może wręcz pogorszyć sytuację bo jest więcej ludzi więcej rzeczy do przetworzenia, w związku z tym objawy się nasilają. Powiedziano mi że w tym stadium choroby jedyna rzeczą jaka może mi pomóc jest terapia behawioralna CBT Byłem u psychoterapeuty od terapii behawioralnej który mi powiedział ze na to wszystko za późno, można spróbować terapii w która ja osobiście nie wierzę, ale trwałaby ona kilka lat i ów psychoterapeuta nie daje mi gwarancji jakiejkolwiek poprawy, więc dałem sobie spokój Mam 30 lat, znam swoją chorobę na wylot, tylko niestety nic związku z tym nie mogę zrobić, to jest jak piekło(jeżeli wierzycie w piekło jako stan umysłu) to to jest właśnie to Powiem tak. Życie to chwila śmierć to wieczność, przynajmniej mam taka nadzieję. Ja osobiście znalazłem się już w takim punkcie gdzie nic nie ma sensu, od wielu wielu lat nie jestem w stanie czerpać jakiejkolwiek radości z życia, jest tylko smutek i męczarnia. Nic mnie tu nie trzyma, to dlaczego , w imię czego się męczyć, przecież i tak w końcu się umrze.Sprawdzian z wytrzymałości na cierpienie zdałem bo przeżywszy to co ja większość ludzi powiesiłaby się na własnych jelitach. Nie mam dla kogo żyć, ostatnia istotą dla której byłem gotów walczyć z tym kurewstwem był mój pies. Niestety nie ma go już na tym świecie. Nie wierzę w niebo nie wierzę w piekło takie jakie wykreowała religia katolicka i inne pokrewne , wierzę w swobodną egzystencje bytów w świecie astralnym do którego możemy trafić po śmierci. Nie neguję reinkarnacji ale wolałbym żeby jej nie było . Może być już tylko lepiej albo wcale, gorzej na pewno nie. Nawet gdyby śmierć była końcem wszystkiego i po śmierci miałbym zmienić się w nicość(to jest lepsze niż takie życie) Zapraszam na bloga http://nerwicanatrectwpieklonaziemi.blog.pl/2013/11/03/nerwica-natrectw-pieklo-na-ziemi/
×