Dziękuję za wyrażenie swojej opinii, doceniam to, naprawdę doceniam.
Wiem, że jest ze mną jakiś problem, mam tego świadomość. Mam też świadomość tego jak bardzo obce jest mi podejmowanie decyzji, jakichkolwiek decyzji i jak dalece potrzebuję przy swoim boku kogoś, kto ułatwi mi życie właśnie poprzez zdjęcie z barków tego ciężaru, ciężaru życia.
Mam również świadomość tego, że pisząc tu bardzo liczę na receptę. Tak, receptę, sposób postępowania, kierunek w jakim powinnam podążać. Takie to żałosne. Kobieta trzydziestoletnia, można by było twierdzić, że dorosła, a tak wielce ograniczona. Strasznie mi to utrudnia życie.
Co do porad psychologa, to korzystałam już swego czasu. Było kilka sesji na których ja wciąż nawijać musiałam, psycholożka coś tam notowała i nic sama nie mówiła, robiła tylko wielce cierpiącą, łączącą się ze mną w bólu minę, Kosztowna to była zachcianka więc po kilku sesjach zrezygnowałam.
Zaznaczam, że mąż jest dobrym człowiekiem, ja nie dość, że deprecha totalna każdego dnia i marazm, to jeszcze przewlekle chora i z dnia na dzień zaczynam coraz bardziej nienawidzić siebie i swojego życia, Czuję po prostu, że muszę uciec, jak najdalej stąd, zaszyć się gdzieś i najlepiej przestać istnieć. Paranoja, moja paranoja.
Prawda jest taka, że nie do końca czuję się szczęśliwa w tym związku. Choć jak powinno wyglądać prawdziwe szczęście, tego też nie wiem. Czuję, że coś mi po prostu ucieka, że może powinnam dać i sobie i mężowi szansę na prawdziwy, satysfakcjonujący obie strony związek, zamiast zadowalać się czymś w czym nie do końca czujemy się spełnieni.
Zadowalam się drobiazgami i na tym staram się budować swój dzień. Uciekam w wyimaginowany świat, oddalam się od realnego.
Nie wiem jaka jest recepta na życie, na szczęśliwe życie, na szczęśliwy związek.
Wiem jednak, że sprawiam wszystkim zawód, począwszy od rodziców dla których zawsze byłam cieniem mojej ambitnej siostry, skończywszy na znajomych. o których zapominam przez moje roztrzepanie i niemożność skupienia się na wielu rzeczach.