Witajcie. To mój pierwszy post na tym forum. Zbierałem się kilka dni, żeby wreszcie coś napisać, wyrzucić z siebie. Wybaczcie jeśli to bedzie chaotyczne, ale ciężko zebrać myśli razem.
Uważam siebie za osobę raczej depresyjną od zawsze, z małymi wzlotami. Prawie zawsze w towarzystwie piłem alkohol, po którym łatwiej mi było rozmawiać cieszyć się, itd. jak to po wypiciu. Trzy lata temu na urodzinach znajomego wypiłem dużo za dużo (nie pierwszy raz zresztą) jednak tym razem stało się coś. Na początku myślałem, że to kac i mi przejdzie. Po tygodniu nie wstawania z łóżka stwiedziłem, że coś jest nie tak, zacząłem przeglądać net i padło na depresję. Bolała mnie głowa z lewej strony, miałem kołatanie serca prawie cały czas. Próbowałem, żyć normalnie, ale na nic nie maiłem ochoty, spotykałem się ze znajomymi, ale cały czas byłem przygnębiony. Balem się przebywać wśród ludzi, ale na siłe wychodziłem na miasto, bałem się, że zacznę płakać w najmniej odpowiednim momencie. Wtedy kończyłem studia, nie miałem dziewczyny, perspektywy na dobrą pracę były marne i tym sobie tłumaczyłem moją deprechę. Zaczęło się to w kwietniu, pod koniec maja zacząłem szukać pomocy w lekach ziołowych, dodam że miałem już myśli samobójcze. Czas jakoś płynął potem piłem nalewkę z dziurawca (początek lipca) w sierpniu już mogłem normalnie pójść na imprezę ze znajomymi, gdzie poznałem dziewczynę. Depresja jakby się skończyła. Nie piłem alkoholu, jedynie czasem jakieś piwko. Przez te prawie 4 miesiące ukrywałem mój stan przed znajomymi i rodziną. Przed rodziną było łatwiej bo mieszkała w innym mieście. Uważam ,że po jakimś roku wróciłem do "normalnego" życia. Nie bałem się wypić kilku piw na imprezie, między czasie skończył się związek z tamtą dziewczyną. Było mi ciężko, ale dobrze to zniosłem.
Teraz od ponad roku jestem z kobietą, którą kocham jak nigdy żadnej innej. Ale jakieś 3 tygodnie temu na imprezie znowu wypiłem za dużo, wcześniej się pokłócilismy i chyba w ten sposób odreagowałem. Po 5 dniach od tej imprezy miałem wyjechać za granice do pracy(od dwóch lat co 2 miesiace wyjeżdżam). Dzień po imprezie moja dziewczyna powiedziała, że jeżeli mnie zobaczy w takim stanie jeszcze raz to mnie zostawi. Myślę, że to nie miało większego wpływu na to co się ze mną dzieje. Ale juz przy tej rozmowie czułem się okropnie. Wcześniej zaczął się ból głowy, za skronią tuż nad uchem. Serce waliło mi czasem jak młot. Czuję jakieś lęki. tuż przed wyjazdem mieliśmy rozmowę, którą sprowokowałem i wypytałem o jej byłych. Na pewno mi to nie pomogło. Czuję, że jestem zazdrosny nawet o jej byłych chłopaków (dwóch). Nie mam wielkiego doświadczenia w związkach, ale nigdy się nie spodziewałem, że mogę być o to zazdrosny. A jednak. Czuję się mniej doświadczony, gorszy. Moja samoocena jest prawie żadna. Gdzies w myślach przewija mi się też moja niespełniona miłość ze szkoły średniej, z którą utrzymywałem kontakt jeszcze na studiach. Czasem nawet mówię jej imię głośno szczególnie w stresie. A nic mnie z nią nie łączy i nie łączyło. Próbuję znaleźć coś w mojej głowie co mi pomoże, co jest przyczyną tego stanu, co jeszcze we mnie siedzi. Wspominam mojego ojca, który chyba nieświadomie niszczył moją samoocenę. Najgorsze jest to, że jestem teraz tysiące kilometrów od domu. Jestem w pracy, nie mogę się na niczym skupić, czuję ten bół/ucisk głowy, serce wali mi jak młotem. Boję się każdego problemu w mojej pracy, a jest coraz gorzej. Słabo śpię, każdy głośniejszy dźwięk w nocy powoduje niemal uczucie bólu.
Nie chcę się tak czuć. Kocham moją dziewczynę planowałem się jej oświadczyć w to lato. Za radą forumowiczów, którzy radzili innym powiedziałem jej o moim problemie, nie powiedziałem tylko, że moge być zazdrosny o jej byłych. Chociaż w gruncie rzeczy do końca nie wiem czy jestem zazdrosny. W każdym razie, zaczęła się pytać co może być przyczyną. Nie wiem co jej powiedzieć jak zareagować. Nie moge jej stracić, nie moge stracić pracy, w której idzie mi coraz gorzej. Mój świat by się zawalił. Do wszystkiego muszę się zmuszać jest coraz ciężej, a jeszcze półtora miesiąca muszę tu wytrzymać. Praktycznie nie piję tu alkoholu. Ale, żeby udawać normalność wypijam z ludźmi z pracy piwo lub drinka wieczorem. Boję się, że w końcu dopadnie mnie lęk, albo coś w tym rodzaju i się rozpłacze lub ucieknę.
Nie wiem czy to depresja, czy może nerwica, albo jedno i drugie. Nie mogę pójść do psychologa bo jest to w tej chwili niemożliwe. Boże nie wiem jak ja to wytrzymam.