Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

circ

Użytkownik
  • Zawartość

    210
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. "Zdrowy w chorym otoczeniu'' - tak brzmiał tytuł publikacji prof. Rosenhana, której filozof M. Foucault życzył Nagrody Nobla za humor naukowy. Praca mocno potrząsnęła psychiatrią. "Zdrowy w chorym otoczeniu'' - tak brzmiał tytuł pracy prof. Rosenhana, opublikowanej w magazynie naukowym "Science''*. Mowa w niej o ośmiu uczestnikach niebywałego dotąd eksperymentu, który po opublikowaniu nieźle wstrząsnął psychiatrią. Prof. David Rosenhan był amerykańskim profesorem psychologii na Uniwersytecie Stanford i już w 1968 roku jako 40-latek zadał sobie pytanie, czy rzeczywiście istnieje różnica pomiędzy byciem ,,normalnym'' i kimś potocznie nazywanym ,,wariatem''. Aby poszukać odpowiedzi na to pytanie zorganizował on 4-letnie badania, które przeszły do historii psychologii, jako „Eksperyment Rosenhana”. W tej iście szerlokoholmskiej pracy towarzyszyło mu 7 osób (czterech mężczyzn i trzy kobiety): trzech psychologów, jeden lekarz pediatra, student psychologii, malarz i gospodyni domowa. Francuski filozof Michel Foucault po zakończeniu badań życzył Rosenhanowi ,,Nagrody Nobla za humor naukowy''... Plan Rosenhana wydawał się w miarę prosty i miał odpowiedzieć na pytanie, jak długo psychiatria będzie potrzebowała aby orzec, że w przypadku tej ósemki ma do czynienia z ,,normalnymi'' ludźmi, którzy faktycznie nigdy wcześniej nie mieli żadnych form tzw. zaburzeń psychicznych. ,,To pytanie nie jest ani niepotrzebne, ani zwariowane'' napisze on później we wspomnianej publikacji. ,,Nawet jeżeli jesteśmy osobiście przekonani, że potrafimy rozgraniczyć, co jest normalne, a co nienormalne, to nie ma na to przekonywujących dowodów.'' Co prawda Księga Diagnostyczna (DSM) Zjednoczenia Psychiatrów Amerykańskich dzieli pacjentów na kategorie według symptomów, co ma umożliwić odróżnienie osoby zdrowej od ,,chorej psychicznie'', ale w Rosenhanie pojawiło i umocniło się zwątpienie w sens tak stawianych diagnoz. Stwierdził on, że ,,choroba psychiczna'' nie jest diagnozowana na bazie obiektywnych symptomów, a na subiektywnym postrzeganiu ,,pacjenta'' przez obserwującego lekarza. Wierzył, że do rozjaśnienia problemu przyczyni się właśnie jego eksperyment, w którym sprawdzone będzie, czy ludzie nigdy nie cierpiący na żadne ,,choroby psychiczne'' zostaną w szpitalu rozpoznane, jako zdrowe i jeśli tak, to na jakiej zasadzie to się odbędzie. Przygotowania do eksperymentu wyglądały zawsze tak samo: pan profesor oraz współuczestnicy projektu przez kilka dni nie myli zębów, panowie się nie golili, następnie pseudopacjenci ubierali się w nieco przybrudzone ciuchy, pod fałszywym nazwiskiem umawiali telefonicznie z wybraną kliniką psychiatryczną i krótko po tym pojawiali się tam twierdząc podczas przyjęcia, że... słyszą głosy. Było to oczywiście nieprawdą, tak jak nieprawdziwe były podane przez nich nazwiska i zawody. Mało tego, nawet opisywane przez pseudopacjentów ,,głosy'' nie miały odniesienia do znanych w psychiatrii opisów, gdyż nie ma głosów ,,pustych'', ,próżnych'' i ,,głuchych'', jak to z premedytacją przedstawili uczestnicy eksperymentu w pierwszej rozmowie z lekarzem... Po diagnozie, która w siedmiu przypadkach brzmiała ,,schizofrenia'', a w jednym ,,zespół depresyjno-maniakalny'', nasi ,,pacjenci'' zaczynali zachowywać się już tak, jak na co dzień w normalnym życiu, o głosach więcej nie wspominali, przestrzegali regulaminu, byli kooperatywni wobec lekarzy i personelu oraz mili i rzeczowi w swoich wypowiedziach. Ich zadaniem było przecież jak najszybsze przekonanie lekarzy i personelu szpitalnego o swoim zdrowiu psychicznym i wyjście z kliniki bez pomocy z zewnątrz. Jak się szybko okazało ich wzorowe zachowanie nie zmieniło niestety postaci rzeczy, a raz wypowiedziana diagnoza okazała się już nieodłączną i stygmatyzującą etykietą pacjenta. Naukowcy z niepokojem obserwowali nagminnie pojawiającą się psychiczną i fizyczną brutalność personelu wobec hospitalizowanych. Eksperyment okazał się więc już w początkowej fazie bardzo niebezpieczny, przez co część jego uczestników poczuła wyraźny strach ,,przed pobiciem lub gwałtem''. W efekcie tych pierwszych doświadczeń do projektu dokooptowano prawnika, z którym ustalono plan ewentualnego działania na wypadek okaleczenia lub śmierci któregoś z uczestników eksperymentu i dopiero wtedy grupa ,,ruszyła'' na kolejne kliniki. Ogólnie eksperyment przeprowadzono w 12 szpitalach, po części tych starszych, o ściśle konwencjonalnym podejściu do ,,pacjenta'', a po części w nowoczesnych, nastawionych badawczo. Nikogo nie rozpoznano, jako zdrowego a pobyt w szpitalach psychiatrycznych trwał średnio blisko 3 tygodnie(od 7 do 52 dni). W czasie eksperymentu pseudopacjenci otrzymali 2100 różnych leków antypsychotycznych, które po kryjomu wypluwali; były to różne preparaty na za każdym razem te same objawy. Grupie badaczy aż niewiarygodny wydawał się fakt braku zainteresowania ze strony lekarzy i personelu, którzy ,,przechodzą koło człowieka, jakby go nie było''. Okazało się, że po raz wypowiedzianej diagnozie nikt już nie traktuje pacjenta, jak człowieka, a jego zachowania, jakie by nie były, będą już zawsze odbierane, jako symptom ,,choroby psychicznej''. Notatki na przykład, które początkowo nasi pseudopacjenci robili w tajemnicy i szmuglowali poza szpital, już po krótkim czasie mogły być czynione bez kamuflażu, gdyż ani lekarze, ani obsługa szpitala się tym nie interesowali. Z raportów szpitalnych wynikało później, że ciągłe prowadzenie notatek było jednym z symptomów choroby psychicznej. Nie wyjdziesz, aż się nie przyznasz! Rosenhan w swoim eksperymencie podkreśla szczególny problem władzy psychiatrii nad ,,pacjentem''. Zdiagnozowanie u pseudopacjentów (w jednej rozmowie!) ,,schizofrenii'' oznaczało nieuchronne zaszufladkowanie ich, utratę podstawowych praw i od tego momentu nie tylko każde ich (bądź co bądź normalne) zachowanie było interpretowane już, jako choroba, ale do diagnozy dopasowywany był cały ich życiorys!Jeden z uczestników eksperymentu odnotował pół żartem pół serio, że w klinice miał poczucie ,,bycia niewidzialnym'', gdyż statystycznie 71 proc. psychiatrów i 88 proc. sióstr i sanitariuszy w ogóle nie reagowało na proste pytania, które zadawał im w ciągu dnia, jako ,,pacjent'', a jeśli była jakakolwiek reakcja to wyglądało to tak, jak w poniższym przykładzie: Pacjent: Przepraszam, panie doktorze... Mógłby mi pan powiedzieć, kiedy będę mógł skorzystać z możliwości spaceru w ogrodzie? Lekarz: Dzień dobry Dave. Jak się pan dzisiaj czuje? (Lekarz odchodzi nie czekając na odpowiedź...) Samo wyjście ze szpitala psychiatrycznego okazało się w każdym przypadku niemożliwe bez przyznania się ,,pacjenta'' do tego, że... jest chory. Dopiero po takim określeniu się nasi pseudopacjenci opuszczali szpitale. Dodajmy tylko, iż nie, jako ,,zdrowi'', ale ze zdiagnozowaną ,,schizofrenią w remisji''(czyli zaleczoną na pewien czas)... Wielkie oburzenie psychiatrii konwencjonalnej jakie wybuchło po upublicznieniu badań Rosenhana przyniosło za sobą niespodziewanie drugą fazę eksperymentu, przy czym pierwsza jego część została odrzucona przez rozzłoszczonych psychiatrów, jako ,,wybrakowana metodycznie''. Dyrekcja jednego ze szpitali psychiatrycznych stwierdziła wtedy w debacie publicznej, że ,,w naszej klinice coś takiego nie mogłoby mieć miejsca'', na co Rosenhan odpowiedział eleganckim wyzwaniem na pojedynek obiecując, że na przestrzeni następnych 3 miesięcy wyśle tam swoich pseudopacjentów. Trzy miesiące później, kiedy doszło do weryfikacji drugiej fazy „Eksperymentu Rosenhana'' okazało się, że wyzwany na pojedynek szpital ze 193 ogólnie przyjętych w tym czasie pacjentów określił 41, jako podejrzanych o bycie pseudopacjentami Rosenhana i kolejnych 42, jako zdemaskowanych pseudopacjentów. Tylko, że druga faza projektu prof. Rosenhana polegała na tym, jak się okazało, że... nikogo tam nie wysłał... http://night-rat.nowyekran.pl/post/80825,eksperyment-rosenhana-jak-latwo-zostac-schizofrenikiem
  2. circ

    Szczególne miejsce

    Dzięki Angelus, że zechciało ci się tu wejść i dać świadectwo. Ja też doświadczyłam na sobie uzdrawiającej mocy wiary i tego, że nie ma szybszego i skuteczniejszego lekarstwa, bo tylko to wyrywa chorobę z korzeniami. Weszłam na to forum tylko dlatego, by podzielić się z tym innymi nie we własnym interesie, bo nie potrzebuję pomocy, ale oni mi nie uwierzyli. Nie mają zaufania do zdrowych, ani do bezinteresownych. Na tym polega właśnie ich choroba, i co zrobisz? Bóg wyciąga dłoń do wszystkich, ale nie każdy ją chwyta. Trudno.
  3. „przyjdzie taki dzień, że Jarosław będzie już rozmawiał z siłami ostateczności. Być może jeszcze w tym roku. I wówczas uznamy, że to był naprawdę dobry rok. Tego się trzymam, w to wierzę.....i dodawał, że " jeśli Jarosław Kaczyński dalej będzie się zachowywał jak w tej chwili, podkręcając spiralę emocji, to będą kolejne ofiary.”-Palikot.… I ktoś posłuchał posła, ktoś też chciał wyzwolić Polskę od Jarosława. Czy to nie pachnie nazizmem? Czy koleżeństwo uważają, że Posłem Palikotem powinna zająć się prokuratura, czy nie? [czy od tych książek reklamowanych poniżej ktoś wyzdrowiał? robiono jakieś badania?]
  4. "Tu ludzie próbują znaleźć nadzieję na to ,ze ktoś im pomoże " To pomogli Krzysiowi. Dziś był mój znajomy, któremu to samo zrobili. Było tak, że on urodził się artystą, założył balet i ojciec prostak wysłał go do pracy w hucie, bo powiedział, że głupotami się zajmuje. Z tego baletu go wywalili, bo nie miał sily chodzić na próby, po robocie, przychodził do domu i zasypial. W tej hucie zrobili go kierownikiem magazynu, a za komuny wszyscy kradli i to był taki stres, że go wykończył. Facet miał zawroty głowy, kiedyś zemdlał, przyjechało pogotowie i stwierdzili kłopoty z psychiką. Skierowali go do psychiatry i ten tak go leczył, że człowiek dziś do niczego się nie nadaje. Latami leczył się z uzależnienia od psychotropów, nie ma pamięci i nic mu się nie chce, chociaż to wrażliwy człowiek. "Leczcie" się dalej. Maślanka. //W innym wypadku medycyna wykluczyła by psychiatria z szeregu nauk .I nadała jej przydomek "szarlataństwo" // Medycyna siedzi w kieszeni firm farmaceutycznych. Od 20-stu lat przepisują najdroższe leki, mimo iż są tanie polskie zamienniki. Mają od tego procent. Ta cywilizacja jest popsuta moralnie.
  5. I tak własnie wygląda rozmowa z Wami. Ale to ja dostałam od moderatora ostrzeżenie, nie wy. Brawo. Tylko tak dalej, mysleć i widzieć jedną połową mózgu, tą która broni własnego interesu. Tam was wychowali wasi "terapeuci". Nie do prawdy, ale do egoizmu. A tu appendix do prawdy o waszych "lekarzach", którzy wam "pomagają". "Krzysztof zasłabł, kiedy zażył leki przeciwko zapaleniu ucha i ostrym bólom głowy, jakie przypisał mu lekarz rodzinny. Wezwane pogotowie niespodziewanie odwiozło go do... psychiatryka. ?Psychiatrzy złamali wszystkie możliwe normy prawa polskiego i międzynarodowego? - opowiada matka. Po jednej stronie mamy do czynienia z Krzysztofem, jego matką i babcią, po drugiej: z psychiatryczną przemocą, brakiem poszanowania godności ludzkiej i totalnym bezprawiem, co nie tylko doprowadziło do nieoczekiwanego, przymusowego zamknięcia Krzysztofa w zakładzie psychiatrycznym, ale pośrednio przyczyniło się też do śmierci jego babci, która zmarła kilka dni temu. ?Mama nie dawała sobie rady z tym, co nam się przytrafiło, zasłabła na serce i po kilkudniowym pobycie w szpitalu zmarła? ? mówi Elżbieta, mama Krzysztofa. ?Nie mogła znieść tego całego steku kłamstw, które pojawiły się w opisach, skazujących Krzysia, jak się później okazało, na przymusowe ?leczenie psychiatryczne?. A ponieważ to ona wezwała pogotowie ratunkowe, które, zamiast pomóc, odwiozło bezbronnego, prawie nieprzytomnego wnuczka do psychiatryka, czuła się temu wszystkiemu winna.? Niestety pogrzeb babci odbędzie się bez obecności córki i wnuczka. Elżbieta z synem wykorzystali bowiem pierwszą przepustkę weekendową, jaką z wielką łaską wreszcie udzielił Krzysztofowi prowadzący psychiatra, do wyrwania go z opresji, w jakiej się znalazł. Spakowali kilka rzeczy i wyjechali poza granice Polski, gdzie Elżbieta czasowo pracuje jako docent na Wydziale Prawa Uniwersytetu w K. (Niemcy). ?Nie było innej możliwości uchronienia się przed całym tym koszmarem? ? opowiada Elżbieta. ?Najpierw lekarz nas zapewniał, że Krzyś pobędzie tylko kilka dni na obserwacji, że wszystko z nim w porządku i że za chwilę wyjdzie, po czym ni stąd ni zowąd dowiadujemy się, że jest sądowy nakaz jego przymusowego leczenia! Myślałam że zemdleję, jak przeczytałam orzeczenie, bo nie miało to nic wspólnego z moim synem! Babcia, moja mama, po przeczytaniu relacji obsługi karetki pogotowia, co było niby powodem do przewiezienia go do psychiatryka, a z której wynikało, jakoby Krzyś biegał po ulicy wokół jakichś samochodów, rozrabiał i zagrażał swoim zachowaniem, doznała szoku! Nic takiego nie miało miejsca, na co są świadkowie.? Krzysztof jest przerażony. ?Przez całe moje życie pasjonowałem się prawem? ? opowiada mi, kiedy po jego ucieczce spotykamy się na wideoczacie. ?Dzisiaj, po osobistym doświadczeniu z ustawą o ochronie zdrowia psychicznego wiem nie tylko to, co po łepkach przerabialiśmy na uczelni. Na zajęciach wytłumaczono nam, że mamy w tym zakresie do czynienia z profesjonalistami jednej z gałęzi medycyny, którzy znają się na rzeczy, robią ekspertyzy, rozpoznają ?choroby? i decydują o procesie ?leczenia?, a kiedy w opinii psychiatry pojawia się tzw. ?przymus leczenia?, sprawą zajmuje się sąd, rzetelnie rozpatruje sprawę, a nie przyklepuje taką ekspertyzę jako jedynie słuszną i niepodważalną!? Elżbieta twierdzi, że najbardziej przerażająca jest bezradność, z której człowiek zdaje sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy bezpośrednio skonfrontowany zostaje z psychiatrią i wspomnianą ustawą. ?W momencie, kiedy pojawia się psychiatra i stwierdza jakąś domniemaną ?chorobę psychiczną?, krótko później wezwany sędzia skazuje po prostu na ?przymus leczenia?, bo niby ?potrzebna jest obserwacja?. Bez obecności rodziny, bez adwokata, bez jakiejkolwiek orientacji w środowisku ?skazywanego?! To bezprawie na całej linii! Cała nasza rodzina mocno jest związana z prawem: ja jestem doktorem nauk prawnych, robię w tej chwili profesurę, dziadek Krzysia był sędzią, babcia również jest... Boże, aż niemożliwe nam się wydaje, że musimy o niej mówić w czasie przeszłym... była prawnikiem, a sam Krzyś studiuje prawo na IV roku... Właściwie teraz musiał przerwać studia, bo trzeba było uciekać! Z kolei tą ucieczką z psychiatryka sprzeciwiliśmy się nakazowi sądowemu... Sąd już o tym wie. Z tego, co widzę, sytuacja prawna jest bardzo skomplikowana, a ustawa, z którą mamy do czynienia, wydaje się stać zupełnie ponad prawem! Ale nie możemy pozwolić, aby pompowano w Krzysia jakieś psychotropy, które są niesamowitą trucizną i tylko tak mogliśmy temu zapobiec.? Krzysztof od początku, kiedy zorientował się, że jest w psychiatryku, prosił o natychmiastowe wypisanie go na własne żądanie i niestosowanie żadnych środków psychotropowych. ?Jak odbierało mnie pogotowie nie wiedziałem dokładnie, co się ze mną dzieje. Czułem się bardzo słaby, traciłem jakby świadomość, nie wiem... ledwo mogłem się poruszać, więc wszystkie te opisy, które się pojawiły w ich raporcie były po prostu kłamstwem. Cała historia zaczęła się od tego, że kilka dni wcześniej, 15-go kwietnia, miałem ostre bóle głowy i uszu. Poszedłem do lekarza, który rozpoznał ostre zapalenie zatok i zapalenie ucha; powiedział, żebym 10 dni brał antybiotyk, a ogólnie 14 dni przebywał w domu. Przepisał mi cały ?zestaw lekarstw?, po których zacząłem się czuć jeszcze gorzej, a kiedy już nie mogłem wstawać z łóżka, zadzwoniłem do babci z prośbą o przyjazd, żeby przygotowała mi coś do jedzenia. 20-go kwietnia stan mój bardzo się pogorszył. Nie wiem, co się ze mną stało - traciłem świadomość. Pamiętam, że przyjechało pogotowie i że wsiadłem do karetki, i chyba zemdlałem. Obudziłem się i nie wiedziałem, gdzie jestem. Pamiętam, że wkoło mnie była grupa osób, a lekarz zadawał mi 2 pytania: czy słyszę jakieś głosy i co one do mnie mówią? Tylko tyle. Nie pamiętam co odpowiedziałem. Później kazano mi się rozebrać i założyć ubranie szpitalne. Pamiętam, że coś podpisywałem, po czym udaliśmy się schodami do góry. Weszliśmy do jakiegoś pokoju, gdzie pokazano mi strzykawkę i stwierdzono, że dostanę zastrzyk. Na moje pytanie, co to jest, usłyszałem odpowiedź: Klonazepam (?lek? z rodziny benzodiazepin, silnie uzależniająca substancja psychoaktywna, której nie wolno podawać w przypadku zaburzeń świadomości! ? przyp. A.S.). Powiedziałem, że odmawiam przyjęcia. Zostałem obezwładniony i wstrzyknięto mi go siłą. Jestem studentem prawa, wiem jakie mam uprawnienia jako pacjent więc byłem w szoku. Obudziłem się następnego dnia i spytałem personel, gdzie jestem? Powiedziano mi, że w szpitalu psychiatrycznym. Ja na to, że chcę się wypisać, a oni, że muszę pozostać na 10-dniowej obserwacji. Zapytałem się, czy jest jakiś tryb przyspieszony, ale pytanie to zlekceważono i nie doczekałem się odpowiedzi. Na sali, w której mnie ulokowano jeden z ?pacjentów? ostrzegł mnie przed innym ?pacjentem?-sąsiadem, że ten ?może w nocy wstać i mi przywalić?. Powiedziałem więc lekarce, że boję się o moje życie i zdrowie i chcę być w sali, która jest zamykana. Lekarka na początku zbagatelizowała całą sytuację, jednak po moich przekonywaniach wezwała lekarza dyżurnego. Skończyło się tak, że w konfrontacji ?pacjent?, który mnie ostrzegał, nic się nie odezwał, a mi dano następny zastrzyk. Po tych dwóch zastrzykach bardzo źle się poczułem. Zaprowadzono mnie na ?rozmowę? z jakąś kobietą; nie pamiętam dokładnie, o czym rozmawialiśmy. Znowu dostałem ?tabletkę? i kazano mi wrócić do pokoju, co uczyniłem i tam film mi się już urwał. Po dawkach, które mi wstrzyknięto i - pod kontrolą, czy przełykam - podano doustnie, czułem się coraz gorzej. Nie mogłem poruszać językiem, czułem drętwienie kończyn, niesamowite bóle mięśni i mrowienie, miałem drgawki i okropne bóle głowy. Czułem, jakby mnie to otępiało, słabiej słyszałem i doznawałem jakby paraliżu. Pamiętam, że pytano mnie, czy biorę narkotyki, dopalacze itp. Odpowiedziałem, że nie. Następnie miałem jedno spotkanie z sędzią sądu rodzinnego, panią M. Powiedziałem jej, że jestem studentem IV roku prawa, zaangażowanym w życie akademickie, że byłem na stypendium rocznym we Włoszech i ogólnie o moim zaangażowaniu na rzecz praw człowieka. Opowiadałem tylko o studiach, a pani M. była uśmiechnięta i zadowolona twierdząc, że tylko chwilowo znajduję się w szpitalu i że wrócę sobie spokojnie do domu. Nawet nie wiedziałem, kto był moim lekarzem prowadzącym w ciągu tych 10 dni pobytu w szpitalu, bo nikt mnie o tym nie poinformował. Dopiero w dniu rozprawy, kiedy jeszcze spałem, przyszedł do mnie dr G., który okazał się być ?prowadzącym? i zaprowadził mnie na rozprawę, prowadzoną przez panią sędzię M. Ta zapytała mnie, jak się czuję? Odpowiedziałem, że dobrze i zaraz po tym podpisała ona kartkę z tytułem ?Postanowienie?, bo pan doktor twierdził, że... zdiagnozował u mnie ?chorobę psychiczną?! Mówił do mnie, że niebawem dojdę do siebie, że będę brał amerykański lek przez okres 6-8 tygodni, a wypowiadał się w taki sposób, że nie byłem w stanie w ogóle zrozumieć, o jaką ?chorobę? mu chodzi. Sędzia M. po jego wywodzie powiedziała tylko, że postanawia o...?leczeniu przymusowym na czas nieokreślony?, co zupełnie zwaliło mnie z nóg! Oczywiście nie zgodziłem się z tym i próbowałem się cały czas bronić. Powiedziałem, że dopóki wyrok jest nieprawomocny, dopóty nie będę przyjmował żadnych leków, bo jestem zdrowy. Lekarz natomiast zapewniał mnie, że jestem chory i powoływał się na przysięgę Hipokratesa... http://www.obnie.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1252:polska-psychuszka&catid=63:patologie-systemu&Itemid=27
  6. Założyłam więc ten wątek dla tych, którzy chcą ze mną porozmawiać. Macie pytania, lub problemy, to zapraszam tu. Tych, którzy chcą szydzić i popisywać się, nie zapraszam. Omijajcie to miejsce, a zaoszczędzicie mnie i sobie nerwów. Pozdrawiam.
  7. jak mam 24 strony przeczytać?
  8. [videoyoutube=5-eYlE2JjAA&feature=watch_response][/videoyoutube] zmieniłam
  9. Coraz więcej pojawia się podejrzeń, że „dopalaczowy show” Donalda Tuska to tak naprawdę przekazanie tego rynku szacowanego lekko na 300 milionów złotych rocznie narkotykowej mafii. Nasuwają się pytania, dlaczego w sprawie dopalaczy rząd jest tak stanowczy i nieugięty, kiedy jeszcze niedawno przekonywał, że nie należy karać za posiadanie niewielkich ilości narkotyków? http://blogmedia24.pl/node/37983
  10. circ

    Miłosierdzie Boże

    "Św. Franciszek z Asyżu wycierpiał dużo z powodu demonów. Jak podaje Tomasz z Celano, jego 30 pierwszy biograf, Biedaczyna zalecał swoim braciom radość duchową jako antidotum przeciwko wpływowi diabła. Franciszek stwierdzał, że radość duchowa jest najlepszym środkiem przeciw różnorakim podstępom i zasadzkom nieprzyjaciela. Mówił bowiem: „Diabeł raduje się przede wszystkim wtedy, kiedy może ukraść słudze Boga radość ducha. On nosi pył, który usiłuje rzucić w szczeliny świadomości, chociażby małe, i w ten sposób splamić czystość umysłu i czystość życia. Ale – kontynuuje – gdy radość ducha napełni serce, nadaremno wąż usiłuje wstrzyknąć swój jad śmiertelny. Demony nie mogą wyrządzić szkody słudze Chrystusa, gdy go widzą święcie wesołego. Gdy natomiast duch jest melancholijny, zmartwiony i płaczliwy, z całą łatwością albo zostaje zwyciężony przez smutek, albo jest porwany w lekkomyślnie radości”. Tomasz z Celano mówi dalej: „Dlatego Święty starał się trwać zawsze w radości serca, zachować namaszczenie ducha i olej radości. Unikał z największą troską melancholii, najgorszej z wszelkiego zła, i uciekał się do modlitwy, jak najszybciej było to możliwe, gdy tylko odczuwał w sercu jakiś objaw melancholii”92 . Św. Tomasz z Akwinu podaje trzy środki, które pomagają nam odeprzeć ataki Szatana: radość duchową, żarliwą modlitwę i pracę wykonaną w duchu wiary. „Radość duchowa uzbraja człowieka przeciw Szatanowi; chwała Boża jest siłą, która przyczynia się bardzo do odparcia diabła. (...) Praca dobrze wykonana usuwa próżniactwo, właściwy teren do działania demonów”93 . Czy nie jest interesujące stwierdzenie wielkiego znaczenia przypisywanego roli radości duchowej w walce przeciw Szatanowi przez dwóch gigantów świętości, tak różnych jeden od drugiego, jak święty Franciszek z Asyżu i św. Tomasz z Akwinu? Gdy jednak zastanowimy się nad tym dobrze, to nie zdziwimy się tą zbieżnością. Święci, wszyscy święci, nie są może poruszeni przez tego samego Ducha, niewyczerpane źródło głębokiej radości?..." http://odnowa.diecezja.waw.pl/download/Idz%20precz%20szatanie%20-%20G.Huber.pdf
  11. circ

    Pomoc

    wkurza mnie, ze jest ich tak malo lub sa tak malo widoczni Są widoczni. http://www.kaplani.com.pl/mysli/blogi.html Trzeba chcieć widzieć.
  12. circ

    Pomoc

    A czy Twój psychiatra ma jakieś efekty wyleczeń? Tak, nie musisz wybaczać, bo nikt nikogo nie jest w stanie do niczego zmusić i nawet nie chce, bo co to za pożytek z dobra na siłę? To wtedy żadne dobro. Jednak robienie tego co się chce, doprowadza do tego, że masz co chcesz i sama jesteś za to odpowiedzialna. Brak wybaczenia zatruwa nasze serce, czyli psychikę i tego ci twój psychiatra nie powiedział, bo sam tego nie wie. Nie nauczyli go. Chodzisz całe życie struta i zatruwasz innych.. Warto? A przecież są fajni ludzie na świecie i z takimi trzeba przebywać, ale przyjaźń z dobrymi zobowiązuje do dobra. Przyjaźń ze złymi zresztą też, bo każdy sam odpowiada za siebie i swoje zobowiązania, przyrzeczenia samemu sobie, bez względu na to, jakie zło cię spotyka. To się nazywa bycie arystokratą ducha. Chodzisz promienna i nikt nie jest w stanie cię dotknąć, bo po prostu pozbyłaś się ego i nie ma już czego zranić. Ponadto chcemy by i nam wybaczano, więc sami wybaczamy pierwsi. I to jest dobre. Ten chłopak z cytatu był poraniony i dlatego nieznośny, ale ten ksiądz wybaczał mu nieskończoną ilość razy, jak nauczał Jezus. Tym wybaczaniem uleczył go z bólu. I dlatego ta historia jest taka piękna. Dzięki postawie tego księdza, która i nas obowiązuje, choć mamy wolność, oczywiście i możemy być mściwi, tyle, że to obraca się przeciwko nam. I my tak wybaczajmy, by innych uleczyć. I nie patrzmy, że ludzie w nas walą z całej siły. Oni tak robią, bo są poranieni. [Dodane po edycji:] "Kiedyś pewien mądry proboszcz powiedział swojemu wikaremu (który miał problemy z młodzieżą gimnazjalną): „musisz ich pokochać”. Brzmi trywialnie, może nawet banalnie. Ale innej drogi nie ma. Jak się młodych nie pokocha, to już nic ich nie uzdrowi. Ksiądz, który kocha młodzież, ma głębokie pragnienie, by być z młodymi, ma dla nich czas. Nie jest to łatwe. Wiem z doświadczenia. Chciałoby się pobyć chwilę samemu (męski egoizm), posiedzieć na necie, obejrzeć dobry film. Wszystko gra, tylko czy na tym ma polegać „powołanie” do szukania tych najbardziej zaginionych, poranionych, duchowo pogubionych?... Wystarczy wieczorem wyjść na ulicę. Nocą diabeł atakuje ze zdwojoną siłą. I kiedy młodzi giną, naiwnie rzucają się w „nirwany” różnorakiej maści, zakrapiane alkoholem, wspomagane dopalaczami, narkotykami, uwikłane w erotyczne przeżycia, pasterze trzaskają filmiki, wyciągnięci na tapczanie, albo fotelach. A przecież „będziemy sądzeni z miłości” (św. Jan od Krzyża). Dojrzewa we mnie coraz intensywniej pewna inicjatywa, realizowana od lat przez Wspólnotę Przymierza Miłosierdzia, założoną przez włoskich misjonarzy oo. Enrique Porcu i Antonello Cadeddu z Brazylii. W dzień i w noc, tak jak oni, wychodzić na ulice, szukać młodych, rozmawiać z nimi, modlić się wspólnie, nakładać na nich dłonie i prosić Wszechmocnego o uzdrowienie, o Bożego Ducha dla nich… Na razie to omadlam. I was pokornie o modlitwę proszę. Czuję, gdzieś głęboko, że taka wspólnota młodych, oparta na modlitwie, Adoracji Najświętszego Sakramentu, w naszym mieście (Stargardzie Szczecińskim) byłaby prawdziwym „błogosławieństwem”… Na dzień dzisiejszy ewangelizuję w „Budowlance”. Żebyście zobaczyli te „ogry” moje kochane. W większości dorastający faceci, z rozbitych często rodzin, momentami wulgarni i gruboskórni… Ale ile czai się w nich wrażliwości… Ile dobra, zamaskowanego, ukrytego gdzieś głęboko w nich, ile pozytywnej energii, młodzieńczego ognia, pasji życia… Uwielbiam ich!!! Choć łatwo nie jest. I orać trzeba będzie mocno, z miłością… Nie mieć czasu dla młodych, to grzech paskudny, nasza kapłańska porażka. Patrzę się na naszych lektorów (a jest ich ok. czterdziestu), na zespół muzyczny, grający na Eucharystiach dla młodzieży, super, że są. Robią kawał dobrej roboty. Wierzą, jak potrafią, oddani są parafii, Kościołowi. Radość wielka, ale co z resztą?... Czy mogę spać spokojnie, mając świadomość, wypełnioną cichym jękiem rozpaczy chłopców i dziewczyn, którzy nie mają sił na porzucenie „marnotrawstawa” łaski, którym brakuje odwagi i siły, by oderwać się od koryta, podstawionego przez diabła i jego ekipę, niszczącą piękno i subtelność młodości?... Nie mamy złej młodzieży… Mamy młodzież poranioną… Za którą warto się modlić i o którą trzeba powalczyć… Proszę Cię Panie, daj mi siłę, odwagę, bezkompromisowość… W walce o każdego młodego człowieka, który odszedł w „dalekie strony”… Jestem za młody, by cierpliwie czekać, jak miłosierny Ojciec. Zaprowadź mnie do nich… I daj swojego ducha, tak jak obiecałeś… Sam nie dam rady…" http://www.sorkovitz.blogspot.com/ Czy terapeuta kocha swoich pacjentów?
  13. circ

    Pomoc

    "Byłem cichym, nie sprawiającym kłopotów chłopakiem. Wychowywała mnie mama i babcia, ojciec w moim życiu był nieobecny (sam potrzebował pomocy, nadużywał alkoholu). Moje problemy zaczęły się w szkole podstawowej i trwały w szkole średniej. Szkoła była miejscem, gdzie byłem zaczepiany przez rówieśników. Całe lata na porządku dziennym było poniżanie mnie, bicie, opluwanie. W szkole średniej koledzy „przekopywali” mnie nawet kilka razy dziennie. Czytając to można się zastanawiać, jak to możliwe, gdzie byli rodzice i nauczyciele, nie widzieli, czy nie chcieli widzieć? Można zadać pytanie dlaczego nikomu o tym nie powiedziałeś, dlaczego nie powiadomiłeś policji. Ogromny lęk to jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl. Jednak nadszedł moment kiedy miałem dość i zacząłem planować popełnienie samobójstwa. Ze ówczesnej perspektywy nie widziałem rozwiązania, a codzienna poranna myśl o wyjściu do szkoły była dla mnie koszmarem. Internet, a w zasadzie „przypadkowe” wejście na czat i poznanie księdza uratowało mnie od aktu desperacji. Słowo przypadkowe napisałem w cudzysłowie, gdyż zapewne był to awaryjny plan naszego Ojca w niebie. Wielogodzinne rozmowy na Gadu Gadu z księdzem kosztowały nas obu wiele nerwów, szczególności księdza, bo nie byłem łatwym rozmówcą. Dzisiaj mogę powiedzieć, a jednocześnie dziękować Bogu, że gdyby nie ten ksiądz to teraz nie pisałbym tego świadectwa, bo po prostu bym nie żył. Ksiądz Krzysztof nauczył mnie miłości do samego siebie, drugiego człowieka i Boga. Pomógł mi to wszystko zrozumieć i wybaczyć „oprawcom”. Pokazał alternatywę, że „można inaczej” i jestem mu za to niezmiernie wdzięczny. Dzisiaj ten dar zaufania staram się przekazywać innym ludziom. Konrad" http://www.kaplani.com.pl/mysli/swiadectwa_swieckich.html
  14. circ

    Walka o krzyż

    "Rozmawiałem przez telefon z panią Ewą, która wraz z mężem pojechała samochodem za karetką wiozącą Pana Jana Kosakowskiego i weszła do szpitala psychiatrycznego na Nowowiejskiej na chwilę przed tym jak przyjmowano Pana Kosakowskiego na I Oddział Psychiatryczny. Wieczorem przyjechała na Krakowskie Przedmieście żeby o tym opowiedzieć Obrońcom Krzyża. Widziała jak go popychano. Zdążyła z nim chwilę porozmawiać. Był rozbity, w szoku, płakał. Dowiedziała się, że ma 80 lat, jest schorowany. Martwił się o swoje leki, których wiele musi stale przyjmować. Zaraz go zabrali na górę. Nikt nic jej nie chciał powiedzieć. Potem dzwoniła do tego oddziału. Nie chcieli jej udzielić żadnych informacji." http://wobroniekrzyza.wordpress.com/2010/09/22/nowe-wiadomosci-o-janie-kosakowskim/#comments Jest decyzja Sądu Okręgowego w sprawie Krzysztofa, skazanego w kwietniu na przymusowe leczenie psychiatryczne. „Zdaje się, że to wierzchołek góry lodowej, który nadal może spędzać nam sen z powiek” – mówi matka. Jak łatwo jest pod przymusem wylądować w psychiatryku, dowiedział się w drugiej połowie kwietnia br. Krzysztof, student IV roku prawa, którego karetka pogotowia, zamiast na badania specjalistyczne, na które miała go przewieść w związku z zapaleniem ucha i silnymi bólami głowy, odwiozła do psychiatryka. O szczegółach informowaliśmy w pierwszych dwóch częściach artykułu, o tym samym tytule. W międzyczasie w Sądzie Okręgowym miasta W. odbyła się rozprawa, na której uwzględniono wniesioną apelację od postanowienia sądu opiekuńczego i postanowienie to zostało uchylone z dniem jego wydania. Sprawę do ponownego rozpoznania przekazano z powrotem, czyli będzie rozpatrywał ją ten sam sąd, którego decyzję właśnie uchylono… W związku z takim obrotem sprawy o opinię zapytałem samą Elżbietę, matkę Krzysztofa, która w tej sprawie jest nie tylko osobą poszkodowaną, ale również prawnikiem, specjalistą z zakresu praw człowieka. - Co ta decyzja oznacza dla Was, osób bezpośrednio poszkodowanych i ogólnie, jak patrzysz dzisiaj z perspektywy tych doświadczeń na ustawodawstwo polskie w obrębie przymusu psychiatrycznego? Razem z Wami odetchnęliśmy z ulgą, że uchylono postanowienie, bo w ten sposób chociaż Krzysztofa ucieczkę z psychiatryka uznano za w pełni uzasadnioną. Ale z drugiej strony sprawa została oddana do ponownego rozpatrzenia na wokandę tego samego sądu… http://wolnemedia.net/prawo/pekniete-z-zalu-serce-3/
  15. i niezrozumiałego blokowania moich postów i tematów, jestem zmuszona opuścić to forum. Co niniejszym czynię. Bawcie się dobrze.
×