Skocz do zawartości
Nerwica.com

zagubiona82

Użytkownik
  • Postów

    20
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Osiągnięcia zagubiona82

  1. dziękuję Ci agacisz... ja wlasnie przez lata rozumowałam jak Ty- miałam wątpliwości, ale wiedziałam że go nie zostawię...A teraz mam ochotę uciec...I nie mogę na niego patrzeć...Nie wiem skąd to się wzięło...Może to zmęczenie tym ciągłym zadręczaniem samej siebie... Takie myśli pojawiły mi się kiedy nie było go w domu-był miesiąc w pracy...Kiedy wrócił...już wszystko było inaczej.. Jak siebie samą przekonać, że ucieczka nie ma sensu? Jak przywrócić patrzenie na niego z radością, chęć przytulenia, pewność że chcę z nim być!? Jeszcze 4 miesiące temu nic mnie w nim nie denerwowało, nic nie przeszkadzało, chcialam być blisko, spedzać z nim czas, starałam się, gotowałam obiadki, głaskałam i zabiegałam o jego względy...Chcęby znów tak było... Kiedy wróci i znow mnie będzie tak mocno drażnił, to co ja mam wtedy robić? Zmuszać się do chcenia? czy to wogóle możliwe? pozdrawiam Cię agacisz, czytałam wiele Twoich postów. pięknie sobie radzisz!
  2. I znów się nakręciłam. Przeczytałam artykuł o zwiastunach rozpadu związku...W skrócie: "1- coraz mniej Was łączy, nie spedzacie już czasu tak chętnie razem" 2- drażnią Cię jego zachowania 3- nie masz ochoty się z nim kochać 4- masz romans" Za wyjątkiem 4 u mnie z róznym nasileniem są pozostałe 3! Masakra! Tylko zanim myśli o "niechceniu" się nie wkręciły, to nie było u nas żadnego z podpunktów... I co było pierwsze- myśl czy realna chęć odejścia... Już mam naprawde tego dość... Coraz mniej nas łączy...hmmm...mimo tego że jest jak jest -nigdy nie żałowałam że wyszłam za męża chciałabym znów mieć ochotę na spędzanie z nim każdej wolnej chwili. Może to wróci? Drażnią Cię jego zachowania...owszem drażnią...a kiedyś nie drażniły...Ale potrafię też spojrzeć na nego po tych 12 latach i stwierdzić...JAKI ON CUDNY Nie masz ochoty się z nim kochać...- czasem nie mam...a czasem mam ale czuję że takie to wszystko sztuczne Masz romans- nie mam i nie będę miala! Żeby mi się chciało jak mi się nie chce! Żeby wszystko było jak jeszcze 4 miesiące temu...
  3. Ana i jak Ty sobie z tym radzisz? Jak się tak zblokujesz, to nie masz realnej chęci ucieczki? Ja już byłam jedną nogą u matki, ale zostałam bo nie mogłam skreślić tych 12 lat... Na drugi dzień mialam ochotę się kochać, kolejnego znów nie mogłam patrzeć...Jest we mnie wielka blokada teraz... czy to ma wogóle sens? Chciałabym zajść w ciążę znowu- wtedy nie myślałam o głupoach i byłam naprawde szcześliwa. Byliśmy ze sobą tak blisko jak nigdy... W tym co piszesz może być dużo racji...Teraz kiedy go nie ma...kiedy się uspokoiłam, znów cieszą mnie jego sms-y do mnie...Jak bylam taka nakręcona, to im bardziej się starał, tym bardziej mnie denerwował! Tylko jak się teraz przełamać. Wcześniej CZUŁAM że chcę z nim być, teraz- nie...i nie wiem jak to zmienić CHCIAŁABYM CHCIEĆ!
  4. Problem w tym, że ja jestem teraz pewna że kocham mojego męża, ale pomimo tego mam ochotę uciec, zakończyć to... Do tej pory byliśmy ze sobą blisko, wciąż się tuliliśmy, skakałam wkolo niego zawsze kiedy wracał do domu...ale zeszłym razem kiedy przyjechał nie mogłam na niego patrzeć...Po jego wyjeździe się uspokoiłam ale już się okropnie boję co będzie jak wróci? Znów może nie będę miała ochoty się przytulić i wszystko będzie mnie drażniło... Boję się że znów wpadnę wtedy w straszny dół... Jak przekonać samą siebie żeby zostać? Z drugiej strony gdybym naprawde nie chciała z nim być, to chyba bym się tym tak bardzo nie przejmowała, nie szukałabym pomocy, nie byłoby nawet momentów miłych i spokojnych i nie cieszyłabym się z nich kiedy przychodzą... Co Wy na to?
  5. I nadal milczycie... Masz rację isabella- samemu sobie najtrudniej przetłumaczyć... Liczyłam że jednak coś mi napiszecie...
  6. Ana Jestem pewna że kochasz...i to bardziej niż Ci się wydaje... Rozmawiałam kiedyś z pewnym Dominikaninem i powiedział mi że wola kochania jest wartością najwyższą, jest piękną postacią miłości... Tu nie musi być wielkiego WOW- wystarczy Twoja wola i chęci! Skoro tak bardzo chcesz go kochać, skoro chcesz dać z siebie więcej...to zobacz jak Ci zależy! i nie przejmuj się proszę tym, że ten związek jest inny niż poprzedni- nie da się porównać Twoich relacji z 1 facetem do obecnych... On był inny, obecny jest inny, Ty się zmieniłaś, Wasza relacja jest niepowtarzalna, nowa, odmienna od każdej poprzedniej i każdej innej na Ziemi! Łakniesz wzniosłych, silnych emocji...ale już przecież przekonałaś się że ich obecność na początku nie gwarantuje trwałego szczęścia...i nie wmawiaj sobie, że po tym jak jeden związek się rozpadł, Ty kurczowo trzymasz się nowego, bo chcesz wypełnić pustkę, nie chcesz zostać sama, nie chcesz bez końca szukać... To dojrzałe myślenie...a tego nam wszystkim brak najbardziej. Obwiniamy się kiedy myślimy głową, a nie jedynie sercem... Pomyśl jak będziesz mogła kiedyś przysięgać komuś miłość jeśli założysz że jej istotą są odczucia? One są od Ciebie niezależne, nie możesz obiecać ze się nie zmienią... Mozesz za to przysiąc że pomimo zmieniających się odczuć- będziesz trwać u boku kogoś, kogo sobie wybierzesz na męża i robić wszystko by tego nie popsuć! To jest najprawdziwsza istota miłości małżeńskiej...Moze własnie dlatego ja się teraz nie poddaję...bo chcę wytrwać tak jak obiecałam przed ołtarzem...Oczywiście wg mnie nie odnosi się do sytuacji, w których w domu jest jakikolwiek rodzaj przemocy... Ale większość osob usprawiedliwa rozstanie wypaleniem uczucia! Jeśli się założy że uczucie, to to samo co emocje to z pewnością związek prędzej czy później się wypali... Poza tym, Ana...związek który nie zaczyna się wielkim WOW ma szansę na ciągły rozwój i wzrost miłości i pozytywnych odczuć... Jeśli pojawią się przysłowiowe motyle i silne pozotywne emocje, Twój związek nic nie straci a jedynie zyska... U osób, u których na początku było bardzo dużo chemii, w momencie jej wygasania lub słabnięcia przychodzi poczucie straty...które jest dotkliwe, przykre i trudno się z nim pogodzić... Ana wykształciłaś w sobie pewien mechanizm. Tak bardzo od początku nowego związku, moze nawet nieśiwadomie obawiałaś się że wątpliwości do Ciebie przyjdą, że przywołałaś je do siebie...Ich pojawienie się nie oznacza jednak niczego złego. Chwytaj życie w swoje ręce... jeden związek sie rozpadł. Nie pozwól, by wskutek Twoich deficytów emocjonalnych, wątpiącej osobowości i zagubienia rozpadł się kolejny. Walcz! Trzymam za Ciebie mocno kciuki...Pozdrawiam
  7. wrażliwy dziękuję Ci za odpowiedź. Ja całą swoją sytuację opisałam już wcześniej... Jeśli masz ochotę cofnij się wstecz... Ja jestem z moim mężem 12 lat. Samotności się nie boję-wiem że niedługo pewnie byłabym sama...to nie o to chodzi...Mam za sobą stratę dziecka i śmierć kilku bliskich osób ( w ciągu 4 miesięcy)... Wątpliwości miałam zawsze, ale po tych wydarzeniach one się nasiliły... Do tej pory baaardzo blisko ze sobą byliśmy, czegoś mi brakowało...ale kiedy zaszlam w ciąże, to poczucie braku zniknęło...Tak się zapędziałam w negatywnym myśleniu, że zamiast plusów, dojrzałam same minusy...Chciałam ucec-chyba przed samą sobą, przed wątpliwościami, przed lękiem. kocham męża, to mój pierwszy i jedyny facet!
  8. hej kochani... U mnie straszny dół... Żaden psychiatra nie potwierdził, że mam nerwicę. Przerwałam branie leków, ktore mnie ogłupiały... Na terapii wciąż mi wciskano, że pod moimi lękami kryją się ukryte pragnienia, że idealizuję małżeństwo... Mój mąż wraca w środę. Do wtorku nie mogłam się doczekać na jego powrót...a teraz znów lęk i poczucie bezsensu... Ja nie wiem czy ja się nie oszukuję... Trwam, bo przekonuję się racjonalnymi argumentami- nie mam gdzie pójść, nie chcęzmarnować tych lat itp... I jestem pewna że go kocham, a jednak mam ochotę uciec...Nie wiem już co robić!!! Nie mogę się uspokoić...Nie mogę się cieszyć, boję się wspólnych wakacji...Może ja naprawde już nie chcę z nim być, tylko się boję samotności? Tylko dlaczego kiedy jestem spokojna, uśmiecham się na jego sms-y i wyobrażam sobie jak to cudownie będzie znów się z nim kochać? Nie rozumiem siebie...
  9. Witajcie kochani... Mam problem w małżeństwie, zktórym już sobie nie radzę...Może jak ktoś spojrzy obiektywnie-coś do mnie dotrze... Mam 28 lat. Mężatką jestem od 2,5 roku ale jesteśmy ze sobą od 12 lat. Wszyscy mają nas za niesamowicie kochającą się parę i pewnie tak jest...ale... 7 lat temu zaczęłam mieć wątpliwości czy kocham...Zadręczałam się strasznie, popadłam w depresję. Walczyłam pół roku aż się rozstaliśmy... Bawiłam się i umawiałam z innymi. Było mi dobrze...ale czułam że nie o to w życiu chodzi żeby się wiecznie bawić i żyć jak 15 latka. Nie zaangażowałam się w żaden ze związków. Postanowiłam po 6 miesiącach wrócić do obecnego męża. Wiedziałam że mnie kocha,czułam że to co nas łączyło było czymś wyjątkowym...Chciałam żeby było jak kiedyś...ale nie było. Wciąż miałam natrętne myśli czy kocham...Irracjonalne- bo troszczylam się o niego, chcialam z nim spędzać każdą chwilę, tuliłam i głaskałam...i wciąż wątpiłam... Radziłam sobie z tym jakoś. Potem był ślub, 1,5 roku później upragniona ciąża... Podczas niej nie miałam żadnych wątpliwości- czułam że kocham męża całą sobą, ze jesteśmy rodziną, czułam się dumna że dam jemu syna... Niestety nasz synek urodził się w 26 tygodniu i zmarł na naszych rękach. wogóle nie przeżyłam żałoby...Zacięłam się... Miesiąc później kolejny pogrzeb, potem choroby bliskich... I kiedy pierwszy stres opadł, moje wszystkie lęki wróciły...ze zdwojoną siłą... Nagle poczułam że chcę uciec od męża, zacząć od nowa!!! Przecież to chore- mogłam mieć wątpliwości, ale zawsze czułam że chcę z nim być! Tak się nakręciłam w negatywnym myśleniu, że z troskliwej czułej żony, stałam się zimnym murem. Nie mogłam na niego patrzeć, nie miałam ochoty na jego towarzystwo. Teraz wyjechał do pracy i jestem spokojniejsza ale już się boję jak to będzie jak wróci.... Nie rozumiem siebie. Byłam u psychiatry i terapeuty ale boje sie ze moje małżeństwo się rozsypie, że ucieknę sama nie wiem czy przed nim czy przed sobą. Moze to po prostu zmęczenie, lęk? Doradźcie mi coś bo mam wrażenie że wariuję... Zacisnąć zęby i przeczekać? Jak zmienić nastawienie? Jak sprawić by znów mi się chciało?POMOCY
  10. Ja mam wtedy silny lęk- ściskanie w dołku, mdłości, drżenie rąk, całkowitą niechęć do niczego...I mam silną potrzebę szybko uciec- najlepiej do mamy-byle dalej od niego...Ale myślę zawsze wtedy że będę świnią, że już nigdy nie ułożę sobie życia, że jestem egositką, albo że zaraz kogoś poznam i się zakocham i w końcu będę miała swoje motylki... Potem mam wyrzuty sumienia że podchodzę do tego tak racjonalnie...
  11. Witam Was Byłam dziś u psychiatry. Zmienił mi leki z asertinu na lafactin. Brał ktoś go może? Poza tym dostałam alprox w razie niepokoju i lęku. Nie stwierdziła ostatecznie nerwica. Powiedziała że objawy nerwicowe to ma każdy i że przyczyn moich wątpliwości będę przepracowywać na terapii. Zdołowałam się... Może ja naprawde nie chcę, nie kocham..tylko się zmuszam, coś sobie ubzdurałam... Czy Wy też macie myśli że nie chcecie być już ze swoimi 2 połówkami? Jak wtedy reaguje Wasz organizm i jak to się odbija na relacjach?
  12. Carlos Ja myślę że Ty chłopie za wiele od siebie wymagasz!Chciałbyś czuć, kochać, przezywać...a jesteście daleko i nie macie jak budować ze sobą bliskości, relacji... Nie możesz zweryfikować swoich lęków i obaw bo jej przy Tobie nie ma. Gdyby była- z czasem pewnie byłoby Ci łatwiej. Poza tym widzę u Ciebie podobną do mojej cechę- romantyzm. Chciałbyś wzniosłości, miłości jak z bajki, pewności całe życie. Tak się nie da... Wątpliwości ma każdy, ale nie każdy je przezywa tak jak my, nie u każdego przybierają one postać obsesji... Im bardziej ich nie chcesz, im bardziej sie ich boisz, tym mocniej Cię gnębią. Z czasem kiedy je racjonalizujesz i przyzwyczajasz, to ich brak jest również powodem do zmartwień... Bo skoro ich nie ma to może nie zależy? Ja myślę że jest w nas baaardzo dużo ukrytego strachu- że nie mamy szans, prawa do tego żeby być w pełni i na długo szczęsliwymi, że nam się to nie uda, że na to nie zasługujemy... No bo skoro innym np. w naszej rodzinie się nie udało, to niby dlaczego nam ma się udać? Trudne jest to wszystko bardzo... Nigdy nie jesteś niczego do końca pewien, za każdą myślą idą kolejne, koło się napędza... Ale nie można przeżyć tak całego zycia. Trzeba się uczepić jakiejś pozytywnej myśli i jej podporządkować resztę, starać się cieszyć z tego co mamy wbrew wszystkiemu... Wiem jakie to trudne. Kiedy moja choroba nie była w takim rozchulaniu jak teraz, przez 7 lat radziłam sobie z moim kochaniem/niekochaniem... Troszczyłam się, cieszyłam na powroty mojego Kotka, gotowałam obiadki, spędzałam z nim każdą wolną chwilę...a i tak wątpiłam... I nagle kiedy poczułam że kocham...zapragnęłam uciec...o ironio... Momentami brak mi sił. Były takie sytuacje, że już jedną nogą byłam u mamy...Miałam w sobie nagły impuls działania, czułam że muszę coś zrobić, zburzyć, zniszczyć... Czułam że kocham, chcę, a nie potrafię...Bezsilność, totalna bezsilność... Trzymały mnie wtedy myśli...że będę tego bardzo żałowała, że nie można się tak łatwo poddać po 12 latach. Pomagały też momenty wytchnienia-chwile kiedy patrzyłam na niego i czułam że jest taki cudowny, taki przystojny, taki kochający... Ma trudny charakter-jest uparty i zamkniety w sobie, ale kocha mnie-okazuje to i udowodnił nie raz! Nie wiem jak to będzie jak teraz wróci do domu- bardzo się tego boję...ale codziennie piszę sms-y. Wczoraj kiedy zadzwonił-uśmiechałam się sama do siebie.
  13. Mam identycznie...Kazdy nowy facet w otoczeniu to potencjalne zagrożenie...że się zakocham, że się coś posypie w moim związku... isabella- czy Ty gdzieś byłaś ze swoim problemem- psychiatra, psycholog? Chyba nie jest u Ciebie tak źle skoro pracujesz...bo ja po ostatnim napadzie dostałam zwolnienie od psychiatry i przykazanie- jak najmniej stresu. Biorę leki, ale średnio pomagają...
  14. Witajcie... Z niezbyt dobrym humorem do Was piszę... Przedstawiałam Wam swoją historię...w momencie życia który jest dla mnie trudny- bardzo trudny... Śmierć synka, potem kolejne pogrzeby...-teraz poważny kryzys w małzeństwie. Myślałam po tym co przeczytałam u Was na forum, że jestem jedną z Was, że ktoś to naprawde wnikliwie przeczyta i choć spróbuje odpowiedzieć mi na pytanie czy to nn... Sami wiecie jak ważne jest kiedy ktoś potwierdza to, co nam chodzi po naszych umęczonych głowach... Nie doczekałam się konkretnej odpowiedzi... i mój lęk narasta. Po poniedziałkowej terapii usłyszałam że mam się nie sugerować czyimiś wypowiedziami... I rozwaliło mnie to kompletnie... Moze spróbuje wypunktować moje wątpliwości, może tak będzie łatwiej na nie spojrzeć i ocenić czy są prawdziwe czy to tylko wymysł mojej chorej głowy... 1. Epizod depresyny 7 lat temu po tym jak koleżanka stwierdziła że nie kocha swojego chłopaka- ja od razu uznałam że pewnie ja też. Od tamtej pory ciągłe wątpliwości, które doprowadziły do rozstania. Zeszliśmy sie po pół roku. Wątplwości zostały 2. Po drodze schiza że jestem lesbijką, potem że jestem chora psychicznie, potem, że jestem złym człowiekiem i będę złą matką 3. Ciągłe zastanawianie się czy kocham czy nie, szukanie argumentów za tym, że to miłość 4. Interpretowanie każdego błedu jako niekochania, każdego dobrego zachowania jako kochania 5. Przyjmowanie do siebie każdego objawu który jest u innych, strach kiedy słyszę o rozwodach, rozstaniach 6. Narastanie negatywnych myśli, ktore prowadzą do wycofania, oporu wobec męża 7. Po nakręceniu maksymalnym moich wątpliwości chęć ucieczki przed mężem, zaczęcia wszystkiego od nowa. 8. Układanie czarnych scenariuszy 9. Trudności w wyobrażeniu sobie przyszłości 10. Objawy somatyczne: drżenie rąk, ucisk w klatce piersiowej, lęk, utrata apetytu, obnizenie nastroju Czy myślicie że moja chęć ucieczki w rzeczywistości jest chęcią ucieczki przed samą sobą, przed trudnościami, przed wątpliwościami którymi jestem zmęczona? Czy to źle, ze kiedy już naprawde nie mam siły, dopuszczam do głosu racjonalne argumenty, typu: NIE MOGE ODEJŚĆ, BO TO TYLE LAT, NIE MA SENSU ZACZYNAĆ WSZYSTKIEGO OD NOWA, BEDE TEGO ZAŁOWAŁA, Z KIMŚ INNYM BEDZIE PODOBNIE... Mam wrażenie że we mnie jest konflikt pomiedzy tym, że kocham męża, ale brak mi motyli, uniesień, namiętności...Trudno żeby ona była po 12 latach związku...ale może moje dzieciństwo pełne negatywnej adrenaliny (ojciec alkoholik) sprawiło, że mi są potrzebne ciągłe intensywne emocje. Poza tym jestem perfekcjonistką, wszystko musi być idealne. Stworzyłam sobie pewnie obraz idealnej siebie i idealnego związku...a to nigdy takie nie będzie... A może ja naprawde nie chcę z nim już być??? Tylko dlaczego bym się tak przejmowała? Po co szukałabym pomocy? Najłatwiej byłoby uciec, ale pojawia się u mnie wtedy opór, żal, poczucie, że przecież się kochamy... Już raz uciekłam tych kilka lat temu. Bawiłam się, spotykałam z kimś innym, wątpliwości minęły... Pewnie ten schemat nasuwa mi się teraz kiedy jest ze mną źle... Napiszcie proszę co myślicie. isabela terapeuta nie doradza...Raczej wyciąga wnioski z tego co mówisz...Mój mi powiedział, że przyszłam do niego ze skutkami CZEGOŚ co dopiero trzeba odkryć, że problem leży gdzie indziej...ale poszukiwanie go to terapia długoterminowa... której się bardzo boję. Boje sie ze okaze sie ze moja relacja z męzem to jakieś chore mechanizmy, które mną sterują, a których nie jestem świadoma, że wszystko się rozsypie... carlos pytałam wczoraj terapeutę o wolne miejsca. Mają listę oczekujących. W związku z tym są w stanie zaproponować jedynie 10 nieodpłatnych sesji + 3 diagnostyczne spotkania. Potem musisz się przenieść do innego ośrodka lub kontynuować prywatnie. Pozdtawiam Was i zyczę spokoju. Czekam na Wasze odpowiedzi
×