Skocz do zawartości
Nerwica.com

Dawna miłość, odcięcie od świata itd.


Gość

Rekomendowane odpowiedzi

Może zacznę od kilku słów.

 

1. Dawna miłość...

 

Była aktywna i odwzajemniona 4 lata temu. Mieliśmy po 16 lat. Zraniłem swoją partnerkę wielokrotnie słowami. Powodem były postępujące we mnie problemy emocjonalne i obłożenie kolejnymi skrajnymi emocjami, przeplatającymi się każdego dnia, związanymi np. z tym, że spotykaliśmy się raz na jakiś czas ze względu na odległość. Znów o niej myślę... A raczej cały czas, ale teraz mocno się skupiam na tym, co razem przeżyliśmy i na jej charakterze, który poznałem...

 

Przez ostatnie lata poznałem wiele kobiet (dziewczyn? jak wolicie? ;p), jednak z żadną z nich nie dogadywałem się tak, jak z nią, nawet, gdy biorę pod uwagę początki naszej znajomości, gdy jeszcze mało o sobie wiedzieliśmy. Pokochałem jej ciało, spojrzenie, dotyk... wszystko. I nagle nie wytrzymaliśmy burzy emocji, którą przeżywaliśmy (szczególnie ja, ale myślę, że ona też w takim samym stopniu, tylko nie okazywała tego tak bezpośrednio, jak ja) i zostałem sam. Ona oczywiście szybko znalazła sobie nowego faceta. W tej chwili nie wiem, co się z nią dzieje.

 

2. Odcięcie od świata...

 

"Wciąż czuję potrzebę walki o coś pięknego... a dla mnie najpiękniejsze jest to, co przeżyłem z tą osobą." Nie jest dla mnie piękne "dorosłe" życie. Nikt mi nie zapłaci tyle, bym mógł przestać obciążać rodziców, rozwijać się, mieszkać tam, gdzie zechcę i robić to, co zechcę (np. pracować w kawiarni, o czym pisałem w innym temacie). Umowy "śmieciowe", niskie zarobki, emigracja, szarość Polski, nieumiejętność porozumiewania się w innym języku niż polski i jednocześnie niechęć do emigracji, bo wszędzie są jakieś problemy społeczne, które powoduje np. Internet. Ponadto nie ciągnie mnie do żadnego konkretnego zawodu na tyle, bym obrał go za cel życia. Właściwie moim celem w życiu jest kochać i być kochanym... To jest dla mnie najpiękniejsze. Kochać również samego siebie. Dopiero na drugim miejscu, w połączeniu z miłością mam pasję do czegoś (jeszcze nie wiem, czego). Pragnę dzielić się sobą z innymi, ale potrzebuję też kogoś, kto będzie tak samo wrażliwy na piękno, jak ja.

 

A okazuje się, że trzeba wyjechać na studia, starać się o "pracę" i... zdechnąć jak hiena, a nie umrzeć, jak człowiek.

 

Ad. 1

 

Od kilku dni znów myślę intensywnie o niej i naszych relacjach i w mojej głowie wzrasta myśl, by wysłać jej anonimowo kwiaty na Dzień Kobiet. Z resztą nie tylko jej, ale też jej mamie, z pewnego powodu. Wiem, że milczenie jest najlepszą formą przeprosin (choć miałem okazję ją przeprosić przez Internet, zrobiłem to i dzięki temu jestem spokojniejszy wobec niej i siebie) i okazywania uczucia oraz zdrowego rozsądku, zwłaszcza, że 4-3 lata temu go nie miałem... Poza tym mam ochotę jechać tam, gdzie się spotykaliśmy. Chore. Wiem. Ale sam nie jestem w stanie odwieść się od tych planów. Wciąż czuję potrzebę walki o coś pięknego... a dla mnie najpiękniejsze jest to, co przeżyłem z tą osobą.

 

Ad. 2

 

Wymaga się ode mnie zarabiania pieniędzy. A raczej sam czuję taką presję, siedząc w domu od roku, odkąd rzuciłem studia. W sumie nadal nie uważam studiowania za coś, co mi odpowiada. Wiedza nie jest mi potrzebna do wyrażania uczuć i dawania wsparcia, które są przecież moim celem (ale jest potrzebna do rozwijania pasji, lecz to jest na drugim miejscu...). Poza tym i tak nie potrafię być otwartym na wielu ludzi, więc ta wiedza do niczego mi się nie przyda (8 godzin codziennego dzielenia się sobą z innymi - wolę umrzeć, próbowałem jako wolontariusz, po prostu cierpię, chyba, że mogę wziąć bezpośrednią odpowiedzialność za coś, dlatego myślę trochę o własnej firmie, w której mogę dobrać sobie ludzi tak, że stworzymy taki zespół, który da sobie ze wszystkim radę i jeszcze będziemy spotykać się przez pewien czas po pracy, dopóki nie będziemy mieli własnych rodzin) a podczas studiów będę cierpiał, gdyż polegają one na tym samym, co robi się w "pracy" - na wymianie informacji - przyjmowania jej, dzielenia się nią z innymi w teorii oraz w praktyce.

 

Wiem, że gdyby jakimś cudem między nami znów się ułożyło... wyobraźmy sobie taką sytuację... to i tak musiałbym iść na studia, zapewne na inny kierunek, niż ona, co najwyżej zamieszkalibyśmy razem, a musielibyśmy też pracować, zmagać się z rachunkami itp. rzeczami, być może również z emigracją...

 

Ale potrzebuję tego solidnego kopa od życia, by ruszyć do przodu i zacząć odczuwać przyjemność z przebywania z ludźmi, z nauki, z dzielenia się informacją, z zarabianiem pieniędzy... by olać zupełnie myślenie i działanie ludzi, którzy wychowali się kilkanaście lat temu i teraz sobie nie radzą, bo nie wykonali odpowiedniej pracy w odpowiednim kierunku (założenie firmy, rozwój osobisty itp.) i nie przejmować się pieniędzmi (wierzę, że mając swoją firmę i działając w niej zgodnie z samym sobą i biorąc pod uwagę innych ludzi, zarabia się co najmniej trzy razy tyle, ile wynosi najniższa pensja, a tyle dałoby mi nieco pewności siebie i swobody - znów się mylę?).

 

Nie jestem przeciętny pod żadnym względem. Mam inne problemy, niż większość. Gdy inni mają problem z zaliczeniem przedmiotu, ja mam problem z przebywaniem z uczniami, a zaliczam na taką ocenę, jaką chcę. Gdy ktoś zarabia mało pieniędzy, ponieważ pracuje na etacie... ja chcę mieć własną firmę i nie mam pojęcia, czy moja spłycona forma jej prowadzenia nie mija się z rzeczywistością na tyle, że nie dam(y) rady (myślę, że prowadzenie małego lokalu usługowego jest łatwiejsze, niż spełnianie wymagań korporacji - znów się mylę?). Gdy komuś sprawia przyjemność szukanie partnera, który mu osobie, ja potrafię okazać miłość dopiero po kilku miesiącach poznawania danej osoby, ale wtedy chcę kochać z wzajemnością już na zawsze...

 

Tym bardziej, że są małżeństwa, w których oświadczyny nastąpiły po kilku tygodniach czy nawet dniach poznawania się i trwają... A jedną z niewielu form dobra, które jestem w stanie dawać i wchłaniać bez efektów ubocznych jest wspieranie, kochanie, dzielenie się obowiązkami, wspólne przeżywanie czasu, w którym nie jesteśmy zajęci swoimi sprawami... Ale jednocześnie nie mam ochoty być psychologiem itd. Chociaż kawiarnia to też pewna forma dawania dobra i ma się kontakt głownie z pozytywnie nastawionymi ludźmi, dlatego o niej myślę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

DestruktorMysli, masz wiele ciekawych przemyśleń, planów, tylko brakuje Ci siły napędowej, motywacji, by zacząć działać i spełniać swoje plany. Praca w kawiarni? Super! Własna firma ze zgranym zespołem? Tym bardziej super! Z tym, że aby założyć swój biznes, trzeba zacząć pracować aktywnie, napisać biznes plan, zastanowić się skąd pozyskać fundusze, w jakiej branży najlepiej się rozwijać etc. Chcąc pracować w kawiarni, też trzeba wykonać przynajmniej minimalny wysiłek i napisać CV czy LM, wysłać dokumenty aplikacyjne itd. Samo się nic nie zrobi. Mam wrażenie, że jesteś osobą, która lubi snuć plany, ale to wszystko dzieje się w sferze myśli, a trudniej Ci przejść do konkretnych czynów. Warto popracować nad automotywacją. ;) Pozdrawiam!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×