Skocz do zawartości
Nerwica.com

Brak chęci do życia.


Kaleb

Rekomendowane odpowiedzi

Witam jestem Krystian, mam 21 lat i nie wiem już co ze sobą zrobić.

Moje życie to seria katastrof i porażek, kompletny brak życia towarzyskiego, zainteresowań, znajomych, rodziny, za to seria porażek, probelmów, prawnych, nałogowych, finansowych, rodzinnych.

Nie zawsze tak było... pamietam dobre czasy kiedy z olegami z bloku bawilem sie na dworze, przyjemnie spedzalem czas, jednak to mineło... Moi u moich dziadków ze strony matki, z ktorymi zawsze byłem blisko, zdiagnozowano raka, zarówno u dziadka jak i u babci, diagnozy były w odstepnie moze dwóch miesięcy, a prognozowany był zgon, musialem sie przeprowadzic wraz ze starsza o rok siostra i rodzicami do dziadkow aby im pomóc gdy ich stan coraz bardziej sie pogarszał, dziadek z rakiem prostaty, nie miał już szans na leczenie, gdyz został zdiagnozowany zbyt późno, babcia z rakiem kręgu piersiowego była przez pol roku leczona w szpitalu oddalonym o 200km. Byłem wtedy mały i nie rozumialem tego wszystkiego, moje zycie zmienilo sie kompletnie w przeciagu 2 miesięcy, przeprowadzka z miasta na wieś, nowa szkoła, otoczenie, rodzicow nigdy nie bylo, chociaz pracowali jako nauczyciele w mojej nowej szkole, zawsze byli zajeci czyms innym, po powrocie do domu jechali do szpitala codziennie 200km, zostawiajac mnie i moja siostre z dziadkiem który nie dawał sobie rady z chorobą. W nowej szkole byłem wyrzutkiem, moi rodzice byli nauczycielami wiec wiekszosc albo mnie ignorowala albo sie ze mnie smiali, nie nawiazalem kontaktow z nikim, przez 5 lat nowej szkoly czulem sie jak bym byl tam tylko ja, sam. Pół roku od przeprowadzki babcie wypisali ze szpitala, była sparalizowana od kregu piersiowego w dół, mój dziadek też już nie potrafił chodzić. Dom zmienił sie w szpital, Rodzice po powrocie z pracy byli opieką medyczna, nie mogąc im pomóc w żaden sposób byłem mijany juz nie tylko w szkole ale i w domu, do tej pory miałem siostrę, ale ona dostała sie do szkoły za granicę ze stypendium i wyjechała. Wtedy zostałem sam. Przez kolejne półtora roku nie miałem rodziny, w nocy budziły mnie wołania dziadków o pomoc lub gdy wołali z bólu, nie miałem znajomych, nawet psa. Zamkniety na małej wiosce, gdzie byłem jedyna osobą poniżej trzydziestu-paru lat. Wtedy po 2 latach męczarni mój dziadek zmarł, nie potrafiłem tego znieść był jedyna osobą która od czasu do czasu gdy miał lepszy dzien powiedziała mi coś dobrego. Trzy miesiące później zmarła i moja babcia. Rodzice popadli w depresje, rodzenstwo ze strony matki (brat i siostra), którzy mieszkali w niemczech i przez ostatnie 20 lat nie interesowali sie losem swoich rodziców, wystąpili na drogę sądową przeciwko nam, gdyż w spadku po dziadkach otrzymalismy dom w którym przez 2 lata opiekowaliśmy się nimi. Gdy myslałem ze wszystko bedzie lepiej było jeszcze gorzej, to co uznawałem za strzepki rodziny, czego sie trzymałem przez ostatni czas rozleciało sie jeszcze bardziej, rodziców widywałem tylko w pracy gdy mijałem ich w przerwie na korytarzu, przez czas trwania walki o spadek, przez wiekszosc dni widywalem ich tylko przez chwile, zmianialem z nimi jedynie slowo "cześć". minely kolejne 3 lata, skonczylem szkołę podstawową, skonczyły sie batalie sądowe, mieliśmy dom i myslełem ze bedzie wreszcie spokój. Rodzice dalej mnie nie zauważali, nie mieli do tego siły jak przypuszczam albo po prostu sie juz przyzwyczaili do bycia dla mnie nieobecnymi. Robiłem sobie nadzieje na poprawe moich więzi z rodzicami. Poszedłem do gimnazjum do miasta wojewódzkiego, 30 min w pociagu codziennie w jedna strone, liczyłem na nowe znajomosci, miało sie wszystko zaczac układać. Ale ja nie byłem juz taki jak dawniej, 5 poprzednich lat zmieniło mnie, nie potradiłem z nikim rozmawiać, nikomu zaufać, nikomu spojrzeć w twarz. Mimo że ludzie byli dla mnie mili, nie wiedziałem jak rozmawiać, nie potrafiłem sie otworzyć, nie miałem nic do powiedzenia, usmiechałem sie i milczałem. W tym samym miesiącu gdy poszedłem do nowej szkoły okazało się ze dom jest kompletną ruiną, więźba dachowa przegnita i przejedzona przez robaki, nadzór budowlany nakazal natychmiastową rozbiórkę dachu(był wrzesień), przyszła zima, mieszkalismy na parterze w domu bez dachu, na pietrze leżał śnieg. Firmy budowlane zmieniały sie co 2 miesiące, każda zamiast naprawiać dach niszczyła tylko materiały, ściany domu, wszystko co sie dało. Moi rodzice nie mogli tego znieść po wszystkim co przeszli przez ostatnie lata spedzalismy zime bez dachu nad głową. Ostatecznie zrobiliśmy go sami, jednak nie wpłyneło to pozytywnie na moje stosunki z rodzicami. Zmeczeni ostatnimi latami nie potrafili sie z niczego cieszyć, nie potrafili ze mna rozmawiać, wieczne kłótnie, krzyki, narzekania gdy robiłem coś źle... miałem wtedy okolo 14 lat a czułem na sobie oczekiwania jak od eksperta budowlanego... 3 lata remnotu domu spedziłem wysłuchując narzekań na mnie. Nie wytrzymywałem tego, szukałem spokoju, zaczałem palić, upijać sie po szkole, robiłem wszystko zeby nie wracać do domu, spedzałem czas siedząc sam w parku i pijąc i paląc, kupione mi przez żula, tanie wina i papierosy. Poszedłem do Liceum. Kolejne nadzieje, kolejne rozczarowania, moi rodzice stracili prace, przez zmianę urzedujących lokalnych polityków, większość kadry w szkole moich rodziców poszła do wymiany, do tego zmarli mniejwiecej w tym samym czasie moi dziadkowie ze strony ojca. Byli alkoholikami, zostawili w spadku długi sięgające setek tysięcy złotych, kolejne batalie sądowe się rozpoczeły. Rodzice szukając winnych wyrzywali sie na mnie, obwiniali mnie za to co się działo choć było to kompletnie niedorzecze, zacząłem sie też za to obwiniać, nie widziałem w niczym sensu, z papierosów przerzuciłem sie na marichuane, osiągałem dzieki temu spokój jakiego potrzebowałem do ignorowania moich stosunków z rodziną które były nie do naprawienia. Narkotyki pozwolily mi poukładać sobie życie osobiste, nawiązalem kilka znajomości, poznałem dziewczynę, była pierwszą od czasów podstawówki z którą zamieniłem wiecej niz 2 zdania, zaczelismy sie spotykać, po jakims czasie byliśmy parą, do czasu. Po okolo 4 miesiącach powiedziała mi ze to koniec, że spotyka sie z kimś innym, zostawiła mnie... Kimś innym okazał sie chłopak z mojej klasy, który był jedyną osobą którą uważałem za kolegę. Zniszczyło to cały mój swiat który dopiero co pozbierałem. Znowu zostałem sam. Ostatni rok liceum spędziłem we własnym pokoju zastanawiając sie "dlaczego?", w czymś co z nazwy było domem, nie radziłem sobie, byłem juz pełnoletni i kupowałem dopalacze zeby zając myśli czyms innym upalałem sie sam we własnym pokoju, w koncu doszedłem do wniosku ze muszę coś zmienic, zdałem mature, chciałem iść na studia gdzies daleko, zostawic wszystko za sobą, jednak utrzymanie na studiach kosztuje, rodzice nie chcieli mi dać pieniedzy na utrzymanie, chcieli abym nadal dojezdzal na codziennie pociagiem na uczelnie w tym miescie gdzie chodzilem do liceum i gimnazjum, pierwszy raz w zyciu, podjąłem decyzje jak ukierunkuje swoje życie, pierwszy raz w życiu sprzeciwiłem sie rodzicom w poważnej decyzji. Chciałem wszystko zmienić za wszelką cenę, dostałem sie na studia na które chciałem, dostałem stypendium motywacyjne, rzuciłem narkotyki, alkohol, papierosy. I teraz jestem tutaj. Patrze na siebie w lustrze, dalej jestem nikim, dalej jestem zamkniety w sobie, dalej nie mam żadnych znajomych, dalej jestem sam, jestem tylko w innym miejscu, dalej czuje sie tak jak przez ostatnie 13 lat. Zmieniłem wszystko a nie zmieniło się nic. Jaki to ma sens? skoncze studia za 2 lata i dalej bedzie dokładnie tak samo... Gdybym umarł nic to nie zmieni, nikt nie zauważy, nikt na tym nie zyska, nikt na tym nie straci, jaki jest sens takiego życia kiedy ja cierpię, a nic z tego cierpienia nie wynika? Nie ma sposobu wyrwania sie z tego błędnego koła moich starań i porażek. Nie mam juz motywacji do życia...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przeczytalem całosc i jestem pod wrazeniem , ze pomimo tylu ciosow od zycia dalej idziesz do przodu. I to od malego dziecka. Dla mnie samo w sobie jest to niesamowite. Witaj na forum i 3 maj sie chlopie cieplo. Znajdziesz tutaj wiele pomocnych dusz.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

najważniejsze to żyć dalej

nie stać w miejscu, tylko próbować

nowych rzeczy, nawet jak się nie ma na to ochoty

nawet jak się ma robić wszystko samemu

jeśli dokucza ci przygnębienie to iść do lekarza po jakieś leki i/albo do psychologa

 

doszukiwać się każdego dnia choćby drobnego sensu życia, nie chodzi mi tu o coś wielkiego, ja sama miałam nakopane nieźle w życiu i do tej pory mam

ale jak nie widzę sensu w niczym, to staram się żyć chociażby dla drobnych rzeczy, które odrobinkę poprawią mi nastrój

np. palenie papierosów (tak wiem, niemoralny przykład), słuchanie ulubionej muzyki, obejrzenie jakiegoś nie przygnębiającego filmu, wyjście gdzieś na cos, nawet samemu, niekoniecznie w celu poznania kogoś, tylko żeby nie dać się rutynie

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj Krystian,

 

muszę przyznać, że bardzo dobrze Cie rozumiem. Wiele z tego co piszesz sama przeżyłam i obecnie odczuwam. Umierający dziadkowie na raka, opieka nad nimi, patrzenie na ich ból. W tym samym czasie zaczęły się moje problemy i przestałam chodzić w ogóle do liceum. Uczyłam się sama w domu, byleby tylko nie zmierzyć się z rzeczywistością. Obecnie studiuje i wydawało mi się, że wszystko wróciło do normy, ale jest inaczej... Czuje, że to co robię nie ma sensu, że moje studia to błąd. Nie wiem co będę dalej robić, nie mam pasji ani zainteresowań. Siedzę w domu i myślę, smutek próbuję zapić alkoholem, a przez alkohol ranię najbliższych. Wydaje mi się, że nie mam po co żyć ani dla kogo. Mam nadzieję, że jednak to przetrzymam i Tobie też tego życzę z całego serca. Trzymaj się.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Na razie jestem w trakcie szukania, motywacji do życia mam niewiele, ale najbardziej pomagają mi ludzie. Mimo tego, że przecież jakiś czas temu w ogóle zamknęłam się na jakiekolwiek kontakty to teraz mam przyjaciół. Tylko jeden wie co się dokładnie ze mną dzieję, i tak pewno nie do końca, ale stara się zrozumieć moją sytuację i wyciąga pomocną dłoń. Żeby tego było mało to niedawno dowiedziałam się o nieuleczalnej chorobie, która mnie trawi. Nie wiem czy szybciej zabije, czy tylko utrudni mi życie na tyle bym jeszcze mniej je lubiła. Przyznam się, że nawet taki prosty kontakt na forum i ujrzenie, że nie jestem sama dał mi trochę sił. Dzisiaj obudziłam się jakaś taka spokojniejsza. Myślę, że tylko życzliwi ludzie i kontakt z nimi, może sprawić, że nasze życia staną się lepsze, ciekawsze i mniej bolesne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×