Skocz do zawartości
Nerwica.com

pierwszy krok do wolności


kate78

Rekomendowane odpowiedzi

Nie będę pisać o objawach nerwicy. Chcę napisać o tym co się teraz ze mną dzieje.

O tym co zaczynam rozumieć, choć na razie nie wiem jeszcze jak to zmienić.

Poszłam na terapię, bo zaczęłam się bać. Lęk nie jest najprzyjemniejszym uczuciem. Męczy. Jest nieokreślony, nie boję się niczego i boję się wszystkiego. Nawet jeśli to pokonam, to nie czuję satysfakcji. Co najwyżej moment ulgi i obawę, że znowu wróci.

Kiedy leczyłam depresję, nie odczuwałam nic, albo może raczej odczuwałam - pustkę.

Było to przerażające i bolesne, jak czarna dziura, która jest we mnie i jednocześnie wsysa mnie do środka. Lęk jest inny. Chyba mniej boli, ale bardziej przeszkadza w życiu.

Może dlatego, że wtedy nie chciałam żyć, pragnęłam przestać istnieć, a teraz chcę walczyć o życie. Moje życie.

Nawet jeśli mam zaburzoną osobowość, nie znam siebie ani swoich pragnień i przez większość czasu, (poza okresem niemowlęctwa) zajmowałam się dostosowywaniem się do potrzeb otoczenia, będąc opoką, powiernikiem, opiekunką, wsparciem, wojownikiem i ofiarą. Wiem, że sama narzuciłam sobie to jarzmo, przyjęłam je dobrowolnie. Przecież nikt rozsądny nie powinien wymagać od 12-latki, że po śmierci ojca przejmie funkcję głowy rodziny.

Ja tak zrobiłam.

Z jakiegoś powodu sądziłam, że dam radę. Nie dałam. Tylko, że o tym przekonałam się dziesięć lat później – ciężką depresją, która nie miała, jak wtedy sądziłam, żadnego powodu by się pojawić. Depresja odeszła, ale pojawił się lęk.

Chcę być szczera. To najważniejsze, nie okłamywać siebie.

Moje pierwsze zadanie domowe, to napisać kim i jaka jestem.

Jaka jestem:

Odpowiedzialna – choć z ogromną niechęcią. Nie potrafię być spontaniczna (chociaż tak bym chciała) ale zawsze dotrzymuję zobowiązań. Kiedy chciałam popełnić samobójstwo, dokończyłam projekt w pracy, udzieliłam porady prawnej koleżance, przygotowałam obiad. Tak by moja śmierć nie sprawiła kłopotu.

Tolerancyjna – jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować niemal każdą postawę, o ile nie wyrządza krzywdy innym,

Konformistyczna – jeżeli chodzi o moje potrzeby, raczej zadowalam się małym, byle mieć spokój,

Wojownicza – gdy jak mi się wydaje, walczę z krzywdą dotykającą innych,

Opiekuńcza –ponieważ przyzwyczaiłam się do myśli, że jestem (czytaj: powinnam być) najsilniejsza, to moim obowiązkiem jest otoczyć opieką słabszych ode mnie,

Kim jestem:

Oszustką – bo wszystko co napisałam wyżej, to kłamstwo. Bo mam wiele twarzy, ale żadna nie jest moja. Nic co myślą o mnie ludzie którzy mnie znają nie jest do końca prawdą. Niech usprawiedliwi mnie to, że ja sama nie znam prawdy, nie wiem jak wygląda moja twarz. Ta na którą patrzę w lustrze zmienia się w zależności od sytuacji, ale z żadną nie jestem szczególnie związana. Żadną nie jestem i jestem wszystkimi. Nawet ból i strach jest częścią tylko jednej z moich twarzy, inna potrafi doskonale nad nim panować i logicznie rozważać przyczyny i konsekwencje.

 

Czego się boję:

Że ktoś mnie zdemaskuje, odkryje, że nie jestem tym kogo udaje, że utracę tę wypracowaną tożsamość i wszyscy zrozumieją, że tak naprawdę mnie nie ma. Ja jako ja nie istnieję.

 

To moje pierwsze przemyślenia, może ulegną jeszcze zmianie. Ale jeśli myśląc o czymś czuję ból, to znaczy, że trafiłam w czuły punkt. A o to właśnie chodzi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cenie tą szczerośc w tym, co napisałaś. Choć nie łatwo kroczyć po ścieżkach Twoich myśli, które tu opisałaś.

 

To co rzuca mi się w oczy, to że jesteś bardzo zagubiona. Zagubiona w tych rolach, które narzuciałaś sobie sama (piszesz, że nikt tego od Ciebie nie oczekiwał po śmierci ojca). To wskazuje na to, że jesteś bardzo odpowiedzialna. Wcześniej (w wieku tych kilkunastu lat) nawet za bardzo byłaś odpowiedzialna jak na tak młody wiek.

Do tego ta wrażliwość, która każe Ci stawać w obronie słabszych. Wogóle podporządkowujesz swoje życie zasadzie "najpierw inni, później ja". Twoja psychika miała już dość, zbuntowała się.

Zastanawiam się, skąd ta pustka w Tobie przy leczeniu depresji ?

 

Postaraj się zmienić zapatrywanie na świat. Zacznij myśleć w taki sposób: "Jestem ważna w tym świecie, beze mnie nie byłby on taki sam. Nikogo nie krzywdzę, więc jestem osobą wartościową. Wartą życia bez lęków i depresji."

 

Jeśli boisz się myśli samobójczych, korzystaj ze swej odpowiedzialności, ona będzie Twoją bronią. Wyznaczaj sobie zadania na dłuższy okres czasu. Takie, którym potrafisz sprostać, a zarazem takie, które Cię zaaobsorbują. Jedno zadanie po drugim.

 

To, że Cie ktoś zdemaskuje nie jest niczym złym. Jak się przekonasz, wiele osób z tego forum chciałoby takiego zdemaskowania do takiego stopnia, by byli rozumianymi przez własne otoczenie.

 

Jeśli my (forumowicze) będziemy potrafili Ci pomóc w uporządkowaniu tego wszystkiego, chętnie to zrobimy.

 

PS. Dziękuję Ci, że tak szczegółowo opisałaś to wszystko, pod wpływem tych słów sam uzmysłowiłem sobie to:

Też jestem "oszustem" - nikt mnie nie zna takiego, jakim jestem. Każda osoba w jakiś sposób istotna w moim życiu zna jakiś fragment mnie. Ale żadna nie zna mnie całego. Dopiero z takich fragmentów możnaby dopiero złożyć obraz mnie całego. Dziękuję Ci za to ! :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

witam jestes szczera i fakt ze sie przyznajesz do grania lub jak to nazwalas braku szcerosci to znaczy ze jestes dzilna malo kto umie sie przyznac ze gra przed imnymi ale czesto my mam namysli ludzi tak robimy gramy przed inymi z roznych powodow widocznie zycie cie tez zmusilo do tego a maski zaczynamy zakladac juz wieku 4 lat czesto chcemy sprostac wymagania imym a gdy nie wychodzi to nas zalamoje jestes wazna osoba poniewaz niema inej takiej samej i napewno jestes potrzebna dla inych a mysli samobojcze odrzucaj niemysl nad tym a bedzie ok zawsze jest nadzieja pozdrawiam :D:D:D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie to, co napisałaś jest oczywiste - już oczywiste. Moja maska nakładane od wczesnego dzieciństwa spadła niecały rok temu. Czuję to samo o czym Ty piszesz. Jest to chyba brak poczucia własnej tożsamości, swojego jestestwa. Tak, to oszustwo, ale najgorsze, że oszukujemy siebie i to wszytsko ze względu na presję otoczenia. To tak, jakbyśmy nie mogły mieć okazji do życia zgodnie z wolną wolą, własnymi pragnieniami.

 

Ja pochodzę z rodziny wielodzietnej (5 z rodzeństwa jestem) i ponieważ moi rodzice byli już zmęczeni wychowywaiem dzieci, a strasze rozdzeństwo dawno pożenione wychowywałam się sama - choć z dala od świata.

 

Piszesz, że na Ciebie największy wpływ miała rola, jaka przyszło Ci podjąć. Podejrzewam, że "nie widziało" Ci się być głową rodziny w wieku 12 lat...

Tak właśnie myślę, co naprawdę Cię gryzie próćz tego, że zatraciłaś własne "ja"? Stracone dzieciństwo także?. Mnie osobiście wykańcza to, że ludzie mają mnie za inną niż byłam zawsze, a że dziś nie jestem już nikim, bo tak jak napisałaś także dostosowuje się do pewnych sytuacji, a ze swoimi twarzami w lustrze nie jestem zbytnio związana.

Po prostu nie mam siebie i to nie jest "udawanie", jakie ma na myśl wiele ludzi, mówiąc że ktoś udaje kogoś kim nie jest.

 

To jest po prostu całkowite rozbicie siebie, brak jakiegokolwiek zaczepienia. Ciężko mi jest to określić, Ty to zrobiłaś idealnie.

Mogę jednak napisać tylko tyle, że czuję ogromny związek z tym, co piszesz. Jednak przekonuję się każdego dnia, że to kim jesteśmy to nasza sprawa i nikt nie jest w stanie (przynajmniej) mi pomóc. Nikt nie poskłada mojej tożsamości, nikt nie odrodzi moich dziecięcych pragnień, marzeń, nikt nie zmieni otoczenia w którym przyszło mi żyć, a ja nie wierzę i nie mam możliwości, by cokolwiek zmienić, bo ograniczają mnie normy, których złamanie to całkowita klęska!!!!!!!!! I tak każdego dnia patrzę w to samo lustro i ciągle widzę kogoś innego, ale obcego. Nieraz gadałam do lustra mówiąc: "Cześć Aga, to TY!!!!", ale ja nie czuję, że to ja... nic nie czuję prócz obcości.

 

Cięzko to zrozumiec komuś, kto tego nigdy nie czuł.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mnie osobiście wykańcza to, że ludzie mają mnie za inną niż byłam zawsze (...) tak jak napisałaś także dostosowuje się do pewnych sytuacji

 

Możliwe, że właśnie ludzie chcą zobaczyć prawdziwą Ciebie, a nie tą dostosowaną do sytuacji ? Nie bój się pokoazać im właśnie taką siebie.

 

Po prostu nie mam siebie (...) To jest po prostu całkowite rozbicie siebie, brak jakiegokolwiek zaczepienia

Czy takim punktem zaczepienia w Twoim przypadku nie jest polonistyka ? Dlaczego wybrałaś akurat taki kierunek studiów ? Czyżby dlatego, że w dużej mierze "wychowywały" Cię książki, że były ucieczką od codzienności, w której nikt nie darzył Ciebie zainteresowaniem ? A może dlatego książki i polonistyka, bo dawały Ci przykłady tych osobowości w jakie "powinnaś" się wcielić, by być dostrzeżoną przez otoczenie, które było dla Ciebie ważne, niestety bez wzajemności ?

 

Przypuszczam, że klucz do odpowiedzi na te trudne pytania znajduje się w tym co napisałaś kiedyś. To mogły być wiersze, pamiętniki, opowiadania lub nawet zwykłe szkolne wypracowania. Spróbój może wrócić do tych "źródeł własnego ja" i spojrzeć na nie pod kątem "co autorka/poetka chciała nam powiedzieć".

 

Jednak przekonuję się każdego dnia, że to kim jesteśmy to nasza sprawa i nikt nie jest w stanie (przynajmniej) mi pomóc.

To prawda, że nikt za Ciebie nie odnajdzie "prawdziwej ja", jednak są ludzie , którzy potrafią (i co ważniejsze) chcą Ci pomóc. Ta pomoc będzie polegała na tym, by Cię nakierować na "właściwy tor w poszukiwaniu siebie". I myślę, że na tym forum możesz takich ludzi znaleść.

Uwierz w to !

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jaka jestem:

Odpowiedzialna – choć z ogromną niechęcią. Nie potrafię być spontaniczna (chociaż tak bym chciała) ale zawsze dotrzymuję zobowiązań. Kiedy chciałam popełnić samobójstwo, dokończyłam projekt w pracy, udzieliłam porady prawnej koleżance, przygotowałam obiad. Tak by moja śmierć nie sprawiła kłopotu.

Tolerancyjna – jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować niemal każdą postawę, o ile nie wyrządza krzywdy innym,

Konformistyczna – jeżeli chodzi o moje potrzeby, raczej zadowalam się małym, byle mieć spokój,

Wojownicza – gdy jak mi się wydaje, walczę z krzywdą dotykającą innych,

Opiekuńcza –ponieważ przyzwyczaiłam się do myśli, że jestem (czytaj: powinnam być) najsilniejsza, to moim obowiązkiem jest otoczyć opieką słabszych ode mnie,

Kim jestem:

Oszustką – bo wszystko co napisałam wyżej, to kłamstwo.

 

W czasie drugiej, bądź trzeciej sesji terapii, lekarz zadał mi pytanie jaki jestem. Chodziło o charakter. Powiedziałem mniej więcej to samo co Ty napisałaś. Lekarz jako, że już troszkę mnie poznał stwierdził miłym głosem:Pan kłamie:) No tak, już w czasie opisywania swoich cech zdawałem sobie sprawę, że kłamię. Takim był chciał być, ale nie jestem. Hmm... A może wcale nie chcę taki być, może to otoczenie kazało mi się dopasować. Pisząc otoczenie mam na myśli rodzina, znajomi. Zakładałem różne maski, choć mi było w nich niedobrze, ale przynajmniej byłe taki jak Oni chcieli. I tak juz zostało. Teraz w zależności od sytuacji zakładam taką maskę, w której będzie mi wygodniej. Poczucie swojego ja zatraciłem. Nie wiem kim jestem i jaki naprawdę jestem. To moje prawdziwe JA jeżeli jeszcze istnieje, (a mam nadzieje, że tak) leży pewnie gdzieś na dnie duszy. Czeka na wydobycie, na wyjście na powieszchnię. Ale najpierw trzeba chyba zrzucić po kolei te tysiąc masek. I pewnie będzie to bolesne. Dla mnie i dla otoczenia.

 

 

Nikt nie poskłada mojej tożsamości, nikt nie odrodzi moich dziecięcych pragnień, marzeń, nikt nie zmieni otoczenia w którym przyszło mi żyć, a ja nie wierzę i nie mam możliwości, by cokolwiek zmienić, bo ograniczają mnie normy, których złamanie to całkowita klęska!!!!!!!!!

 

Pisząc bolesne to właśnie miałem na myśli. Złamanie pewnych barier chyba będzie konieczne. Niestety. Może w tym wypadku trzeba coś zburzyć, aby móc zbudować całkowicie od nowa. Jeszcze do tego nie doszedłem i się nad tym zaczynam zastanawiać:)

Te 5 sesji psychoterapii, które jak dotad miałem skłania mnie do coraz głebszego zaglądania w siebie, w swoje potrzeby itd. itp.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Słuchajcie Ludki Kochane!

Ja zrzuciłam wszystkie maski i nie było przy tym większego bólu.

Jasne, że nie wszystkie spaliłam, czsem biorę jedną do ręki i jestem gotowa ją założyć ale staram się być zawsze sobą.

I powiem Wam, że mam to w dupie ci inni o mnie pomyślą. Jak się komuś nie podoba to niech spier.... Ludzie powinni nas lubić za to jacy jesteśmy naprawdę (a może właśnie mimo tego) a nie za to jaką rolę gramy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Neśka mój problem jest inny, ja nie pamiętam już swoich marzeń.

Próbuję przypomnieć sobie kim chcialam być jako dziecko, jakie miałam pragnienia zanim stalam się kukłą.

Dlaczego kukłą? Bo uświadomiłam sobie, że tak dalece opanowalam kontrolę emocji, że nie czuję. Radości, gniewu, złości, szczęścia. "Wyletniłam" wszystkie emocje, uznając, że do mojego image najlepiej poasuje spokój i opanowanie. Teraz spokój jest tym o czym marzę, bo czuję przeważnie smutek i lęk.

Muszę nauczyć się czuć. Chcę nauczyć nię czuć. Gniew, radość, złość. Ale emocje więżną mi w gardle, gdy chcę się uwolnić mój pancerz się zaciska. Noszę te emocje w sobie, głęboko pod pozorami zrównoważenia.

Jeśli uda mi się je wydobyć będę w połowie drogi do wolności.

Wierzę w to.

 

 

 

Jeśli wystarczająco dobrze wytresujesz siebie, a mnie zajelo to sporo czasu, to odwrocenie tego procesu musi boleć. Czasem ten ból to lęk, czasem depresja czasem nerwica, albo po prostu - ból.

Ja swoją tożsamość muszę dopiero odnaleźć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Neśka mój problem jest inny, ja nie pamiętam już swoich marzeń.

Próbuję przypomnieć sobie kim chcialam być jako dziecko, jakie miałam pragnienia zanim stalam się kukłą.

Dlaczego kukłą? Bo uświadomiłam sobie, że tak dalece opanowalam kontrolę emocji, że nie czuję. Radości, gniewu, złości, szczęścia. "Wyletniłam" wszystkie emocje, uznając, że do mojego image najlepiej poasuje spokój i opanowanie. Teraz spokój jest tym o czym marzę, bo czuję przeważnie smutek i lęk.

Muszę nauczyć się czuć. Chcę nauczyć nię czuć. Gniew, radość, złość. Ale emocje więżną mi w gardle, gdy chcę się uwolnić mój pancerz się zaciska. Noszę te emocje w sobie, głęboko pod pozorami zrównoważenia.

Jeśli uda mi się je wydobyć będę w połowie drogi do wolności.

Wierzę w to.

 

 

 

Jeśli wystarczająco dobrze wytresujesz siebie, a mnie zajelo to sporo czasu, to odwrocenie tego procesu musi boleć. Czasem ten ból to lęk, czasem depresja czasem nerwica, albo po prostu - ból.

Ja swoją tożsamość muszę dopiero odnaleźć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Coś wiem o zakładaniu różnych masek... Niestety też nie wiem kim jestem, jaka jestem. A teraz, kiedy powoli usiłuję do tego dojść, nie umiem sobie z tym poradzić. NIe umiem określić siebie, części swoich uczuć, nie zawsze umiem być soba. Boję się niektórych moich rekacji, odczuć, nagle pojawiających się emocji, nad którymi nie umiem zapanować. Czasem zastanawiam się, czy ja to ja? czy może ktos inny? Po prostu tego nie wiem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Coś wiem o zakładaniu różnych masek... Niestety też nie wiem kim jestem, jaka jestem. A teraz, kiedy powoli usiłuję do tego dojść, nie umiem sobie z tym poradzić. NIe umiem określić siebie, części swoich uczuć, nie zawsze umiem być soba. Boję się niektórych moich rekacji, odczuć, nagle pojawiających się emocji, nad którymi nie umiem zapanować. Czasem zastanawiam się, czy ja to ja? czy może ktos inny? Po prostu tego nie wiem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

to właśnie chcę zrobić - uwolnić emocje.

szczerze śmieć się i złościć

zauważylam że nie potrafię krzyczeć, glos więźnie mi w gardle.

 

 

Może to dziwne... nie nie tak, dla mnie to dziwne... ale czuję się lżejsza. Dziś mialam ciężki dzień, ale to jakby mało ważne. Liczy się to że zaczynam sobie przypominać. Wspomnienia, których nie było, bo zostały zapomniane. Jak cieszyłam się kiedyś.

Boję się uwolnić złość i agresję, bo mam wrażenie, że jeżeli przestanę je kontorlować to wybuchną z siłą tornada.

W sobotę wybieram się na pola, będę krzyczeć, jak potrafię najgłośniej, będę plakać i wściekać się.

Wiem że to pomoże

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Udawanie jest jadnym z kroków do nerwicy :!: Mój przykład: 6 lat mieszkam z teściami, wiecznie ich raziło że krzyczę i się awanturuję na męża i dzieci.Niby się nie wtrącali ale zawsze czułam na sobie ich wzrok krytyki(nie brali pod uwagę że ich rozpuszczony synalek , nie przystosowany do roli ojca i męża doprowadza mnie do szału).Postanowiłam niedawać im więcej satysfakcji.Nie krzyczałam , tłumiłam emocje.Efekt :?: Napady lęku, leczenie psychiatryczne.Pewnie sobie teraz myślą;wiedzieliśmy że ta Monika była psychiczna i jak skończyła? Ale ja mam to juz gdzieś i nie mam zamiaru j€ż więcej popełnić tego błędu, będe wrzeszczeć ile mi się podoba bo i tak dla nich pewnie zawsze byłam i będe wariatkom ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Chciałabym podnieść ten temat, ponieważ wydaje mi się, że dotyczy mnie mocno i chyba wielu osób również.

 

Ja niestety mam problemy z okazaniem smutku, słabości. Przez właściwie całe moje życie musiałam pokazywać, że nie pozwole sobie wejść na głowę. Niejednokrotnie było ciężko, ale nigdy nie pokazywałam po sobie, że coś mnie smuci lub, że ktoś mnie zranił.

Gdy byłam mała, miałam może 4-5 lat postanowiłam, że nigdy nie pozwolę na to aby mężczyzna tak traktował mnie jak mój ojciec matkę. Denerwowało mnie gdy na nią krzyczał, lub gdy siedział sobie na kanapie i kazał jej robić sobie herbatę. Pamiętam, że wtedy zawsze mówiłam, żeby wstał i sobie zrobił, czego nikt w rodzinie nigdy by nie powiedział do niego. Jednak zauważyłam, że dzięki temu jestem przez niego bardziej szanowana. Uznałam, że kobiety są głupie, że sobie pozwalają na takie traktowanie i powiedziałam, że ja nigdy na to nie pozwolę.

 

Dużo mogłabym wypisywać różnych sytuacji, w których to nie mogłam nigdy pokazać swojej wrażliwości.

Od 5 lat mam nawracającą nerwicę lękową. Przemija samoistnie po ok 2 tygodniach, jest dobrze czasem nawet przez 5 miesięcy, po czym znów wraca. Za każdym razem myślę, że to po raz ostatni, ale uświadomiłam sobie, że siedzi we mnie coś co strasznie mnie boli.

Właśnie najbardziej mnie boli to uczucie, że jestem jakimś monstrum, że strasznie bluźnię, gdy się zdenerwuję rzucam mięsem tak, że sama jestem w szoku jakich używam słów. W rozmowach z mężczyznami często jestem niemiła, szydercza, wyśmiewam ich. Nie potrafię nad tym zapanować mimo, że się staram. Od małego uważałam, że muszę się na wielu rzeczach znać, żeby faceci mnie lubili i szanowali. Zawsze chciałam im w jakiś sposób imponować i wiele razy mi się udawało (bez skojarzeń:P)

 

Niestety takie właśnie podejście do nich sprawdzało się doskonale. Byłam przez to ciekawsza, czasem tylko mówili, że jestem wredna. Ale ja nie chcę być taka, nie odpowiada mi to, przecież nie muszę się znać na wszystkim, a żeby mnie szanowali nie muszę być wredna. Podziwiam czasem te delikatne dziewczyny, że potrafią być takie naturalne, a mężczyźni się nimi chcą opiekować. Niestety wiem też jakie są tego często konsekwencje.

Od małego musiałam na wszystkim się znać, zawsze musiałam naprawiać różne rzeczy. No i tak jest, znam się na wielu rzeczach, wszystko naprawiam sama. Wiem, że nie ma rzeczy dla mnie niemożliwych, ale to mi też przeszkadza. Wiem, że jeśli czegoś chcę to mi się to uda. To chyba dobrze....a jednak mnie to wkurza :evil:

 

 

Ogólnie ciągle mam tą postawę, że nie mogę dać sobie w kaszę dmuchać, bo mnie zniszczą, że zniszczy mnie matka, bo zobaczy, że jestem słaba, że zniszczą mnie znajomi i inni ludzie. Mam coraz mniej uczuć w stosunku do ludzi, nie potrzebuję już przyjaciół, nie ufam nikomu. Wiele razy się przekonałam o tym jak ludzie potrafią niszczyć inne delikatne jednostki.

Nie wiem sama jaką jestem osobą.

 

Gdy uświadamiam sobie pewne rzeczy to płaczę jak dziecko, gdy zapominam o tym i niby czuję się dobrze, to po pewnym czasie znów czuję, że robię się taka oschła, że często bywam niemiła lub mam stosunek olewczy do ludzi. Wiem, jak bardzo w ciągu swego życia dusiłam swoją wrażliwość, czuję, że teraz zupełnie nie jestem sobą. Najgorsze a zarazem najfajniejsze jest to uczucie gdy mam tyle siły i myślę sobie wtedy, że potrafię zrobić wszystko, bo jak tak pomyślę to tak jest. I mam chęci i chce mi się np pracować, ale po jakimś czasie myślę, że jest to sztuczne podniecanie się. Ze znów czuję, że muszę coś komuś udowodnić, że chcę być najlepsza. Naprawdę jest to dla mnie duży problem, bo wcale nie chcę być we wszystkim najlepsza, przynajmniej gdzieś głęboko jestem normalna.

 

Chciałam zapytać, czy można z tego wyjść? Pójdę do psychologa niebawem i postaram z nim to rozwiązać, ale niestety nie mam teraz takiej możliwości. Czy jesteśmy w stanie zdjąć te maski, które przez całe życie nosiliśmy. Moje życie sielanką nie było i niestety wciąż nie jest, oczywiście wciąż utwierdzam się w przekonaniu, że pokazanie jakielkolwiek słabości sprawia, że inni mają cie za kogoś gorszego.

Najbardziej lubię mieć kontakt z obcymi ludźmi np w sklepie. Zawsze można sobie miło pogadać nawet i się pożegnać.

 

Będąc dużo młodsza miałam też takie dziwne uczucie, że patrze na siebie z boku, tak sobie dziś to uświadomiłam i zastanawiam się czy to o czymś świadczy... Jakbym wyszła z siebie i patrzyła na siebie jak na obcą osobę. To jest depersonalizacja? Może tak właśnie czułam, że nie jestem sobą. Dziwne było to uczucie, ale nie przerażało mnie, miałam może z 7 lat jak to się zaczęło, ale już tak nie mam :D

Jak czytam teraz tego posta, to jest on bardzo chaotyczny, przepraszam, ale nie da się tak w skrócie opisać o co mi chodzi.

Jeśli są osoby, które też mają problem z pokazaniem swojej prawdziwej twarzy niech napiszą. Może uda się jakoś uwolnić.

Czasem mam myśli samobójcze przez to :evil:

A i jeszcze chciałam dodać, że miałam często próby wygadania się komuś, opowiedzenia o swoich problemach. To co zauważyłam, to to, że ludzie niby współczują, rozumieją, ale nagle im się samopoczucie poprawia :P Przynajmniej na takich ludzi trafiam. Z mamą czasem próbowałam rozmawiać, ale ją to nie interesuje i też mam wtedy wrażenie, że mnie z góry traktuje. Nie wydaję mi się aby to była jakaś moja paranoja, takie spostrzeżenia. Wierzę, że są ludzie, z którymi można rozmawiać szczerze, niestety nie spotykam takich na swej drodze

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×