Skocz do zawartości
Nerwica.com

a spójrzmy na to wszystko inaczej :)


jemioła

Rekomendowane odpowiedzi

Witam wszystkich bardzo serdecznie :)

 

Weszłam przypadkiem na tą stronę i muszę przyznać, że naprawdę Wam wszystkim bardzo współczuję. Sama wygrzebałam się z czegoś, co wtedy widziałam niemalże jako umysłowe piekło i po prostu muszę się z Wami podzielić tym, jak udało mi się to przezwyciężyć, a nuż komuś pomogę.

 

Postaram się po krótce, żeby nie było nudno :)

 

Połowa mojej rodziny to schizofrenicy-samobójcy lub niedoszli samobójcy, ale nigdy nie brałam poważnie możliwości zachorowania do czasu, kiedy przyszła kolej na mnie ;) Wcześniej myślałam, że dla osoby tak aktywnej, pozytywnej i otwartej jak ja choroba po prostu nie ma szans.

 

Ale przyszło i moje piekiełko, na zmianę depresja i mania (momentami byłam przekonana, że jestem szamanką, choć teraz trudno mi sobie przypomnieć skąd mi się to wzięło). Dla ścisłości: zbyt krótko się leczyłam, żeby sama schizofrenia została potwierdzona, słyszałam różne sądy; schizofrenia właśnie, zespół urojeniowy czy jakoś podobnie, psychoza maniakalno-depresyjna... ogółem brałam Zolafren, później zmienili mi na Zalastę, bo niby to to samo ale mniej mnie usypiało. Do tego doszły potem kłopoty osobiste (teoretycznie nic nie z tego świata, kłopoty z facetem, ale wtedy to już było kroplą przelewającą czarę) więc dali mi jeszcze coś na rozstrój nerwowy, niestety nie pamiętam już nazwy.

 

I poszło standardowo, zawalenie studiów, alienacja i wszystko o czym Wy i tak pewnie wiecie, więc nie będę się rozpisywać. Ogółem bardzo mnie chcieli zamknąć w szpitalu ale ja się nie zgadzałam, choć później był moment, w którym sama pojechałam do lekarki po skierowanie (rozmyśliłam się przed gabinetem i dostałam wtedy właśnie ten lek na rozstrój nerwowy czy jakoś tak).

 

Leki pomagały mi umiarkowanie, bardziej otępiały niż powodowały zmianę podejścia do życia, ale było do wytrzymania przynajmniej. Zaznaczę, że to wszystko trwało kilka lat i był pierwszy okres "wyleczenia" (przeszło mi po tym, jak lekarka wypisała mi skierowanie do szpitala po pierwszej rozmowie, ale udało mi się ją przekonać że obejdzie się bez tego (zaczynając od słów "pani chyba zwariowała!!" ;).

 

Nawroty były już dużo gorsze, bo jak ktoś już tu wspomniał, traci się wtedy nadzieję na wyleczenie. W każdym razie (bo miało być krótko), w pewnym momencie było na tyle dobrze, że przerwałam leczenie (bez konsultacji z lekarzem, tak, wiem) i wyjechałam na 4 miesiące do pracy na Wyspy Szczęśliwe (tak kiedyś nazywano Wyspy Kanaryjskie). Czułam się naładowana pozytywną energią, ale po powrocie do rzeczywistości zmieniłam podejście dość niefortunnie - negacja wszystkich złych emocji, później nawet negacja jakichkolwiek myśli.

 

I tak mi się żyło wygodnie przez kilka miesięcy, do czasu kiedy jeden malutki czynnik, jak myśl, że zapomniałam o egzaminie (studiuję ponownie, z tym że już zaocznie) wywołał coś na kształt załamania nerwowego i ataku paniki - przez kilka minut w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, co robię, a kiedy zorientowałam się, że chodzę po pokoju i wyrywam sobie włosy z głowy, upadłam z całego tego stresu.

 

I tu właśnie jest ten kawałek historii, który napawa mnie optymizmem i którym chciałabym się z Wami podzielić (gratuluję cierpliwości, jeśli ktoś jeszcze to czyta;))

 

Byłam już w takim absolutnym dołku, że jedyną logiczną rzeczą, jaką mogłam zrobić było usiąść i zacząć do siebie wewnętrznie mówić, co też uczyniłam. Dziwnie było usłyszeć swój wewnętrzny głos po kilku latach nieobecności :) Uważam to za największe katarsis w moim życiu - spędziłam kilka godzin rozmawiając ze sobą, nazywając, analizując przyczyny i konfrontując wszystkie te uzbierane lęki - pomogło, i to jeszcze jak! Każdy ma swoje lęki i wyrzuty sumienia, małe i duże, które jednak, gdy straci się nad nimi kontrolę, kontakt z nimi, zamieniają się w destrukcyjną armię potworów powalającą na ziemię (dosłownie!)

 

Przez tych kilka godzin uzmysłowiłam sobie wiele spraw, o których nie miałam pojęcia.

To było trochę jak dialog właściwie: ja Pytająca, Wątpiąca w cel wszystkiego kontra ja Znająca Odpowiedzi (i tą drugą część natury ma w sobie każdy, może tylko nie zdawać sobie z niej sprawy tak jak ja przez kilka lat). To wszystko w nas siedzi, trzeba to tylko zebrać do kupy. Każdy z nas jest inny, więc każdy dojdzie do innych wniosków, ale jest kilka, które uważam za uniwersalne, więc zamieszczę je tu:

 

1) kiedy jest już naprawde źle i jesteśmy atakowani przez emocje z każdej strony, tracimy zdolność obiektywnego postrzegania problemów, w naszym umyśle urastają do monstrualnych rozmiarów. Ja mam na to swój sposób: mówmy do siebie, nazwijmy nasz największy lęk, ale nie podchodźmy do niego pseudooptymistycznie, czyli "to sie po prostu nie może stać". Takie podejście to tłumienie realnego strachu, negowanie emocji, bo przecież nikt nie powiedział, że nie może. Powiedzmy sobie raczej: "to jest najgorszym scenariuszem i przyjmijmy na chwilę, że tak się właśnie stanie". Postawmy się w tej najgorszej sytuacji, wczujmy się w nią. Nie jest łatwo, bo nasz głupiutki, wygodnicki umysł od razu chce uciekać - nie pozwólmy mu, myślmy dalej. "Jestem w tej sytuacji i wiem, że jakoś muszę sobie poradzić, co zrobię?" Znajdźmy rozwiązania, niekiedy trudne i bolesne, ale realne rozwiązania. Skoro jesteśmy na tym forum, to mamy wolę jeszcze walki, więc rozbijmy tą armię problemów po jednym na raz, do skutku. A w momencie, gdy pogodzimy się już z najgorszym scenariuszem, zdajmy sobie sprawę, że tak wcale nie musi być, że przecież może pójść dużo lepiej. Ja w ten sposób pokonałam między innymi ten lęk, że mnie wywalą znowu ze studiów i że może lepiej po prostu to olać i się nie stresować - następnego dnia obudziłam się wcześnie, spokojna, pouczyłam się i poszłąm na egzamin - pierwszą zerówkę w życiu! Zaliczyłam, i dowiedziałam się, że ten inny egzamin o którym zapomniałam, to też była zerówka i będzie kolejny - a byłam o krok od rzucenia wszystkiego!

 

2) Wszyscy wiemy, że swiadomość możliwości nawrotu choroby często nie pozwala nam się cieszyć dobrym samopoczuciem w momentach poprawy ("bo po co, skoro i tak wróci, to i tak nie ma sensu..." - i znowu mamy problem). Sami je niemalże wywołujemy tym sposobem. A nie lepiej spojrzeć na życie jak na sinusoidę - górka, dołek, górka dołek - i pomyśleć na odwrót: "będzie źle, ale to i tak minie" - takie myślenie potrafi skrócić okresy nawrotów! Podobnie jest u mnie np. ze studiami - ludzie popisali prace magisterskie, a ja wszystko od początku - a chciałoby się już dobrze zarabiać, mieć dziecko może, w każdym razie momentami czułam się dziwnie z młodszymi o kilka lat ode mnie ludźmi ze studiów, z zupełnie innym nastawieniem. Do tego dochodzi świadomość, że ludzie mają w moim wieku poważne zawody, a ja się chwytam byle czego, żeby mieć na czynsz i szkołe, zajadając makaron. Więc myślę:"wszystkie dobre rzeczy, które mnie w życiu spotkały, przychodziły niespodziewanie, a w momencie kiedy przyszły przestawało się liczyć, jak długo na nie czekałam". I w ten piękny sposób obudziłam się rano i pierwszy raz od dawna nie chowałam się pod kołdrę w strachu przed tym strasznym światem, tylko autentycznie pomyślałam z ciekawością "ciekawe co dobrego mnie dzisiaj spotka".

 

3) zainteresowania - a że ludzie mają takie fajne, a ja po trochu z każdej dziedziny, także właściwie nie wiem nic i nie powinnam czytać jakiś pierdół, oglądać ogłupiających filmów, tylko zrobić listę "największych dokonań literatury i kinematografii" i zacząć się wreszcie tym interesować. A, i że są bardziej i mniej "przyszłościowe" kierunki studiów i kariery, a już najlepsze teksty jakie słyszałam, to "powinnaś się zainteresować Wietnamem, to jest przyszła kopalnia złota". Aż nie mogę uwierzyć, że miałam tak idiotyczne podejście.

 

Ludzie przyswajają wiedzę najlepiej, kiedy lubią to, co robią, a nie kiedy wmawiają sobie, że coś lubią. Czytając ciekawą dla nas książkę, mamy ochotę dowiedzieć się wielu innych rzeczy: gdzie się rozgrywa akcja, w jakich czasach itd - nawet się nie zorientujemy, kiedy posiądziemy, bezboleśnie, przy okazji, kupę wiadomości z różnych dziedzin. Do tego wszystkie niszowe sektory gospodarki i genialne sposoby na zarabianie i życie i nie powstały od "muszę być dobry w tym syfie, który mnie w ogóle nie interesuje, w tej pracy, która powoduje u mnie mdłości". Trzeba uwierzyć w choćby najmniej znaczącą dziedzinę, która nas interesuje, choćby to było zbieranie kapsli. Co nam da świetny punkt w CV tak naprawdę? Dla mnie: chwilowe dobre samopoczucie wywołaniem zachwytu na rozmowie kwalifikacyjnej, a następnie duże pieniądze z pracy, której nienawidzimy i po której jesteśmy zbyt zmęczeni psychicznie, żeby chcieć się dobrze bawić w wolnym czasie. A Zrzeszenie Zbieraczy Kapsli będzie nam dawało mikroskopijny przychód, ale ogromne zadowolenie z rozwoju wewnętrznego i energię, żeby pomyśleć, jak by na tym zarobić lepsze pieniądze. Dla mnie - jeśli ktoś naprawdę to lubi, to się uda, chociaż kapsle nie interesują mnie zupełnie.

 

Dobrze, miało być krótko, a wyszła niemalże praca magisterska, Wy już pewnie zasypiacie, a na mnie czeka matma :) Mam tylko nadzieję, że udało mi się komuś pomóc spojrzeć na życie z tej dobrej strony. Jedyne zapewnienie, jakie mogę Wam dać, to to, że mi pomogło na tyle, że patrzę w przyszłość z ufnością psa Reksia i cieszę się z nadchodzącej nowej sesji! :) Roztaczam pozytywną aurę, nawet nie wymądrzając się za bardzo jak przed chwilą tutaj, a przyjaciele szukają mnie, a nie ja ich, bojąc się, jak to kiedyś bywało, że za bardzo ich przytłoczę i że i tak mnie nie zrozumieją :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

cudowny tekst...dziwnie mi bliski, bardzo dziwnie. oskar dla Ciebie, Pani Różo =)

 

Szczerze Cię podziwiam. Będę walczyć, skoro Tobie tak wspaniale poszło...jakoś to będzie, mam nadzieję. :)

 

ściskam b mocno, bo ten tekst to najwspanialsza rzecz jaka dane mi było przeczytać...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To wspaniały dar!

 

To, że doszłaś sama do takich głębokich i prawdziwych wniosków jest na prawde wielkim, wspaniałym darem. Ja chodziłam na psychoterapie, narzeczony nade mną pracuje, a ciężko było mi do tego wszystkiego dojść. Ja mam tendencję do zamartwiania sie nawet tym co może sie wydarzyć za parę lat i już dziś odbiera mi to radośc życia. Pracuję nad tym, kiedy pojawia sie pokusa zamartwiania mówię sobie wyraźnie: nie ma nic poza dzisiejszym dniem, poza chwilą obecną i musze wykorzystać najlepiej jak mogę ten właśnie czas. Bo ja bym czasem tak chciała, żeby ktoś położył przede mną gotowy scenariusz mojego szczęśliwego życia i żebym wreszcie mogła mieć spkój... a to są tylko złudzenia. Bo od tego co zrobimy dziś i teraz zależy nasze jutro. A w moim przypadku zaczęło być na odwrót: nieznane jutro odbierało mi radość z chwili obecnej. dzieki za wspaniałe słowa. Trzymaj tak dalej. Pozdrawiam!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witam ponownie!

 

Strasznie się cieszę, że poprawiłam komuś humor :) Szczerze mówiąc pamiętając, jak okropnie się czułam będąc "po tamtej stronie" spodziewałam się raczej odpowiedzi typu "i tak nie wiesz jak się czuję, każdy jest inny i i tak mnie nie zrozumiesz". Aż się bałam wejść jak zobaczyłam że są odpowiedzi :lol: Ale widzę że naprawdę wykazujecie dużo pozytywnego nastawienia, bo przecież wcale nie musieliście mi uwierzyć, albo mogliście uznać, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Naprawdę, naprawdę chciałabym, żebyście przynajmniej spróbowali zastosować tą technikę "wewnętrznego dialogu", bo to co napisałam może akurat pasować do kilku osób, ale ogółem to że jesteśmy inni to przecież święta prawda. Gadajcie do tego swojego wewnętrznego "ja" czy jak kto chce niech nazywa, dochodźcie do genialnych wniosków i przedstawiajcie tutaj swoje złote myśli!

 

Btw, Merkia, odpisałam Ci na list, ale nie wiem czy doszedł bo widzę go w pozycjach do wysłania, a nie tych wysłanych. W razie czego podaj mi na priv swojego maila i tam Ci to popchnę :)

 

Dobra, ja mam dziś dzień z korepetycjami z matmy przez gg (eeehhhhh) i wracam do tego. Jeszcze tylko wielkie dzięki za tak ciepłe przyjęcie! Sama świadomość, że można komuś pomóc poprawia samopoczucie, więc jesteście odpowiedzialni za mój dzisiejszy uśmiech :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Slapcio, tak sobie myslałam: a nawet jeśli w całym tym naszym scenariuszu życia pojawią się jakieś rysy czy pęknięcia, jakie to ma znaczenie dla dnia dzisiejszego?

 

Na pewno nie będzie zawsze dobrze i z tego założenia trzeba wyjść, żeby przestać się bać. To tak jak z oswajaniem się z wizytą u dentysty, jesteśmy już chyba za duzi na to, żeby wmawiać sobie że "nic a nic nie będzie bolało", prawda? Chyba lepiej powiedzieć sobie, że będzie ciężko, ale przejdzie, nie?

 

Ogółem bardzo nie lubię podejścia typu "nie martw się, wszystko będzie dobrze". Uważam, że bardziej może zaszkodzić niż pomóc, lęk przed nowymi sytuacjami (nowym dniem) jest naturalną reakcją organizmu. Nie można go tłumić. Według mnie paradoksalnie dużo lepiej jest powiedzieć sobie "Nie martw się, wszystko może runąć, ale są spore szanse, że wcale tak nie będzie" ;)

 

To co usiłuję tu jakoś wyartykułować to to, że chyba lepiej być zaskoczonym pozytywnie niż negatywnie? Wmawianie sobie, że wszystko będzie zawsze dobrze i że unikniemy w życiu kłopotów, jest prostą drogą do rozczarowania - przecież każdy ma jakąś tam losową ilość dobrych i złych dni czy lat. Lepiej się z tym pogodzić, a przed każdym krokiem, który podejmujemy, pogodzić się jeszcze zawczasu z możliwością porażki - i próbować, a jeśli się uda, to będziemy bardzo, ale to bardzo mile zaskoczeni, co daje takiego "kopa", że następnym razem jest już dużo, łatwiej przecież :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeszcze chciałam edytować post ale już mi nie pozwoliło:

 

Może zamiast mówić sobie, że istnieje tylko dzisiejszy dzień, powinnaś usiąść spokojnie i raz a dobrze wymartwić sobie najgorszy scenariusz? Przecież i tak gdzieś środku na pewno sama wiesz, że byś sobie i z tym poradziła, ludzie są niesamowicie odporni. Ale w ten sposób, widząc możliwość najgorszą z możliwych, ale, jak się dobrze zastanowić, mało prawdopodobną (jest przecież tyle innych), po znalezieniu jakiegoś rozwiązania lub sposobu przyjęcia jej, może mogłabyś pomyśleć, że skoro każda inna będzie lepsza, to przyjemnie Cię zaskoczy i rzeczywiście wszystko będzie dobrze?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

wiec tak - nie zgadzam sie kategorycznie co do

- kapsli- w realiach dzisiejszego swiata nie da sie zawsze robic tego co sie lubi i zarabiac pieniadze godne, wiec tu jednak czesto trzeba isc na kompromis.

- dentysty- ja zawsze prosze o znieczulenie zastrzykiem i nie boli wogole!!

 

poza tym bardzo fajny, pozytywny post. :D

racja jest ze nie mozna powtarzac ze wszystko bedzie dobrze bo w srodku i tak sie wie ze nie bedzie zawsze dobrze i to powoduje konflikt wewn. co do zainteresowan zawsze dobrze je miec, nawet jezeli nie mozna w tym kierunku pracowac, ale przynajmniej miec cos swojego co daje nam radosc. a tak wogole to z doswiadczenia wlasnego w ostatnich miesiacach wiem ze jak czlowiek zmierza sie z prawdziwym realnym problemem, potrafi schowac do kieszeni cala nerwice i tym podobne, budzi sie i znajduje w sobie sile.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No to tak:

 

- z dentystą to było pierwsze porównanie, jakie mi się nasunęło, no rzeczywiście może nie boleć, ale chwilowo nie chce mi się szukać innego ;)

 

- co do kapsli - ja dalej będę się upierać, że można zarobić pieniądze na niemalże każdym hobby, jeżeli wystarczająco mocno się w to uwierzy - ale tu masz racje, że realia dzisiejszego świata itd, więc ta opcja zostaje dla tego małego procenta zapaleńców, którzy po prostu będą wierzyć mimo wszystko - dla większości (w tym i mnie pewnie ;) ) rzeczywiście pozostaje pójść na kompromis.

 

No i zgadzam się w zupełności co do tych trudnych sytuacji. Czasem taki kop jest nawet potrzebny, żeby zdać sobie sprawę, że jesteśmy o niebo silniejsi niż sądziliśmy.

 

Pozdrawiam! :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

merkia, yeti, slapcio, ewa125, , cieszę się, że zauważyliście to "zjawisko"

Myślę, że nie koniecznie trzeba zgadzać się ze sobą w 100%, ważne by była jakaś płaszczyzna porozumienia.

Zadałbym Ci Jemioło kilka pytań, ale zaczekam może sama coś napiszesz, Dzięki

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Z tego co widzę po Twoich postach też interesujesz się siłą pozytywnego myślenia, więc może sama się czegoś ciekawego od Ciebie dowiem :)

 

Jeszcze mi się jedno przypomniało - do tej mojej "nocy oczyszczającej" bardzo nie lubiłam być sama w mieszkaniu, czekałam tylko aż przyjdzie ktoś, kto coś powie i zagłuszy ten cały zamęt w głowie. A jak nie przychodził, to w końcu sama gdzieś wychodziłam. Zrobienie czegokolwiek konstruktywnego w takiej sytuacji graniczyło z cudem, no może poza praniem, ale i tego mi się nie chciało.

 

A teraz odkryłam, że nawet lubię być sama - nie mam się czego bać, bo moje myśli nie są już jakąś nieokreśloną szarą masą, problemy są i zawsze będą - ale cieszę się, że nie są większe, a przecież mogłoby być dużo, dużo gorzej. I uczę się na przykład teraz z tej całej matmy nieszczęsnej - sama w domu, jak dobrze, mam dla siebie czas!

 

No i porządek w pokoju - jest i się utrzymuje! To całe moje bałaganiarstwo było chyba odwzorowaniem sytuacji wewnętrznej, a teraz, skoro w środku w miarę poukładane, to z jakiej racji ma mnie otaczać pobojowisko?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej, tak wierzę w siłę pozytywnego myślenia, mam takie wrażenie że ludzie, którzy w trudnycjh chwilach, mimo trudności zaczeli szukać pozytywów, bardzo cenią sobie optymizm. Ciekaw jestem Twojego zdania?

Wg feng... porządkowanie, ustawianie przedmiotów (strumienie energii) mają duży wpływ na nasze samopoczucie. Np,. przechowywanie starych (suchych) kwiatów jest niekorzystne. Możesz miec racje że to co wewnątrz (myśli) i to na zewnątrz (np mieszkanie ) wpływają na siebie wzajemnie.

 

Matma nie jest moją mocną stroną, piszesz w taki sposób, ża mam wrażenie, że dla Ciebie ten przedmiot to nie jest nr1. Jakoś mam poczucie że takie uporządkowanie (zbiory) matematyczne, może dobrze na Ciebie wpłynąć.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hej, tak wierzę w siłę pozytywnego myślenia, mam takie wrażenie że ludzie, którzy w trudnycjh chwilach, mimo trudności zaczeli szukać pozytywów, bardzo cenią sobie optymizm.

ja zauwazylam ze wiele ludzi ktorzy obiektywnie nie maja powodow do pozytywnego myslenia, wrecz przeciwnie potrafia byc na codzien pogodne, usmiechniete, znajduja w sobie wielka sile do zycia, natomiast osoby ktore niby maja wszytsko czesto narzekaja.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Odnośnie tego optymizmu i ludzi w różnych sytuacjach, to myślę, że czasem chyba trzeba dotknąć tego dna żeby mieć się od czego odbić (jako "dno" nie mam na myśli czegoś obiektywnie najgorszego, ale sytuacji trudnej do zniesienia dla osoby, która ją przeżywa.)

 

Chodzi mi o to, że ani bezgraniczne szczęście, ani bezgraniczny smutek lub strach nie mogą się utrzymywać bez przerwy, po prostu nie mamy tyle energii. Tak więc kiedy jest już bardzo źle, organizm sam "generuje" pozytywne myślenie jako "ostatnią deskę ratunku". Tak jakby wcześniej był zbyt zmęczony/leniwy żeby to zrobić, ale w takim trudnym momencie wie, że musi zmobilizować wszystkie siły i zacząć myśleć logicznie, pozytywnie.

 

Może właśnie dlatego otaczają nas pozytywne maksymy, z których jednak niewiele sobie robimy. Trudno jest uwierzyć w coś, do czego samemu się nie doszło, trudno nawet zechcieć uwierzyć bo wszystko to wydaje się pięknymi, ale bezużytecznymi słowami.

 

Myślę, że podobnie jest z podejściem ludzi w trudnych, życiowych sytuacjach. Skoro los ich nie oszczędził, a jednak jakoś sobie radzą, to chyba musieli w końcu dojść do jakichś wniosków, które pomagają im zachować optymistyczne nastawienie, albo znaleźli pomoc decydując się uwierzyć, że w tych wszystkich "bajkach" o podejściu pozytywnym tkwi jednak ziarnko prawdy?

 

A teraz się kładę, "wyrzucili" mnie z pracy i kazali wziąć aspiryne i do łóżka ;) Jakieś grypsko grasuje, więc pozdrawiam podwójnie :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Koniec leżakowania - już po prostu nie wyrabiam :roll: Wracam do matmy a jutro do pracy, dzień w piżamie nienajlepiej na mnie wpływa.

 

Tak się jeszcze zastanawiałam nad tym co powiedziałeś o feng shui, starych kwiatach itp., głównie o tym, że to co na zewnątrz i to co wewnątrz wpływa na siebie wzajemnie. Rzeczywiście coś w tym jest. Kiedyś bałagan w mojej głowie nie pozwalał mi utrzymać porządku na zewnątrz, a teraz łapie się na tym, że to sprzątanie stało się niejako musem, tak jakby dopóki będzie porządek w pokoju, dopóty będzie i w środku, więc nie mogę pozwolić rzeczom wyjść spod kontroli. Ale to jest fajne :)

 

Aha, matematykę w sumie lubię, sama często lubię obrazować różne zależności na wykresach. Lubiłabym ją bardziej, gdybym nie miała takich zaległości ze szkoły średniej i trochę więcej przykładów mi wychodziło w praktyce ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Siła 'pozytywnego myślenia' tkwi w każdym z Nas - zbyt często tracimy głowę, popadamy w skrajności, podchodzimy do siebie samych zbyt poważnie, zbyt wiele oczekujemy ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zimbabwe - myślę że wszyscy mamy tendencję do wyolbrzymiania problemów, jeżeli zapomnimy, co tkwi u ich źródła. Jedni większą, inni mniejszą ale ogółem taka już chyba cecha człowieka ;)

 

A uważam, że największym problemem nerwicowców i nam/wam podobnych nie jest fakt, że mamy jakąś większą ilość zmartwień - myślę że statystycznie wychodzimy na średnią krajową ;) Wg mnie największym problemem jest to, że im człowiek wrażliwszy (a to dobra cecha mimo wszystko!), tym bardziej pozwala sobą zawładnąć tym problemom - w momencie gdy się pojawia jakiś nowy, to zamiast z nim normalnie po kumpelsku pogadać, dowiedzieć się co to za jeden i z jaką sprawą przyszedł uciekamy, bo myślimy że tak będzie łatwiej. A wcale nie jest - nazbiera się ich trochę i widzimy całą armię - a jakby tak podejść na spokojnie, do każdego z osobna, to okazało by się, że to same konie trojańskie są - a w środku pewnie małe, szare myszki, codziennie niepozałatwiane sprawy, niezasznurowane myśli.

 

Spokojnie i po kolei, do wszystkiego. Nie musimy przed niczym uciekać, to tkwi w środku, a od siebie i tak przecież nie uciekniemy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×