Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
needsomesleep

Nie wiem kim mam być

Rekomendowane odpowiedzi

Napisano (edytowane)

Tak więc nie wiem co mam ze sobą zrobić, nie mam siły i ochoty być kimś. Kim mam być? Czy to lenistwo czy naprawdę jestem tak wypalona? Coś robię, zajmuje sobie czas, jest ok i nie ok. Nie pracuje, jest renta.. Tkwie, utknełam i nie chce mi się żyć. Większość rzeczy sprawia że czuję potwierdzenie tego jak to wszystko jest skomplikowane i nie warte życia. Nienawidzę tego życia, jest takie bezowocne, i suche. Czuję się skazą, winą. Czuję niemoc, bezsilność strasznie silną, to co że walczę ale nic się nie zmienia. Bo moje ciało nie chce żyć. To jest chore... 

 

I co ja mam robić? Mogę obrać te drogi, 1. Być sługusem, za to będę mieć dach nad głową wiadomo materialne sprawy. 2. Sprawić by wszyscy mnie znienawidzili i iść się w końcu zabić. 

3. Cpać znów leki, które nie pomagały i trafiłam na szpitale przez nie plus taki by mnie mogły zabić pod pretekstem leczenia. 

4. Być pasozytem i zabawką czyjąś, np jakiegoś faceta co lubi mieć zabawki posłuszne. 

5. Nic, poczekać na zaproszenie od życia.

 

OK tak chore wybory. Nie chcę się uczyć, pracować, ja nic już nie chce wszystko mnie tak męczy, te życie mnie tylko dręczy. I nie chce tego życia, jest okropne, brzydkie, okrutne, zgniłe. Ble brzydzi mnie życie. Ukladajcie je sobie ile chcecie ja już nie chce, mam dość tej posranej walki o nic. O co, o to by mama była uśmiechnięta że ja też jestem? Ok, staram się nie smucić rodziny, ale nie umiem! Ja wszystkich zabijam i rozbawiam. Zależy, jestem pół potrzebna, i jestem polowicznie coś warta. 

 

Nie chce nikim być, dajcie mi spokój. Więc co mam ze sobą zrobić? Jak żyć gdy nie chcesz nic.. Jak coś chcieć? Oprócz głodu, oprócz snu, Oddawania stolca i moczu, ruchu, jakichś zajęć zajmujących dni codzienne, oprócz zwyklosci dnia codziennego nic nie chce. A nawet te podstawy wmusilam w siebie by regularnosc była, bo mówili że  to pomoże. Pomogło w tym że sprawiam mniej problemów i kłopotów. Zajmę się czymś i nie jęczę smutnych ckliwych tekstów, zjem sama i nie leżę odlogiem całe dnie, nie marnuje innym czasu by mnie karmili to duży plus. Dbam o siebie ile potrafię by nie być smierdzielem i nie niszczyć im życia. Jestem podstawą człowieka.. Ale nic więcej. Osiągnęłam to z trudem to mój wyczyn. Nauczyć się dnia codziennego. Duma mnie rozpiera tak że aż mam ochotę skasować swoją pamięć i siebie. 

 

 Mam dość ludzi... Nie wiem co robić, nie wiem, nie wiem. 

 

Raz coś chce planuje, już jest blisko i rezygnuje... Powalona jestem. 

Edytowane przez needsomesleep

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
8 minut temu, needsomesleep napisał:

 

OK tak chore wybory. Nie chcę się uczyć, pracować, ja nic już nie chce wszystko mnie tak męczy, te życie mnie tylko dręczy. I nie chce tego życia, jest okropne, brzydkie, okrutne, zgniłe. Ble brzydzi mnie życie. Ukladajcie je sobie ile chcecie ja już nie chce, mam dość tej posranej walki o nic. O co, o to by mama była uśmiechnięta że ja też jestem? Ok, staram się nie smucić rodziny, ale nie umiem! Ja wszystkich zabijam i rozbawiam. Zależy, jestem pół potrzebna, i jestem polowicznie coś warta. 

 

Jakbym czytała o sobie...

Nie doradzę ci nic mądrego, ponieważ sama tkwię w takiej patowej sytuacji. Ale wydaje mi się chyba, że wybór tak czy siak zależy od Ciebie i powinnaś wybrać mądrze tak, by sytuacja była przede wszystkim dla Ciebie komfortowa. Pomimo tego wszystkiego wierzę, że tli się w tobie jeszcze jakiś płomyk nadziei. I to jego właśnie powinnaś podsycać.

 

Kiedyś usłyszałam od pewnej osoby, że samobójcy podczas odbierania sobie życia kochają je bardziej niż kiedykolwiek... I coś w tym jest. Taka ironia losu. I pomimo, że rzygam życiem. Że jestem nim zmęczona i dzień w dzień umieram wewnątrz swojej głowy - kocham je.

Swą wypowiedź zakończę wypowiedzią Sylvii Plath która doskonale to wszystko opisuje: "Can you understand? Someone, somewhere, can you understand me a little, love me a little? For all my despair, for all my ideals, for all that - i love life. But it is hard, and i have so much - so very much to learn."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Godzinę temu, cynthia napisał:

 

Jakbym czytała o sobie...

Nie doradzę ci nic mądrego, ponieważ sama tkwię w takiej patowej sytuacji. Ale wydaje mi się chyba, że wybór tak czy siak zależy od Ciebie i powinnaś wybrać mądrze tak, by sytuacja była przede wszystkim dla Ciebie komfortowa. Pomimo tego wszystkiego wierzę, że tli się w tobie jeszcze jakiś płomyk nadziei. I to jego właśnie powinnaś podsycać.

 

Kiedyś usłyszałam od pewnej osoby, że samobójcy podczas odbierania sobie życia kochają je bardziej niż kiedykolwiek... I coś w tym jest. Taka ironia losu. I pomimo, że rzygam życiem. Że jestem nim zmęczona i dzień w dzień umieram wewnątrz swojej głowy - kocham je.

Swą wypowiedź zakończę wypowiedzią Sylvii Plath która doskonale to wszystko opisuje: "Can you understand? Someone, somewhere, can you understand me a little, love me a little? For all my despair, for all my ideals, for all that - i love life. But it is hard, and i have so much - so very much to learn."

 Dziękuję za odpowiedź, nie ma problemu. Bo ogólnie nie da się chyba nic na to zaradzić, jedyna opcja to jakoś żyć. Plomyk nadziei jest ale strasznie mnie denerwuje.. Ja, ja... Nienawidzę tego procesu który trzeba przebyć aby stwierdziło się że się "żyje". Piekny jest świat, sam fakt że coś żyje ale nie ja. Czasami nie wiem już co nawet czuć, bo czuję mętlik. Chciałabym czasem by ktoś mi wytłumaczył co ja właściwie czuje. 

 

Czemu to wszystko idzie z takim trudem. Ok, nie mam lęków. Jedyny lęk nie napadowy to taki ze umrę w nudny sposób lub ze umrę za późno, w złym momencie. Ciągle coś mnie trzyma, napędzam się by mieć sens do życia ale to... Nie to. I nie wiem co dalej. 

 

Jestem w Wielkiej kropce choć nic strasznego się nie dzieje, w sumie nie dzieje się nic i w tym sęk. 😐 ten sam, smutny smutek codziennie z chwilowym przerwami na ulgę, przelamywany bólem głowy od migreny. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
14 godzin temu, needsomesleep napisał:

Chciałabym czasem by ktoś mi wytłumaczył co ja właściwie czuje. 

Sama musisz sobie odpowiedzieć na to pytanie. Nikt ci w tym nie pomoże. Wybacz, że zapytam, ale cierpisz na borderline?

 

14 godzin temu, needsomesleep napisał:

edyny lęk nie napadowy to taki ze umrę w nudny sposób lub ze umrę za późno, w złym momencie.

Ja się panicznie boję śmierci innej niż samobójczej. Boję się utraty kontroli. Samobójstwo to przecież kontrola nad własnym życiem, czyż nie?

14 godzin temu, needsomesleep napisał:

Ciągle coś mnie trzyma, napędzam się by mieć sens do życia ale to... Nie to. I nie wiem co dalej. 

Ciężko z tym sensem życia. Leki go nie nadadzą. Jakoś samemu trzeba go nadać własnemu życiu. Jednak nie jestem do końca przekonana, czy coś takiego na dłuższą metę w ogóle istnieje? Kurczowo trzymanie się czegoś, by żyć, jest śmieszne. Dlaczego nauczyliśmy się wszyscy jak przeżyć, a nie umiemy po prostu żyć? Tak, o, żyć z dnia na dzień, bez zmartwień.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
19 godzin temu, cynthia napisał:

 

Nie umiem sama sobie odpowiedzieć często, bo potrafię czuć jednocześnie pełno sprzecznych emocji. Przez to nie wiem co ja już czuję, czego chce. To jest okropne. Więc staram się trzymać że przeważnie muszę chcieć, albo choćby spróbuję. Po spróbowaniu mam wrażenie że nie chciałam, myślę że dlatego że wszystko toczy się u mnie tak jakbym nie chciała. Więc jestem na złych torach i nie potrafię zmienić kursu, pedze na zabój dosłownie donikąd. 

 

 

Tak, samobójstwo to taka karta przetargowa, kontrola. Ja tam się nie obawiam aż tak śmierci, najgorsze z tym związane jest poczucie niespelnienia i umarcia jako pustak, nikt, nic. Może mam wrażenie tylko że jestem nic nie znaczącym pylkiem, niby jestem ok. Niby.. Jest ok. I jednak nie nie jest, coś nie łączy... Czuję się jak żart. 

 

Nie wiem czy mam borderline. Testy wykazują tylko głęboka depresję która niby się cofa stwierdzone u terapeuty, były zaburzenia lękowe, fobie społeczne kiedyś teraz mam wywalone na ludzi, ogólnie to mnie mdli jak patrzę na życie,. Poza tym sama stwierdzam jakieś zaburzenie prawdopodobnie osobowości, może coś pod schizofrenię, i myślę że częste stany derealizacji i depersonalizacji, nerwica natrectw (osobista więc nie napisze ale niszczy mi życie) mam ochotę być całe dnie w kajdankach. 

 

Nie wiem. Inni żyją zwykło może większość nawet byle jak, ale żyją. A ja mam z tym jakiś nienormalny problem. Póki się wszystkim i niczym zajmuje póki nie rozmyślań jest Oki. Tylko zaczve schodzić do reala, a nie daj boże ktoś spyta gdzie pracujesz, uczysz się, masz chłopaka itp to ja dosłownie się zawieszam. I znów mam błąd w systemie, i..? Bo ja bym chciała to wszystko mieć, lecz nie mam tych programów.. W sobie. Co za DURNOTA. CZYTAM siebie i niedwierzam że to ja piszę. 

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@needsomesleep piszesz o opcji zacpania się lekami, żeby nic nie czuć i jakoś funkcjonować, a  korzystasz z jakiejś terapii? Korzystalaś może? Bo chyba tego właśnie potrzebujesz, gruntownego przeanalizowania swoich emocji, swojej osoby, żeby siebie zrozumieć, zaakceptować i ostatecznie - pokochać. Wtedy powinnaś już wiedzieć kim chcesz być i jaka chcesz być - bo będziesz po prostu sobą. Być może potrzebujesz do tego jakiejś osoby, żeby Cię dobrze pokierowała, być może książki w temacie psychologii Ci pomogą (tacy psycholodzy-filozofowie jak Irvin Yalom albo Stephen Levine, ja sięgam po różne tytuły i są one dla mnie przełomowe), może medytacja ukierunkowana na zrozumienie siebie?

Ja mam podobny problem z poszukiwaniem sensu,  moje życie jest dla mnie kompletnie go pozbawione i jak to stwierdziła moja psychiatra, moje myśli samobójcze nie podpowiadają mi, że mam dość życia, ale że mam dość TAKIEGO życia. A muszę je zaakceptować. Nie da się go zmienić. Więc pojawiają się dalsze pytania - po co? po cholerę się męczyć? 

Ale każdemu pomaga co innego. Nie wiem co może pomóc Tobie, ale warto próbować.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
12 minut temu, Aurora88 napisał:

@needsomesleep piszesz o opcji zacpania się lekami, żeby nic nie czuć i jakoś funkcjonować, a  korzystasz z jakiejś terapii? Korzystalaś może? Bo chyba tego właśnie potrzebujesz, gruntownego przeanalizowania swoich emocji, swojej osoby, żeby siebie zrozumieć, zaakceptować i ostatecznie - pokochać. Wtedy powinnaś już wiedzieć kim chcesz być i jaka chcesz być - bo będziesz po prostu sobą. Być może potrzebujesz do tego jakiejś osoby, żeby Cię dobrze pokierowała, być może książki w temacie psychologii Ci pomogą (tacy psycholodzy-filozofowie jak Irvin Yalom albo Stephen Levine, ja sięgam po różne tytuły i są one dla mnie przełomowe), może medytacja ukierunkowana na zrozumienie siebie?

Ja mam podobny problem z poszukiwaniem sensu,  moje życie jest dla mnie kompletnie go pozbawione i jak to stwierdziła moja psychiatra, moje myśli samobójcze nie podpowiadają mi, że mam dość życia, ale że mam dość TAKIEGO życia. A muszę je zaakceptować. Nie da się go zmienić. Więc pojawiają się dalsze pytania - po co? po cholerę się męczyć? 

Ale każdemu pomaga co innego. Nie wiem co może pomóc Tobie, ale warto próbować.

Dziękuję, każda rada jest na wagę złota. Leki brałam 15 lat, naprawdę wiele uch było. Teraz mam zaburzenia pamieci, i bywa że nie pamiętam co robiłam wczoraj. Wszystko muszę zapisywać a i zapisać zapomnieć potrafię! 😜 przejrzę te tytuły. Filozoficzne treści do mnie trafiają, coś czasem czytałam. Mam ochotę na medytacje ale nie mam warunków. Tzn. Niby są, tylko w pewnych godzinach, i po umowie z innymi. Więc jest to nie komfortowe często.. Ale postaram się powalczyć o więcej ciszy. Bo nie mam własnego pokoju. Ojciec alkoholik, mama, siostra, pies na około 36m2. No ale nie mam prawa narzekać, bo nie pracuje. 

Fajnie by było znaleźć przewodnika jakiegoś duchowego czy jakiegoś po prostu... 

 

Chodzilam na różne terapię, ciągle nie mogłam się rozgoscic u nikogo. Wszyscy wydawali mi się nastawieni na forsę, bo były to prywatne sesje. A ja, tak się zacinam i wieszam że mi godzinę to zajmuje jakiekolwiek otwarcie się. Czemu terapia nie możne trwać 2h chociaż :p. Dla mnie to jest okej, mogę gadać o wszystkim i nic mi to chyba nie daje..? Może dlatego że nie przejmują się mną, nic nie radzą, tylko nakazuja, jak ktoś jest dla mnie zimny to nie czuję potrzeby rozwiązania problemu, to znaczy że zwyczajnie problem jest nie do rozwiązania, że ja jestem problemem. Nigdy nie analizowalismy niczego jakoś, czemu tak się czuję, skąd pochodzi to myślenie. Nie wiem źle trafiam? Chciałabym choćby udającego że się mną interesuje i fatyguje terapute, po to bym poczuła powiązanie i mogła w nim usadowic swoje życie. Układać je z nim/nią. Wiedząc że może udaje że zależy mu jej na polepszeniu razem ze mną mojego życia czułabym się bezpiecznie, a nie jak chodzące flaki z portfelem. Teraz zaś jestem u terapeuty NFZ, ale.. Tyle co rozmawiamy to ja więcej mówie. I dowiaduje się tyle że aż nic. Prawie go nic nie interesuje, pewnie to taki styl terapi że ja mogę gadać on słucha. Czasem ma dni że faktycznie mówi i mówi konkretnie co mogę uczynić i jest to ok. Deko mi pomógł nie ukrywam, lecz nadal nie tak jak można by było? Może za dużo wymagam. Muszę wymagać bo już mi się kończy czas. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@needsomesleep Ostatnio trafiłam na tak beznadziejnego terapeutę na NFZ, że widzę, że jest to możliwe. Myślę, że musisz jeszcze odnaleźć swojego, który Ci pomoże. Dobrze, że się nie poddajesz, że jesteś wytrwała. Chyba po prostu potrzebujesz zadbać o siebie, dać sobie trochę czasu. Jeśli w domu nie możesz być sama, to może spacer do lasu? Albo może posiedź w cichej bibliotece i poczytaj?

Co do książek, to ja mam wrażenie, że różne książki mi pomagały w rożnym czasie. Taka najbardziej znacząca to był '"Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odzyskać i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko", John Bradshaw. Ona mi pomogła zrozumieć lepiej innych ludzi i wybaczyć mamie. W książce są różne propozycje ćwiczeń, niektóre wykorzystałam (jak ułożenie bajki o swoim dzieciństwie) z innych nie (układanie medytacji).

Pisałam o medytacji, ponieważ dla niektórych pomocne jest zaangażowanie się w sferę taką jakby duchowną. Albo medytują, albo stają się religijni. To niekoniecznie opcja akurat dla mnie, ale takie osoby często znajdują sens życia, bo poświęcają je niekoniecznie sobie, ale innym.

Tak naprawdę tylko Ty jesteś odpowiedzialna za to, jak pokierujesz swoim życiem i jak je sobie ułożysz. Dla niektórych to może być przerażające, ale jest to też w jakiś sposób wyzwalające, o ile jesteśmy na to gotowi. Mam nadzieję, że znajdziesz potrzebne Ci odpowiedzi 🙂 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 10.09.2019 o 11:12, Aurora88 napisał:

@needsomesleep Ostatnio trafiłam na tak beznadziejnego terapeutę na NFZ, że widzę, że jest to możliwe. Myślę, że musisz jeszcze odnaleźć swojego, który Ci pomoże. Dobrze, że się nie poddajesz, że jesteś wytrwała. Chyba po prostu potrzebujesz zadbać o siebie, dać sobie trochę czasu. Jeśli w domu nie możesz być sama, to może spacer do lasu? Albo może posiedź w cichej bibliotece i poczytaj?

Co do książek, to ja mam wrażenie, że różne książki mi pomagały w rożnym czasie. Taka najbardziej znacząca to był '"Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odzyskać i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko", John Bradshaw. Ona mi pomogła zrozumieć lepiej innych ludzi i wybaczyć mamie. W książce są różne propozycje ćwiczeń, niektóre wykorzystałam (jak ułożenie bajki o swoim dzieciństwie) z innych nie (układanie medytacji).

Pisałam o medytacji, ponieważ dla niektórych pomocne jest zaangażowanie się w sferę taką jakby duchowną. Albo medytują, albo stają się religijni. To niekoniecznie opcja akurat dla mnie, ale takie osoby często znajdują sens życia, bo poświęcają je niekoniecznie sobie, ale innym.

Tak naprawdę tylko Ty jesteś odpowiedzialna za to, jak pokierujesz swoim życiem i jak je sobie ułożysz. Dla niektórych to może być przerażające, ale jest to też w jakiś sposób wyzwalające, o ile jesteśmy na to gotowi. Mam nadzieję, że znajdziesz potrzebne Ci odpowiedzi 🙂 

Dziękuję, myślę że duchowe podejście bardziej mi leży. Na pewno skorzystam z tytułów. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jakkolwiek to nie zabrzmi, zaufaj przeznaczeniu. Ono wie najlepiej co ma Ci zaserwować w jakim momencie.

 

Wszystko to, co się dzieje w Twoim życiu (czyli nic - z tego co piszesz) ma się dziać. To że Twoje życie wygląda tak jak wygląda, ma swoje powody, jeżeli by ich nie miało, toczyło by się inaczej.

 

Za jakiś czas, może krotszy, może dłuższy, pojawią się w Twoim życiu takie okoliczności, taki kontekst, który da Ci możliwość zmiany.

 

To nie będzie wyglądało tak, że będziesz leżeć na łóżku i czekać aż samo się wszystko po układa, tylko poprostu wpadniesz na pewien pomysł, poczujesz pewien impuls który Cię popchnie do zrobienia czegoś, co wprowadzi zmianę do Twojego życia  - to że teraz go nie ma, to znaczy że ma go teraz nie być, zaakceptuj to.

 

To że zalozyłaś ten wątek, akurat w tym momencie swojego życia, to że ja z nudów na niego wszedłem, i napisałem tego posta, który być może natchnie Cię do głębszego rozwoju duchowego lub chociażby zmieni Twoje postrzeganie, myślisz że to losowy splot okoliczności, przypadek?

Niema czegoś takiego jak przypadek, przypadek to iluzja stworzona przez człowieka żeby mógł sobie zracjonalizowac spójny zbieg różnych wydarzeń, które z pewnych przyczyn się zazębiły.

 

Im szybciej ogarniesz to co wyżej napisałem, tym lepiej dla Ciebie, zaakceptuj wszystko, co dotąd stało się w Twoim życiu i to jak ono wygląda, jak przepracujesz w sobie całą flustracje i się jej pozbedziesz, poczujesz blogi spokój, jak zaczniesz być spokojna to zaczniesz dostrzegać więcej, słyszeć i czuć, wtedy wejdziesz na taką częstotliwość odbierania, że nowe okolicznosci, możliwości i konteksty zaczną się "same pojawiać".

 

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowane)

Koleżanka wyżej napisała że wszystko zależy od Ciebie, i to od Ciebie zależy jak pokierujesz swoim życiem. Brzmi to niezwykle budująco że aż zagrzewa do boju, ale niestety, albo i stety tak nie jest.

 

Jeżeli wszystko by zależało odemnie to nie popadal bym w 16 miesięczny epizod depresyjny kilka lat temu. Jeżeli wszystko by zależało od Ciebie, to nie serwowala bys sobie takiego życia jakie masz, no chyba że z premedytacją i pełną świadomą wolą zamknełas się w pokoju i zamieniłaś się w warzywko, tak wiesz, dla frajdy żeby poczuć się jak wyschnięta pietruszka.

 

Tak naprawdę nie wiem czy jest coś, na co realnie mamy jakikolwiek wpływ. Śmiem wątpić czy nawet wybór koloru sukienki w pełni zależy od nas, chciał bym żeby podobała mi się Zielona, ale co mam poradzić na to że podoba mi się czerwona? 

Nie masz wpływu na to że smakuje Ci pomidorowa, a ogórkowa już nie.  - wszystko jest zaprogramowane. Jak to zrozumiesz i dogłębnie zainstalujesz w swojej świadomości,  staniesz się czysta i wolna,  wolna od frustracji, zazdrości, bezsilności, i rozczeń

Edytowane przez BELFEGOR

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 8.09.2019 o 19:06, needsomesleep napisał:

Chodzilam na różne terapię, ciągle nie mogłam się rozgoscic u nikogo. Wszyscy wydawali mi się nastawieni na forsę, bo były to prywatne sesje. A ja, tak się zacinam i wieszam że mi godzinę to zajmuje jakiekolwiek otwarcie się. Czemu terapia nie możne trwać 2h chociaż 😛

 

Może dobra dla Ciebie byłaby terapia na oddziale dziennym?

Ma dużo zalet, jest darmowa, wyrywa z izolacji, można poznać przyjaciół, są zróżnicowane zajęcia, które dają różne doświadczenia i inspiracje, jest dużo czasu, aby się otworzyć.

W dniu 8.09.2019 o 19:06, needsomesleep napisał:

Ojciec alkoholik, mama, siostra, pies na około 36m2. No ale nie mam prawa narzekać, bo nie pracuje.  

 

Podstawowym Twoim celem powinno być, żebyś się wyrwała z tego domu, wyprowadziła. Inaczej nie będzie dobrze. Musisz zawalczyć o siebie i warto wziąć byle jaką pracę, żeby to zrobić. Może są jakieś fundacje, schroniska, pokoje dla ludzi z trudnych domów, może jakieś mieszkanie za opiekę nad kimś, cokolwiek.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 godziny temu, refren napisał:

 

Może dobra dla Ciebie byłaby terapia na oddziale dziennym?

Ma dużo zalet, jest darmowa, wyrywa z izolacji, można poznać przyjaciół, są zróżnicowane zajęcia, które dają różne doświadczenia i inspiracje, jest dużo czasu, aby się otworzyć.

 

Podstawowym Twoim celem powinno być, żebyś się wyrwała z tego domu, wyprowadziła. Inaczej nie będzie dobrze. Musisz zawalczyć o siebie i warto wziąć byle jaką pracę, żeby to zrobić. Może są jakieś fundacje, schroniska, pokoje dla ludzi z trudnych domów, może jakieś mieszkanie za opiekę nad kimś, cokolwiek.

Na razie jestem w kropce.  Dużo jest opcji, ale każda z nich dla kogoś ktoś ma wolę walki 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

 

Rozumiem, ale z drugiej strony ciężko mieć siłę do walki, jeśli toksyczna atmosfera ciągle pochłania Twoją energię. Dobrze chociaż, żebyś jak najczęściej wychodziła gdzieś z domu.

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nawet zwykłe wyjście po schab,pomaga.Mi pomaga.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×