Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Lilith

Poezja

Rekomendowane odpowiedzi

Chciałabym, żeby umieszczać tutaj poezję, którą lubicie, której czytanie sprawia Wam radość bądź wprawia w zadumę, zachęca do refleksji ;) 

Ja zacznę od Tuwima.

Karta z dziejów ludzkości

Spotkali się w święto o piątej przed kinem
Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.

Tutejsza idiotko! - rzekł kretyn miejscowy -
Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

Miejscowa kretynka odrzekła - Z ochotą,
Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.

Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
I poszedł do kina z tutejsza idiotką.

Na miłym macaniu spłynęła godzinka
I była szczęśliwa miejscowa kretynka.

Aż wreszcie szepnęła: - kretynie tutejszy!
Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.

Więc poszli na sznycel, na melbe, na winko,
Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.

Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.

W ten sposób dorobią się córki lub syna:
Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.

By znowu się mogli spotykać przed kinem
Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.

Wiosna (Dytyramb)

Gro­ma­dę dziś się po­chwa­li,
Po­chwa­li się zbie­go­wi­sko
I mia­sto.
Na ryn­kach się sto­sy za­pa­li
I buch­nie wiel­kie ogni­sko,
I tłum na uli­cę wy­le­gnie
Z ką­tów wy­peł­znie, z nor wy­bie­gnie
Świę­to­wać wio­snę w mie­ście,
Świę­to­wać jur­ne świę­to.
I Cie­bie się po­chwa­li,
Brzu­chu w bio­drach sze­ro­kich,
Nie­wia­sto! 

Za­chy­bo­ta­ło! -- Buch­nę­ło - i pły­nie - 
Szu­ra­ją nóż­ki, ko­ły­szą się bio­dra,
Gwar, gwar, gwar, chi­cho­ty,
Gwar, gwar, gwar, pi­ski,
Wy­glan­co­wa­ne dow­cip­ku­ją py­ski,
Wy­le­gło mi­liard pstro­ka­tej ho­ło­ty,
Szu­ra­ją nóż­ki, ko­ły­szą się bio­dra,
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,
Suną ty­sią­ce roz­wy­drzo­nych par,
- A da­lej! A da­lej! A da­lej!
W ciem­ne zie­leń­ce, do alej,
Na ław­ce, psie­kr­wie, na traw­ce,
Na­rób­cie Pol­sce ba­cho­rów,
Wij­cie się, psie­kr­wie, wij­cie,
W szyn­kach na­roż­nych pij­cie,
Roz­rzuć­cie wię­cej "ka­wa­ler­skich cho­rób"!
A!! będą póź­niej ze wsty­du się wiły
Dziew­ki fa­brycz­ne, brzu­cha­te ko­by­ły,
Krzy­wych pę­dra­ków srom­ne no­si­ciel­ki!
Gwałć­cie! Po­le­ci każ­da na ko­la­cję!
Na ko­lo­ro­we wa­sze ka­mi­zel­ki,
Na pa­pie­ro­we wa­sze koł­nie­rzy­ki!
Tłu­mie, bądź dzi­ki!
Tłu­mie! Ty masz RACJĘ!!! 

O, ty zbrod­nia­rzu cu­dow­ny i pro­sty,
Ele­men­tar­ny, pier­wot­nie wspa­nia­ły!
Ty gno­ju mia­sta ty­ta­nicz­nej kro­sty,
Tłu­mie, o Tłu­mie, Tłu­mie roz­sza­la­ły!
Fa­luj, strasz­li­wa maso, po uli­cach,
Wra­caj od rogu, śmiej się, wa­riuj, sza­lej!
Cia­sno ci w zwar­tych, twar­dych ka­mie­ni­cach,
Przyj! Może pęk­ną - i pój­dzie­cie da­lej! 

Po­wie­trza! Z swych za­tę­chłych i nud­nych fa­cja­tek
Wy­legł po­twór po­rub­czy! Hej, czter­na­sto­lat­ki,
Bę­dzie dziś z was ko­ro­wód za­sro­ma­nych ma­tek,
Kwiat­ki moje nie­win­ne! Ja­sne moje dziat­ki! 

Bę­dzie dziś świę­to wa­sze i za­brzę­czą szklan­ki,
Ze wsty­dem po­wró­ci­cie, ro­dzi­ce was skar­cą!
Wyj­dzie­cie dziś na rogi ulic, o ko­chan­ki,
Sprze­da­wać się ob­le­śnym, trzę­są­cym się star­com! 

Hej w dryn­dy! Do ho­te­lów! Na wie­deń­ski szny­cel!
Na piw­ko, na ko­nia­czek, na ka­nap­kę mięk­ką!
Uśmiech­nie się, dziew­cząt­ka, kel­ner wasz, jak szpi­cel,
Nie­jed­na taką wi­dział, nie­jed­na ser­deń­ko... 

A kie­dy cię obej­mą śli­skie, drżą­ce łapy
I mło­dej pier­si chci­wie, szyb­ko szu­kać za­czną, 
Gdy ro­ze­dmą się w żą­dzy noz­drza, tłu­ste chra­py,
Gdy ci kto po­cznie szep­tać po­ku­sę łaj­dacz­ną - 

- Po­zwól!!! Prze­raź go sobą, ty grze­chu, ko­bie­to!
Ro­dzi­ciel­ko wspa­nia­ła! Sa­mi­co na­brzę­kła!
Olśnij go wy­uz­da­niem jak zło­tą ra­kie­tą!
"Nie w sty­lu" bę­dziesz - trwoż­na, wsty­dli­wa, wy­lę­kła... 

Wio­sna!!! Patrz, co się dzie­je! Toć jesz­cze za chwi­lę
I rzu­ci się tłum cały w rui na uli­cę!
Zoś­ki ze szwal­ni i pral­ni, "Igna­cze", Ka­mi­le!
I po­czną sobą sam­ców czę­sto­wać sa­mi­ce! 

Wio­sna!!! Haj­da - pęcz­niej­cie! Truj­cie się ze sro­mu!
Do szpi­ta­li gro­mad­nie, tłusz­czo roz­wy­drzo­na!
Do klo­ak swe ba­strzę­ta ci­skaj po kry­jo­mu,
I zno­wu na uli­cę, w jej chwyt­ne ra­mio­na!!! 

Jesz­cze! Jesz­cze! I jesz­cze! Za­chłan­nie! Bez­kre­śnie!
Rodź­cie, a jak naj­wię­cej! Trze­ba mia­sto si­lić!
Wy­ry­waj­cie ba­cho­rom ję­zy­ki bo­le­śnie,
By, gdy je w dół wrzu­ci­cie nie mo­gły już kwi­lić! 

Wszyst­ko - wa­sze! Bio­dra­mi śmi­gaj­cie, uda­mi!
Niech idzie tan lu­bież­nych pod­nie­ceń! Nie szko­dzi!
- Och, sła­wię ja cię, tłu­mie, wznio­sły­mi sło­wa­mi
I cie­bie, Wio­sno, za to, że się zbrod­niarz pło­dzi!

Całujta mnie w dupę

Apsz­ty­fi­kan­ci gru­bej Ber­ty
I ka­to­wic­kie wę­glo­ko­py,
I bo­ry­sław­skie naf­to­wier­ty,
I lo­dzer­men­sche, by­cze chło­py,
War­szaw­skie bub­ki, ży­go­la­ki
Z szaj­ką wy­twor­nych pind na kupę,
Rę­baj­ły, fran­ty, za­bi­ja­ki,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę.

Izra­elic­cy dok­tor­ko­wie,
Wid­nia, ży­dow­skiej Mek­ki, flan­ce,
Co w Boch­ni, Stry­ju i Kra­ko­wie
Sze­rzy­cie kul­tu­ral­ną fran­cę!
Któ­rzy chli­pie­cie z Naje Fra­je
Swą in­te­lek­tu­al­ną zupę,
Mą­dra­le, oczy­ta­ne faje,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę.

Item aryj­skie rze­czo­znaw­ce,
Wy­pier­dy ger­mań­skie­go du­cha
(Gdy swo­ją krew i wa­szą spraw­dzę,
Wierz­cie mi, jed­na bę­dzie ju­cha),
Kar­ne pę­ta­ki i sztur­mow­cy,
Zu­chy z Ma­ka­bi czy z Owu­pe,
I re­kor­dzi­ści i spor­tow­cy,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę.

So­cja­ły nud­ne i po­nu­re,
Pe­de­ki, neo­ka­to­li­ki,
Pod­ska­ki­wa­cze pod kul­tu­rę,
Czci­cie­le ra­dia i fi­zy­ki,
Uczo­ne mał­py, ści­sło­wie­dy,
Co oglą­da­cie świat przez lupę
I wszyst­ko wie­cie: co, jak, kie­dy,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę.

Item ów bel­fer szko­ły żeń­skiej,
Co dużo chciał­by, a nie może,
Item pro­fe­sor Cy... wi­leń­ski
(Pan wie już za co, pro­fe­so­rze!)
I ty za mło­du nie­do­rż­nię­ta
Me­gie­ro, co masz taki tu­pet,
Że szczu­jesz na mnie swe szcze­nię­ta,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę.

Item Sy­jont­ki pa­le­styń­skie,
Ha­lu­ce, co le­je­cie tkli­wie
Sta­ro­za­kon­ne łzy kre­tyń­skie,
Że szu­mią jo­dły w Tel-Avi­vie,
I wszech­sło­wiań­scy ma­rzy­cie­le
Ze­bra­ni w ma­low­ni­czą tru­pę,
Z byle mi­stycz­nym kpem na cze­le,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę.

I ty for­tun­ny skur­wy­sy­nu,
Gów­nia­rzu uper­fu­mo­wa­ny,
Co splen­dor oraz sple­en Lon­dy­nu
No­sisz na gę­bie za­ka­za­nej,
I ty, co miesz­kasz dziś w pa­ła­cu,
A srać cho­dzi­łeś pod cha­łu­pę,
Ty, wy­pa­sio­ny na Ika­cu,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę.

Item glę­dzia­rze i baj­du­ry,
Cią­gną­cy z nie­ba gru­bą ren­tę,
O, ła­pi­du­chy z Ja­snej Góry,
Z Góry Kal­wa­rii par­chy świę­te,
I ty, księ­żu­niu, co ku­ta­sa
Za­wią­za­ne­go masz na su­peł,
Żeby ci cza­sem nie po­ha­sał,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę.

I wy, o któ­rych za­po­mnia­łem,
Lub po­mi­ną­łem was przez li­tość,
Albo dla­te­go, że się ba­łem,
Albo, że taka was ob­fi­tość,
I ty, cen­zo­rze, co za wiersz ten
Za­pew­ne ska­rzesz mnie na ciu­pę,
Iżem się stał świń­tu­chów hersz­tem,
Ca­łuj­cie mnie wszy­scy w dupę!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przesłanie do nadwrażliwych - Kazimierz Dąbrowski

    • Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
      za waszą czułość w nieczułości świata
      za niepewność wśród jego pewności

      Bądźcie pozdrowieni
      za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych

      Bądźcie pozdrowieni
      za to, że odczuwacie niepokój świata
      jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie

      Bądźcie pozdrowieni
      za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
      za wasz lęk przed bezsensem istnienia

      Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie

      Bądźcie pozdrowieni
      za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
      i praktyczność w nieznanym
      za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego

      Bądźcie pozdrowieni
      za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
      za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami

      Bądźcie pozdrowieni
      za waszą twórczość i ekstazę
      za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno

      Bądźcie pozdrowieni
      za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
      za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
      nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was

      Bądźcie pozdrowieni
      za to, że jesteście leczeni
      zamiast leczyć innych

      Bądźcie pozdrowieni
      za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
      przez siłę brutalną i zwierzęcą

      za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego

      za samotność i niezwykłość waszych dróg

      bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

"Wiedza" Bolesław Leśmian

Byłem przed chwilą w bezkresie!
Dzień się potykał z mym ciałem...
To ja tak złocę się w lesie...
Wiedziałem o czymś, wiedziałem!...

Lecz motyl mignął szkarłatnie
Pomiędzy mną a modrzewiem...
Sny moje, sny przedostatnie!...
Już znikły! Znowu nic nie wiem...

Pobiegnę w chabry niezdane,
W kąkolu całą dal zmieszczę!
I przyjdę i zmartwychwstanę -
I będę wiedział raz jeszcze!...

"Notes" Antoni Słonimski

Znalazłem w starym notesie
Numery telefonów
Umarłych przyjaciół,
Adresy spalonych domów.
Cyfry nakręcam. Czekam.
Telefon dzwoni.
Ktoś podnosi słuchawkę.
Cisza. Oddech słyszę,
A może szept ognia.

Stanisław Korab-Brzozowski "Nadchodzi noc..."

Nadchodzi noc; słońce strwożone ucieka
I broczy krwią.
Promienie jego najkrwawsze
Przez oczy
W mózgu mojego głąb
Zapadły.
Już przyszła noc. Ciemności najtwardsze wieka
Spadły na oczy:
Strwożony wstecz zwracam wzrok -
W mózgu mojego głąb -
I widzę, jak w mojej krwi
Skąpane słońca promienie
- Najkrwawsze -
Goreją w żar i blask,
Przed którym noc pierzcha
Na zawsze!

Władysław Broniewski "Robotnik z Radomia"

Nie wiem, co to po­ezja,
nie wiem, po co i na co,
wiem, że cza­sa­mi lu­dzie
czy­ta­ją wier­sze i pła­czą.

a po­tem sami pi­szą,
mo­zol­nie i nie­udol­nie,
by od dła­wią­cej ci­szy
łka­ją­ce ser­ce uwol­nić.

A kie­dy syn­ka stra­cił
pe­wien ro­bo­ciarz z Ra­do­mia,
o wier­szu po­my­ślał z pła­czem
i list na­pi­sał do mnie:

"Chłop­czyk był ślicz­ny jak róża,
do­bre, ko­cha­ne dziec­ko...
Wier­szyk niech bę­dzie nie­du­ży,
nie re­li­gij­ny-świec­ki..."

Nie wiem, co to po­ezja,
jest w niej coś z la­ski Moj­że­sza:
stru­mień do­bę­dzie ze ska­ły,
umie za­bi­jać i wskrze­szać.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska "Samobójca"

Skoczył w morze ciemne i mordercze.
Ześliznął się po taflach cienia.
Miał ciężkie serce.
Nie musiał przywiązywać kamienia.

Z głębi wody ukłonił się światu.
Minął sepie, piękną i szkaradną.
I spoczął na dnie wśród kwiatów.
Z takim sercem idzie się
na dno.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
PASTERZ
Był sobie pasterz samotny wśród świata,
Nie znał co radość, co wzajemne serce,
Bo choć miłością gorzał ku pasterce
Tysiąc udręczeń pierś jego przygniata.
Nie płacze, choć się krwawią jego rany,
Ani się skarży na śmiertelne bóle,
Kiedy mu w sercu i pali, i kole,
Płacze, bo od niej czuł się zapomniany.
A tak, gdy o nim wcale nie pamięta
Piękna pasterka, znosi te męczarnie,
Wśród obcych deptać daje się bezkarnie,
Takie nań miłość nałożyła pęta.
Biedny ja! – woła – biedny z tej przyczyny,
Że moją miłość zdeptała tak dumnie,
Że szczęścia ze mną nie chciała, ni u mnie,
Miłość mnie karze i dręczy bez winy!
Po długich mękach, na krzyż wbity w ziemię
Wspiął się i w krzyża otwarte ramiona
Kładąc się pasterz – głowę zwiesił, kona!
Lecz z sobą uniósł tej miłości brzemię.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 5.03.2019 o 14:02, Lilith napisał:

Całujta mnie w dupę

@Lilith Swojego czasu ta piosenka to był mój hymn :D

To ja dorzucę mojego kochanego Kaczmara ;)

Ja 1.11.1990

Nie jestem piękny, a przyciągam wzrok,
Cieszy mnie wstręt w tworzących mnie spojrzeniach;
Sprytu nauczył mnie ułomny krok,
Co krok normalny w powód wstydu zmienia.
Wiem, że nawiedzam przyzwoite sny;
Bóg mnie spartaczył, jam wyrzut sumienia;
Dlatego wpełzam w dostojne zgromadzenia,
Gdzie racją bytu jest bezkarne - my!
A ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.
 
W karczmie tak siadam, by mnie widzieć mógł
Każdy obżartuch najzdrowszy i pijak;
To, co mi Bóg dał zamiast zwykłych nóg
Wokół półmiska bezwstydnie owijam.
Tym, co mam w miejsce rąk, odpędzam psy
Węszące łatwy łup w chromego strawie
I traci nastrój biesiadników gawiedź,
Co śpiewa przy mnie swoje śmieszne - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.
 
Mam pod Ratuszem stałe miejsce, gdzie
Swój tors niezwykły wystawiam na pokaz:
Pomnik wyjątku, drżę z rozkoszy, że
Żadnego z radnych nie przepuszczę oka.
Gdy się dębowe już zatrzasną drzwi,
By przebieg obrad skryć przed losem plebsu
Wiem, że zdołałem trochę nastrój zepsuć
Tym, co tak godnie mówią, myśląc - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.
 
W farze na najświetlistszą włażę z ław,
Gdzie przed ołtarzem tęcza lśni z witraży,
By, kiedy wierni proszą - Boże zbaw! -
Móc Mu pokazać, co z mej zrobił twarzy.
Więc patrzą na mnie, chociaż kapłan grzmi
Żeśmy jedynie niepoprawnym stadem,
Bom namacalnym przecież jest przykładem,
Że jest nieprawdą ich chóralne - my!
Bo ja na złość im - nie należę.
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja, ja, ja.
 
Nie jestem sam. Odmiennych nas jest w bród!
Wciąż otorbionych wstrętem i respektem.
Bóg dał z kalectwem pokusę nam - i głód,
By się związać w pokręconych sektę.
Partia Potworków! Rząd zatrutej krwi!
Ach, cóż za ulga - unormalnić skazy!
Nakaz szacunku, a nie gest odrazy,
Wystarczy - ja! ja! ja! - zmienić w - my!!
Nie, nie chcę wpływać i należeć!
I tak beze mnie - o mnie - gra.
Jednego nikt mi nie odbierze:
Ja jestem ja! ja! ja!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Sylvia Plath "Godziny nad ranem"

Pusta, rozbrzmiewam echem za każdym krokiem,
Jak muzeum bez posągów
o wspaniałych filarach, portykach, rotundach.
Na mym podwórzu wytryska i opada z powrotem fontanna
O sercu mniszki, obojętna na świat. Marmurowe lilie
Rozsiewają swą bladość jak zapach.

Wyobrażam sobie, że wobec tłumów jestem
Matką białej Nike i licznych Apollów o ślepych oczach .
Zamiast tego umarli ranią mnie łaskawością i nic się nie zdarza.
Księżyc kładzie dłoń na mym czole,
Blady i niemy jak piastunka.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Marcin Świetlicki "Króciutka pijacka piosenka"

Post się gryzie z karnawałem.
Miałem umrzeć, nie umiałem.
Miałem umrzeć, nie zdążyłem.
Miałem umrzeć, nie trafiłem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

„O Polsko! jeśli ty masz zostać młodą
I taką jak ta być, co dzisiaj żyje,
I być ochrzczona tą przeklętą wodą,
Któréj pies nie chce, wąż nawet nie pije;

Jeśli masz z twoją rycerską urodą
Iść między ludy jak wąż, co się wije;
Jeśli masz zrównać się z podstępnym Włochem:
Zostań, czym jesteś – ludzi wielkich prochem!

Ale to próżna dla ciebie przestroga!
Ciebie anieli niebiescy ostrzegą
O każdéj czarze – czy to w niéj przez wroga,
Czyli przez węża i pająka swego
Wlane są jady. – Jesteś córką Boga
I siostrą jesteś Ukrzyżowanego.
Ciebie się żadna trucizna nie imie;
Krzyż twym papieżem jest – twa zguba w Rzymie!

Tam są legiony zjadliwe robactwa:
Czy będziesz czekać, aż twój łańcuch zjedzą?
Czy ty rozwiniesz twoje mściwe bractwa,
Czekając na tych, co pod tronem siedzą
I krwią handlują, i duszą biedactwa,
I sami tylko o swym kłamstwie wiedzą,
I swym bezkrewnym wyszydzają palcem
Człeka, co nie jest trupem – lub padalcem.”

http://literat.ug.edu.pl/beniow/0001.htm

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
"Lady Lazarus" Sylvia Plath
tłumaczenie: Ewa Fiszer

Znów to zrobiłam
Co dziesięć lat
Udaje mi się -


Żywy cud, skóra lśni się
Jak hitlerowski abażur,
Prawa stopa

Przycisk,
Twarz bez rysów, żydowskie
Cienkie płótno.

Wrogu mój
Zedrzyj sobie ze mnie ręcznik.
Czyżbym wzbudzała strach?

Nos, oczodoły, zębów pełny garnitur?
Jutro
Nie będzie mi już czuć z ust.

Wkrótce, wkrótce
Ciało, które żarła czarna jama
Poczuje się na mnie jak w domu,

Uśmiechnę się jak dama.
Mam niespełna trzydzieści lat.
I jak kot muszę umrzeć dziewięć razy.

To był Trzeci Raz.
Co za bezsens
Unicestwiać tak każdą dekadę.

Milion włókien.
Pogryzając fistaszki tłum
Pcha się, by

Patrzeć jak mnie odwijają starannie.
Strip - tease monstr.
Panowie, panie

Oto moje ręce
Moje uda. Tak
Może i zostały ze mnie tylko skóra i kości,

Niemniej jestem tą samą kobietą.
Pierwszy raz miałam dziesięć lat.
Był to wypadek.

Za drugim razem
Chciałam wytrwać po kres i już nie wrócić.
Kołysałam się

Zamknięta w sobie jak muszla.
Musieli wołać i wołać.
Wygrzebywać ze mnie robaki jak lepkie perły.

Umieranie
Jest sztuką tak jak wszystko.
Jestem w niej mistrzem.

Umiem robić to tak, że boli
Że wydaje się diablo rzeczywiste.
Można by to nazwać powołaniem.

Dosyć łatwo jest to zrobić w celi.
Dosyć łatwo jest to zrobić i w tym trwać.
To teatralny

Powrót w dzień
Na to samo miejsce i w tę samą twarz, by usłyszeć
ten sam krzyk:

"Cud"!
Jakby mi dano w pysk.
Proszę płacić,

Za oglądanie moich blizn proszę płacić
I za słuchanie serca -
Ono znów stuka w ciszy.

Proszę płacić, drogo płacić
Za każde słowo i dotyk
Lub kroplę krwi,

Za włosów kosmy, strzęp ubrania.
Tak, tak Herr Doktor.
Tak, tak Herr Wróg.

Jestem pańskim dziełem.
Pańską chlubą.
Dziecięciem ze szczerego złota,

Które roztapia byle krzyk.
Miotam się jak opętana.
Proszę nie myśleć, że nie doceniam pańskich starań.

Popiół, popiół -
Pan go rozgrzebuje, ogląda.
Ciała i kości już nie ma -

Mydło,
Ślubna obrączka,
Złota plomba,

Herr Got, Herr Lucyfer,
Strzeżcie się
Strzeżcie.

Z popiołu
Wstanę płomiennowłosa
By połknąć mężczyzn jak powietrze.


23-29 październik 1962 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bolesław Leśmian

W malinowym chruśniaku

 

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem

Zapodziani po głowy, przez długie godziny

Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.

Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

 

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,

Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,

Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,

I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,

 

A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,

Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni

Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty

Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie

 

Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,

I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,

Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,

Porwałem twoje dłonie — oddałaś w skupieniu,

 

A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

**********

Śledzą nas… Okradają z ścieżek i ustroni,

Z trudem przez nas wykrytych. Gniew nasz w słońcu pała!

Spieszno nam do łez szczęścia, do tchów naszych woni,

 

Chcemy pieszczot próbować, poznawać swe ciała.

Więc na przekór przeszkodom źrenicą bezradną

Chłoniemy się nawzajem, niby dwa bezdroża,

A, gdy powiek znużonych kotary opadną,

Czujemy, żeśmy wyszli z uścisków i z łoża.

 

Nikt tak nigdy nie patrzał, nie bywał tak blady,

I nikt do dna rozkoszy ciałem tak nie dotarł,

I nie nurzał swych pieszczot bezdomnej gromady

W takim łożu, pod strażą takich czujnych kotar!

**********

 

Taka cisza w ogrodzie, że się jej nie oprze

Żaden szelest, co chętnie taje w niej i ginie.

Czerwieniata wiewiórka skacze po sośninie,

Żółty motyl się chwieje na złotawym koprze.

Z własnej woli, ze śpiewnym u celu łoskotem

 

Z jabłoni na murawę spada jabłko białe,

Łamiąc w drodze kolejno gałęzie spróchniałe,

Co w ślad za nim — spóźnione — opadają potem.

Chwytasz owoc, zanurzasz w nim zęby na zwiady

I podajesz mym ustom z miłosnym pośpiechem,

 

A ja gryzę i chłonę twoich zębów ślady,

Zębów, które niezwłocznie odsłaniasz ze śmiechem.

**********

Hasło nasze ma dla nas swe dzieje tajemne:

Lampa, gdy noc już zdąży świat mrokiem owionąć,

 

Winna zgasnąć w tej szybie, a w tamtej zapłonąć.

Na znak ten oddech tracę. Już schody są ciemne.

Czekasz z dłonią na klamce i, gdy drzwi otwiera,

Tulę tę dłoń, co jeszcze ma chłód klamki w sobie,

A ty w zamian przyciskasz moje ręce obie

 

Do serca, które zawsze u drzwi obumiera.

Wchodzę ciszkiem, jak gdyby krok każdy knuł zbrodnię,

Między sprzęty, co dla mnie są sprzętami czarów.

Sama ścielesz swe łóżko według swych zamiarów,

By szczęściu i pieszczotom było w nim wygodnie.

 

I zazwyczaj dopóty milczymy oboje,

Dopóki nie dopełnisz podjętego trudu.

Ileż w dłoniach twych pieczy, miłości i cudu!

Kocham je, kocham za to, że piękne, że twoje.

**********

 

Zazdrość moja bezsilnie po łożu się miota:

Kto całował twe piersi, jak ja, po kryjomu?

Czy jest wśród twoich pieszczot choć jedna pieszczota,

Której, prócz mnie, nie dałaś nigdy i nikomu?

Gniewu mego łza twoja wówczas nie ostudzi!

 

Poniżam dumę ciała i uczuć przepychy,

A ty mi odpowiadasz, żem marny i lichy,

Podobny do tysiąca obrzydłych ci ludzi.

I wymykasz się naga. W przyległym pokoju

We własnym się po chwili zaprzepaszczasz łkaniu,

 

I wiem, że na skleconym bezładnie posłaniu

Leżysz, jak topielica na twardym dnie zdroju.

Biegnę tam. Łkania milkną. Cisza, niby w grobie.

Zwinięta, na kształt węża, z bólu i rozpaczy

Nie dajesz znaku życia — jeno konasz raczej,

 

Aż znienacka za dłoń mię pociągasz ku sobie.

Jakże łzami przemokłą, znużoną po walce

Dźwigam z nurtów pościeli w ramiona obłędne!

A nóg twych rozemknione pieszczotami palce

Jakże drogie mym ustom i jakże niezbędne!

 

**********

Z dłońmi tak splecionymi, jakbyś, klęcząc, spała,

W niedostępne mym oczom wpatrzona widzenie,

Płaczesz przez sen i wstrząsem wylękłego ciała

Błagasz o nagłą pomoc, o rychłe zbawienie.

 

Jeszcze płaczu niesytą do piersi cię tulę

A ty goisz się we mnie, niby lgnąca rana,

A ja płacz twój całuję, biodra i kolana

I ramię i zsuniętą z ramienia koszulę.

Lecz, karmiony ust twoich spłakanym oddechem,

 

Nie pytam o treść widzeń. Dopiero z porania

Zadaję ciemną nocą tłumione pytania.

Odpowiadasz bezładnie — ja słucham z uśmiechem.

**********

Wyszło z boru ślepawe, zjesieniałe zmrocze,

 

Spłodzone samo przez się w sennej bezzadumie.

Nieoswojone z niebem patrzy w podobłocze

I węszy świat, którego nie zna, nie rozumie.

Swym cielskiem kostropatym kąpie się w kałuży,

Co nęci, jak ożywczych jadów pełna misa,

 

Czołgliwymi mackami krew z kwiatów wysysa

I ciekliną swych mętów po ziemi się smuży.

Zwierzę, co trwać nie zdoła zbyt długo na świecie,

Bo wszystko wokół tchnieniem zatruwa i gasi,

Lecz, gdy ty białą dłonią głaszczesz je po grzbiecie,

 

Ono, mrucząc, do stóp twych korzy się i łasi.

**********

Czasami mojej ślepej posłuszny ochocie

Pragnę w tobie mieć czujną na byle skinienie

Sługę, co pieszczotami gasi me pragnienie,

 

A ty jesteś tak zmyślna i zwinna w pieszczocie!

Gdy twój warkocz, jak w słońcu wybujałe ziele,

Tchem rozwartych ogrodów mą duszę owionie,

Głowę twą, niby puchar, ujmuję w swe dłonie

I wargami w ślad dreszczu prowadzę po ciele.

 

I raduję się, śledząc tę wargę, jak zmierza

Do mej piersi kosmatej, widnej w niedomroczu,

W której marzę pierś w lesie ryczącego zwierza

I staram się, gdy pieścisz, nie tracić go z oczu.

**********

 

Ty pierwej mgły dosięgasz, ja za tobą w ślady

Zdążam, by się w tym samym zaprzepaścić lesie,

I, tropiąc twoją bladość, sam się staję blady,

I, zdybawszy twój bezkres, sam ginę w bezkresie.

A potem wzieram w oczy, by zgadnąć, czy dość ci

 

Omdlenia, co się nogom udziela, jak szczęście,

I twe dłonie, jak w pąki, mnę w zdrobniałe pięście,

By się w nich docałować twych chrząstek i kości.

A one wypukleją na dłoni przegibie,

Niby pestki owoców, zróżowionych znojem,

 

I nieśmiałym do ust mych garną się wyrojem,

Zatajone w swej ciepłej od pieszczot siedzibie.

Ich dotyk budzi wzruszeń zaniedbanych krocie,

A ty, tuląc je w warg mych rozrzewnioną ciszę,

Dziecinniejesz w uścisku, malejesz w pieszczocie,

 

Chwila — a już cię do snu z lat dawnych kołyszę.

**********

Zazdrośnicy daremnie chcą pochlebić pierwsi

Czarom, skrytym w twym ciele z moją o nich wiedzą!

Oczy, co się rzęsami nie tknęły twych piersi,

 

Czyliż pustym domysłem te czary wyśledzą?

Kto w chwili pocałunków nie zagrzał swej dłoni

Na twych bioder nawrzałej żądzą przegięcinie,

Nie potrafi określić upojeń tej woni,

Co z ciebie, jako z róży, snem potartej, płynie.

 

Kto ustami w nóg twoich nie wdumał się dreszcze,

Nigdy dość nie wysłowi twych oczu omdlenia,

A choćby je dzień cały badał bez wytchnienia,

Nie wypatrzy z nich tego, co ja z nich wypieszczę!

**********

 

Zmienionaż po rozłące? O, nie, niezmieniona!

Lecz jakiś kwiat z twych włosów zbiegł do stóp ołtarzy,

A, choć brak tego zbiega nie skalał twej twarzy,

Serce me w tajemnicy przed twym sercem kona…

Dusza twoja śmie marzyć, że, w gwiezdne zamiecie

 

Wdumana, będzie trwała raz jeszcze i jeszcze, —

Lecz ciało? Któż pomyśli o nim we wszechświecie,

Prócz mnie, co tak w nie wierzę i kocham i pieszczę?

I gdy ty, szepcząc słowa, w ust zrodzone znoju,

Dajesz pieszczotom ujście w tym szepcie, co pała,

 

Ja, zamilkły wargami u piersi twych zdroju,

Modlę się o twojego nieśmiertelność ciała.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Stanisław Grochowiak, Menuet

Podaj mi rączkę, trumienko. Konik
Wędzidło gryzie, chrapami świszcze.
Już stangret wciska czaszkę na piszczel,
Dziurawą trąbkę bierze do dłoni.

A więc ruszymy na jednym kole,
Pod poszarpanym w nic baldachimem,
Ale wesoło! Mam mandolinę,
Z której wygnamy oślepłe mole.

He, he, trumienko, gdzieś jest cmentarzyk,
Gdzie przykucniemy z wielką ochotą,
Żeby przykryci spierzchłą kapotą
Bardzo intymnie sobie pogwarzyć.

Mysz nas nawiedzi, przyfrunie sowa,
Szakal przyczłapie z obwisła szczęką,
Kornik zacyka do drzwi tak cienko,
Jakby żałował czegoś, trumienko,
Jakby żałował...

Menuet z pogrzebaczem, 1958

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jestem pionowa - Sylvia Plath

Lecz wolałabym być pozioma.
Nie jestem drzewem zakorzenionym w ziemi,
Ssącym minerały i macierzyńską miłość,
Żeby każdego marca rozbłysnąć liściem,
Nie jestem też tak piękna jak kłąb ogrodowy,
By wzbudzać okrzyk zachwytu wspaniałą barwą,
Nieświadoma, że wkrótce utracę swe płatki.
W porównaniu ze mną drzewo jest nieśmiertelne
A główka kwiatu bardziej godna podziwu.
Ja zaś pożądam długowieczności drzewa i śmiałości kwiatu.

Dzisiejszej nocy, w bladym świetle gwiazd,
Drzewa i kwiaty rozsiewają świeże zapachy.
Przechadzam się pośród nich, lecz mnie nie widzą.
Wyobrażam sobie, że kiedy śpię,
Jestem do nich bardzo podobna-
Myśli mi się mącą-
To położenie jest dla mnie naturalne,
Gdyż wtedy rozmawiam swobodnie z niebem,
A stanę się użyteczna, gdy położę się już na zawsze:
Wówczas drzewa choć raz mnie dotkną, a kwiaty znajdą dla mnie czas.

 

 

Lustro - Sylvia Plath

Jestem srebrne i dokładne. Nie mam uprzedzeń.
Cokolwiek widzę połykam natychmiast
Takie, jakie jest, niezamglone ani miłością, ani nienawiścią.
Nie jestem okrutne tylko prawdomówne –
Oko małego, czworokątnego boga.
Większość czasu medytuję na przeciwległej ścianie.
Jest ona różowa i nakrapiana. Patrzyłem na nią tak długo
Że sądzę iż stała się częścią mojego serca. Lecz ona migoce.
Twarze i ciemność rozdzielają nas bezustannie.

Teraz jestem jeziorem. Kobieta pochyla się nade mną,
Przeszukuje aż do dna, żeby odkryć kim jest naprawdę,
Potem zwraca się do tych kłamców, świec i księżyca.
Widzę jej plecy i odbijam je wiernie.
Nagradza mnie łzami i niepokojem rąk.
Jestem ważne dla niej. Odchodzi i powraca.
Co rano twarz jej zastępuje ciemność.
We mnie zatopiła młodą dziewczynę i we mnie stara kobieta
Staje naprzeciw niej, dzień po dniu, jak okropna ryba.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×